Lista osobista


Do tego, że czytać warto, nie muszę mam nadzieję nikogo przekonywać. Poniżej moje propozycje na te wakacje. Niektóre z tych książek to ogólnoświatowe hity. Inne są tu, poniewaź znalazłem w nich coś ważnego dla siebie. Są tu powieści, biografia, prawdziwe historie, trochę teologii, filozofii i psychologii. Mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie. 

Przed wyborem, warto przeczytać w sieci krótki opis. Miłej wakacyjnej lektury! 



Eco Umberto, Imię róży 


Frankl E. Viktor, Człowiek w poszukiwaniu sensu


Friedman D., Dwa narody (wydane przez stowarzyszenie służba szalom) 


Heschel J. Abraham, Szabat


Lechowicz Martin, Przegląd Jezusów Polskich


Lewis C. S., Aktualne sprawy


Lewis C. S., Listy o modlitwie i moralności 


Lewis C. S., Chrześcijaństwo po prostu 


Lewis C. S., Smutek 


Krakauer Jon, Wszystko za Everest 


Martin James, Jezus


Mate Ferenc, Prawdziwe życie


O'Shea Covadonga, Człowiek, który stworzył Zarę


Sittser L. Gerald, Łaska ukryta


Sobieszuk Anna, Zuzanna córka króla 


Tokarczuk Olga, Księgi Jakubowe 


Williams D. Thomas, Większy niż myślisz


Wohlleben Peter, Sekretne życie drzew


Yancey Philip, Pogłoski o tamtym świecie 


Young Paul, Rozdroża

Kościelna arytmia

Człowiek to istota jednocześnie duchowa i fizyczna. Dlatego posiadamy rożnego rodzaju głody - głód pożywienia, piękna, więzi z innymi ludźmi, stworzeniami i Bogiem. Istnieje również w człowieku coś takiego, jak głód zmiany. Pochodzi on z naturalnych procesów rozwoju życia. Mówimy, że dziecko się rozwija, czyli dąży do zmian. Od przewracania się na brzuszek, raczkowania, do samodzielnego chodzenia, biegania i wspinania się na szczyty drabinek na placu zabaw. 


Zmiana jest konieczna, w takim stopniu jak regularne odżywianie. Jednak ludzkie głody nie posiadają naturalnej granicy bezpieczeństwa. Konieczność jedzenia może zamienić się w obżarstwo lub anoreksję. Głód seksualny może doprowadzić do rozwiązłości. Głód więzi może się skończyć manipulacją. Tak samo możemy powiedzieć, że istnieje w obszarze zmian patologiczny głód absolutnej nowości. 


Oznacza to, że zachwiana zostaje naturalna równowaga między tym, co znane z przeszłości, a dążeniem do nowych celów. Stwórca dając człowiekowi rożnego rodzaju „głody” zatroszczył się o to, by równoważyć je potrzebą stałości. Połączenie zmiany i stałości możemy nazwać rytmem życia. Takim rytmem cechuje się małżeństwo, pory roku, cykl dnia i nocy, a w szerszej perspektywie ludzkie pokolenia. Kościół również cechuje się pewnym potrzebnym rytmem. 


Każda arytmia stanowi zagrożenie. Głód absolutnej nowości w małżeństwie bez docenienia tego, co stare i dobre prowadzi do zdrady. W Kościele efektem takiej żądzy nowości są bolesne podziały. Zwykle powtarza się do znudzenia ten sam argument, że to, co w Kościele stare jest beznadziejne, nieaktualne i musi być zastąpione czymś zupełnie nowym, świeżym, cudownie odkrywczym. 


Stwórca obdarzył nas szczęściem na drodze rytmu. Każdy dzień jest nowy, a zarazem stary. Każdy posiłek jest nowy, ale oparty na starych, znanych nam składnikach. Każdego roku przychodzi nowa wiosna, ale wszystko w niej jest stare jak świat. Kluczem do szczęścia (i zdrowia Kościoła) nie jest ślepa pogoń za nowością, ale mądre dążenie do zmian przy jednoczesnym rozkochaniu się w tym wszystkim, co pachnie starością. Tak, jak obżarstwo prowadzi do coraz mniejszej przyjemności jedzenia, tak samo głód absolutnej nowości w kontekście Kościoła doprowadza do zaburzeń. Pojawia się, między innymi, brak wdzięczności i satysfakcji, zgodnie z zasadą stale rosnącego pragnienia stale malejącej przyjemności. 


To pożądanie zmian wypatrzyło znaczenie stabilności. Ludzie traktują przyszłość jak ziemię obiecaną, zapominając, że już w niej żyją. Przyszłość nie jest wyjątkowym prezentem dla kilku bystrych. Przyszłość osiąga każdy, z prędkością sześćdziesięciu minut na godzinę. Osiągamy ją tylko i wyłącznie dzięki temu, że mieliśmy dzień wczorajszy. 

O kościele

Po co jest Kościół? Czy nie po to, by być wspólnotą poświadczającą fakt, że Bóg jest dla nas i z nami? (Czy nie macie wrażenia, że słyszymy w kościołach wręcz coś przeciwnego – ile to rzeczy my musimy zrobić dla Boga?). My, ludzie Kościoła, jesteśmy przeznaczeni by być światłem dla narodów, otwartym zaproszeniem dla każdego. Człowiek wierzący ma jedno, najważniejsze przeznaczenie – dobrowolnie wyrazić swoją wdzięczność miłosiernemu Stwórcy i stać się reprezentantem boskiej chwały na ziemi. Chodzi o to, by swoim życiem pokazać posłuszeństwo i zależność od Boga przez naśladowanie Mesjasza – Jezusa z Nazaretu. 


Kościół nie jest opakowaniem, w którym przechowujemy Boga. Stwórca nie może być zamknięty w ceremonii, liturgii i konkretnej formie. Historycznie Kościół sprawiał wrażenie, jakby przypisywał sobie wyłączne posiadanie obecności Chrystusa. Czyżby Mesjasz był ograniczony i zależny od ludzkich decyzji? Słoń prowadzony na smyczy. Taki nieśmieszny pokaz. Coś bardzo osobistego, stało się masową formą. Kościół powinien raczej zachęcać ludzi do intymnego wydarzenia – osobistego doświadczenia Boga, który postanowił być z człowiekiem. To boskie bycie z nami nie jest służbowe, sztywnie oficjalne. Mesjasz uczył, że relacja z Bogiem jest jak wspólne mieszkanie – „do człowieka przyjdziemy i u niego zamieszkamy”. Taka atmosfera studenckiej stancji, gdzie używa się nawet tej samej szczoteczki do zębów. 


Kościół ma sens wtedy, gdy praktycznie udowadnia, że Bóg zwraca się z miłością do człowieka, jak też w łasce zwraca człowieka do Boga. Duch Święty nagina ludzkość, jak rośliny, w kierunku Stwórcy. Kościół przewidywalny traci swoją oryginalną tożsamość. Kościół zbytnio zamknięty w tradycji zaprzecza dynamicznej łasce, która z natury wprowadza pozytywne poruszenie, co może wywołać konsternację. W sensie duchowym, Kościół nie może być zwyczajny, na wzór ludzkiej instytucji. To, co z naszej perspektywy normalne, może być obce aktywnej obecności Ducha Świętego. Wszędzie, gdzie pojawiał się Jezus z Nazaretu, rzeczy przestawały być zwyczajne i uporządkowane. Nigdy nie było wiadomo, co się za chwilę może wydarzyć. A jednak był w tym boski ład, pokój i bezpieczeństwo. Bóg jest Bogiem porządku, ale nie ludzkiego. 



Życie wieczne

Jedna z najbardziej popularnych biblijnych złotych myśli pochodzi z ewangelii świętego Jana. "Bóg bowiem tak bardzo ukochał świat, że dał swego Jedynego Syna, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne".


Chrześcijanie wierzą w życie wieczne, czyli w jakąś formę świadomej egzystencji po śmierci i zmartwychwstaniu. Wierzą, ponieważ tak obiecuje Jezus, po drugie dlatego, że sam Mesjasz po śmierci wrócił do życia, co jest ważnym symbolem i zapowiedzią powszechnego zmartwychwstania. 

 

Słowo wieczność jest poza ludzkim zrozumieniem. Można próbować to sobie wyobrazić, jednak trudno jest myśleć w kategoriach nieistnienia czasu. Bóg jest wieczny, czyli niewarunkowany czasem. W tym sensie On nas nie wysłuchuje dzisiaj, ponieważ piątek, 2 czerwca 2017 przynależy do ludzkości, nie do boskości. To znaczy, że Bóg nas pokochał, wybrał, wysłuchał i przebaczył w wieczności (a po naszemu, przed zaistnieniem świata). Na tym jednym przykładzie widać jak trudno jest to ogarnąć umysłem. 


Wieczność już trwa. Życie wieczne jest darem przyszłości, jednak zaczęło się realizować w człowieku w chwili jego narodzenia. Każdy z nas kształtuje swoją wieczność poprzez to w jaki sposób postępuje dzisiaj. Jak kamień rzucony do wody porusza wiele cząsteczek i na zawsze zmienia wygląd dna. W ciągu całego życia tworzymy swoją wieczność. Każda decyzja miłości lub nienawiści, dobra lub zła, na zawsze wpisuje się w osobisty krajobraz przyszłości. Ludzie źli nie mogą uciec od swoich czynów. Tak samo dobrzy. Nieżyjący już dyktatorzy, oszuści, tyrani własnych rodzin, są związani pamięcią (taka niewidzialna karta pamięci). 


Wieczne potępienie może oznaczać pamięć, która po śmieci nie wygasa, ale idzie z człowiekiem do wieczności. Dzieje człowieka mogą pozostać w jakimś stopniu niezniszczoną przez śmierć częścią jego sposobu przeżywania wieczności. 


Wieczność nie zawsze musi oznaczać nieograniczone trwanie. Może ilustrować również intensywność przeżywania czegoś - coś, co się z jakiegoś powodu wydłuża. Dla dziecka przesiedzenie czterdziestu pięciu minut na lekcji matematyki może być wiecznością (pamiętam, że właśnie tak się czułem). Gdy się spieszymy na spotkanie, czerwone światło staje się wiecznością. Pobyt w szpitalu jest wiecznością nie ze względu na okres czasu, ale na intensywność przeżywania bólu i choroby. 


Gdy mówimy o wiecznym życiu, to mamy na myśli pozytywną nieskończoność. Jeśli Bóg jest Bogiem również w tym znaczeniu, że różni się od wszystkiego innego, to znaczy, że wieczność (nieograniczone trwanie) przysługuje tylko Jemu. Jeśli cokolwiek miałoby być tak samo wieczne, musiałoby też być Bogiem. Tylko On, będąc wiecznym (Wiekuistym), jest Panem ponad czasem. 


Dar życia wiecznego jest dla człowieka przywilejem wejścia w świat Boga. Jest zaproszeniem na ucztę, która się nie kończy. Jest relacją wiecznej miłości, w której nigdy nie nastąpi znudzenie i rutyna. Inne rzeczy przeminą, choć wydają się wiecznością. Pozostaje Bóg i Jego zaproszenie. 

Nowe narodzenie

Cechą dorosłości jest obecność życia i śmierci. Dojrzałość to rozwój życia, a równocześnie jego zanik. Człowiek dorosły ma pełniejsze życie niż dziecko, posiada większą wiedzę, głębsze rozumienie życia, bogate doświadczenie, mądrość. 


Jednak równocześnie ma miejsce utrata życia. Człowiek dojrzewa, ale się starzeje. Zanika coś z wyobraźni, pogody ducha, umiera dziecięca prostolinijność i pasja rozwoju. W ich miejsce pojawia się stres, cynizm, katalog rozczarowań, nieufność, ironia, tradycja i zahamowanie rozwoju. 


Ponieważ dojrzałość powoduje ogólny zanik życia, trzeba coś odzyskać i utrzymać z geniuszu dziecka. Dlatego Jezus mówił o pewnego rodzaju narodzeniu się na nowo. To nowe narodzenie jest symbolem zupełnie innego stylu życia. 


Jezus rozmawiał z wieloma ludźmi, a jedynie podczas spotkania z Nikodemem posłużył się obrazem narodzenia na nowo. Dlaczego? Być może z tego powodu, że tamtej nocy Jezus spotkał człowieka za bardzo dorosłego. Wydaje się, że Nikodem potrzebował odzyskać coś z dziecka. 

 

Narodzenie na nowo dla wielu chrześcijan kojarzy się przede wszystkim z jednorazowym duchowym przeżyciem - takim osobistym oświeceniem, nawróceniem. Mówimy o momencie narodzin z Ducha. Jest to jeden z wielu biblijnych obrazów, ilustrujących relację człowieka z Bogiem. Obraz stania się dzieckiem Bożym często pojawia się w Biblii. 


Jednak w szerszym kontekście, chodzi również o coś życiowego - odzyskanie natury dziecka. Jezus powiedział, że jeśli nie staniemy się jak dzieci, nie wejdziemy do Jego królestwa. Nowe narodzenie staje się stylem życia. Nie można pozostać osobą infantylną, ale trzeba w pewnym sensie stać się jak dziecko, będąc dojrzałym człowiekiem.


Nikodem z pewnością potrzebował odzyskać prostotę dziecka. Jego poziom wiedzy skomplikował mu życie i utrudniał relację z Bogiem. Być może brakowało mu również radości dziecka. Rozwój intelektualny, praca zawodowa, zmienia wielu radosnych nastolatków w śmiertelnie poważnych dorosłych. 


Wydaje się, że skoro Nikodem szukał rady u Jezusa, potrzebował odzyskać dziecięcy wewnętrzny spokój. Dziecko nie wojuje z samym sobą, żyje w harmonii. Im bardziej rozwija się rozum, tym mniej spokoju w człowieku. Nasila się egoizm, napięcie, wewnętrzny konflikt. Człowiek z wiekiem zniechęca się też do samego siebie. Dziecięcy egocentryzm zmienia się w poważny egoizm.  


Ten znany żydowski nauczyciel bardzo potrzebował odzyskać szczerość dziecka. Osoba dorosła zdaje sobie sprawę z własnych słabości, stąd uczy się mieć dobrą minę do złej gry. Dojrzałość jest trwale skażona nieszczerością. To jest droga każdego Adama i każdej Ewy. Wszyscy rodzimy się w raju niewinności i dojrzewając wpadamy w obłudę, zasłaniając swoje wady czym się tylko da.  


Przesadna dorosłość jest równie zła jak chorobowy infantylizm. Dojrzałość pozbawiona cech dziecka, wpędza ludzi w fanatyzm, w małostkowość, nadętą powagę, egoizm. Jednak przede wszystkim zaślepia na życiodajną relację ze Stwórcą, który jest kochającym Ojcem. Tylko dziecko może doświadczyć tej zbawczej miłości. 


Zbawienie

Czy ludzie innego wyznania niż moje będą zbawieni? Zależy co rozumiemy pod pojęciem zbawienie i jakie mamy wyobrażenie o kryteriach. Jeśli uważamy, że warunkiem zbawienia jest jedyne właściwe rozumienie Boga, Biblii i ogólnie duchowości, które jak najbardziej przypisujemy sobie, to logika podpowiada, że nikt nie byłby zbawiony, włącznie z tym, kto tak twierdzi. Powód jest prosty - nikt nie ma pełnego poznania. Widzimy jedynie cząstkę cząstki. Jeżeli sam święty Paweł, który spisał sporą część Nowego Testamentu uważał, że jego poznanie jest cząstkowe, to o czym tu mówimy? 


Deklarowanie, że wie się więcej, niż inni, połączone z politowaniem jest niczym innym jak przejawem niewiedzy, ubranej w pychę i naiwność. Jeśli założymy, że warunkiem zbawienia jest jakaś wyjątkowa wiedza teologiczna, wtajemniczenie, poznanie intelektualne, to tym samym wykluczamy siebie i innych. Należy odróżnić ludzkie próby rozumienia Boga od Jego istoty - niezbadanej głębi Trójjedynego. Rozumienie jest zawsze ograniczone, subiektywne i zależne od wielu czynników ludzkich - gdzie się urodziliśmy, w jakiej tradycji zostaliśmy wychowani, kto i co nas kształtowało, jaką religią byliśmy otoczeni, jakie wartości były dla nas kluczowe, który klub piłkarski wspieraliśmy i wiele innych. 


Rozumienie Boga lub Jego niezrozumienie, a nawet odrzucenie jest utrudnione przez samo życie. Ten sam człowiek urodzony w innym czasie i innych warunkach będzie rozumieć Boga inaczej. Gdybym urodził się sto lat temu w Moskwie, moje zrozumienie Boga byłoby zupełnie inne, niż jest obecnie. Każda próba pokazania kto dobrze rozumie, a kto źle, kończy się wzajemnym paleniem na stosach, kierowaniem "podludzi" do komór gazowych, wysyłaniem do piekła i kamienowaniem nierządnicy. Ostatecznie wszyscy powinniśmy zginąć, gdyż wszyscy jak owce zabłądziliśmy, mówił prorok Izajasz. 


Należy pamiętać, że każdy osąd skierowany przeciw inaczej rozumiejącym lub w ogóle nierozumiejącym, skazuje nas na tę samą karę. Ponieważ to świadczy o tym, że nie rozumiemy, że nie chodzi o rozumienie. Oskarżając innych pogłębiamy własne niezrozumienie. Im bardziej chcemy udowodnić, że właściwie rozumiemy, tym mocniej zaciemniamy swoje myśli. Kto uważa, że wie najlepiej, właśnie wszystkim pokazuje swoją głupotę. Zbawienie przez rozumienie jest ludzką próbą złapania Pana Boga za nogi. To budowanie ludzkiej drabiny do nieba, gdzie każdy stara się zbudować jak najdłuższą. Problem polega na tym, że nie ma jej o co oprzeć. Ale wygląda imponująco. 

Bóg niepojęty

Jak pogodzić ludzką wolność z boskim przeznaczeniem? Bożą miłość z Jego sprawiedliwością? Boskie miłosierdzie z sądem? Jego dobroć z cierpieniem człowieka? Jak zrozumieć Boże objawienie w Ojcu, Synu i Duchu Świętym? Te i inne teologiczne pytania od wieków zaprzątają wybitne umysły i stają się czasami powodem niesympatycznych podziałów między chrześcijanami. 


Wszędzie tam, gdzie zaczynamy dyskusję o Bogu, chcielibyśmy dojść do prostych konkluzji, przy których moglibyśmy powiedzieć: "Teraz wiem, jak to w rzeczywistości jest!". Taka odpowiedź jest jednak niemożliwa z tego powodu, że ludzkim umysłem zaatakowaliśmy niepojmowalność Stwórcy. 


Nie tylko w ten sposób dopuszczamy się ataku na boskość Boga, ale w dodatku zaczynamy atakować innych wierzących, którzy nie podzielają naszego zdania. Takie definitywne diagnozowanie Boga i drugiego człowieka zawsze kończy się uwstecznieniem. Mimo tego, że dawno minęły czasy inkwizycji, współczesna ostateczna diagnoza prowadzi do tych samych rezultatów, za wyjątkiem publicznego palenia na stosach. 


Niezbędna jest w tym obszarze intelektualna i teologiczna pokora, która polega na powściągliwości w formowaniu ostatecznych wniosków. Ludzki umysł stanowi źródło pokus w takim stopniu jak ciało i emocje. Pokusa ta polega na usilnym pragnieniu zrozumienia Boga i narzuceniu swoich opinii innym. Z jednej strony jesteśmy zobowiązani do intelektualnego wysiłku, a z drugiej strony uczymy się powściągliwości i respektu wobec tajemnicy Stwórcy. 


Wracając do początkowych pytań, musimy z pokorą uznać współistnienie na pozór sprzecznych myśli, obecnych w biblijnej narracji. Na przykład, mogę powiedzieć, że jestem człowiekiem w pełni wolnym, a równocześnie totalnie zależnym od Stwórcy. W tej pozornej sprzeczności kryje się głęboka harmonia życia. Innym przykładem jest nasza monoteistyczna wiara. Bóg jest jeden, a równocześnie jest potrójną relacją. Z perspektywy Boga takie paradoksy nie stanowią problemu.


Pokora umysłu polega na uznaniu pozytywnej zgodności tego, co sprzeczne. Będąc człowiekiem myślącym i chrześcijaninem, wyznaję, że nie mogę i nie muszę zrozumieć zgodności tych sprzeczności. Powinienem uznać obie przeciwne sobie myśli jako równie prawdziwe i w ten sposób oddać cześć niepojętemu Stwórcy. Tylko Mesjasz, Jezus z Nazaretu potrafi zrozumieć Boga, równocześnie nosząc w sobie człowieczeństwo. 


Pychą byłoby uzurpowanie sobie prawa do tworzenia z tych sprzecznych myśli ostatecznych definicji. Chrześcijanie potrafią się zagalopować, przekraczając granicę w pogoni za tym, by stać się takimi jak Bóg. Pragnąć wiedzieć za dużo, to jak wracać do pierwszego pokuszenia z raju. 


Zamiast chcieć Boga zrozumieć powinniśmy Go po prostu kochać. Jeśli kocham żonę na tyle, na ile ją rozumiem, moja miłość będzie znikoma. Należy kochać Stwórcę i ludzi ponad ludzkie poznanie. Chęć zrozumienia Boga jest niszczącą pokusą. Miłość wobec Boga jest akceptacją Jego tajemnicy i drogą do życia w harmonii. Teraźniejsze sprzeczności staną się kiedyś wiecznym obrazem piękna.