W ukryciu

Człowiek, szczególnie w pierwszej połowie życia,  naturalnie dąży do tego, co spektakularne, godne chwały, wzniosłe w oczach świata. W świecie biznesu, sportu, rozrywki, liczy się prestiż, wielkie osiągnięcia, sława, podziw, popularność. Niejeden chce się wypromować, jak paw na wybiegu. Już małe dzieci mają swoje kanały na YouTube.  

Jak w kulturze rozgłosu zdefiniować służbę Bogu? Na jakich wartościach opiera się życie naśladowcy Jezusa? 
Co praktycznie dla nas znaczy zmieniać świat na lepsze? 
Jakimi metodami powinniśmy to czynić? 

Jezus swoim życiem i nauczaniem pokazuje ważność niezauważalnej codziennej dobroci (Mat.6:1-6). Trzy razy w tym kontekście mówi, że Ojciec w niebie zwraca uwagę na to, co ukryte i wyróżnia to. Wynika z tego, że to, co ukryte jest ważniejsze od tego, co widoczne. 

Ukryte nie znaczy anonimowe, ale z wypływające z dobrych motywacji, bez szukania przy tym poklasku i uznania innych. Ukryta hojność i modlitwa oznaczają służbę nie dla pokazania się, ale dla dobra innych.  

Co Jezus robił przez pierwszych trzydzieści lat swojego życia? Czy przesiedział całą młodość przed komputerem, a potem nagle zaczął głosić i uzdrawiać? Z Jego postawy i słów możemy wywnioskować, że przez wiele lat służył w ukryciu - tak zwyczajnie. Pomagał rodzicom, produkował wyroby najlepiej jak potrafił, pocieszał, rozmawiał, modlił się o innych, zachęcał. Dlaczego tak mało o tym okresie wiemy? Ponieważ na tym polega codzienna służba, która nie jest widowiskowa.  

Gdy Jezus został ochrzczony w Jordanie, Ojciec z nieba przemówił słowami miłości i pełnej akceptacji. Zwykle zwracamy w tym uwagę na bezinteresowną miłość - Syn jeszcze nic nie uczynił, a Ojciec już Go aprobuje, docenia, miłuje. To prawda. Jednak jest w tym coś więcej. Ojciec również widział to, co Jezus do tej pory czynił w ukryciu, docenił trzydzieści lat Jego codziennej, cichej dobroci.   

Jestem dzisiaj dumny z muzycznych osiągnięć moich dzieci, ale najbardziej doceniam lata ich ćwiczeń w domu. 
To było w ukryciu, ale rodzice słyszeli.   

Kiedy Jezus nauczył się modlić całe noce? 
Kiedy nauczył się brać dzieci w ramiona? 
Kiedy nauczył się troski o chorych i biednych? 
Kiedy nauczył się opowiadać ciekawe historie? 
Kiedy zaczął kochać grzeszników? 
Kiedy stał się hojnym? 

To wszystko miało miejsce podczas pierwszych trzydziestu  lat życia. Pewnie nie raz oddał biedakowi kieszonkowe.  
Okres publicznej służby to jedynie dziesięć procent Jego życia. Ostatnie trzy lata były bez wątpienia wyjątkowe. Ale nie mogą być oderwane od Jego wcześniejszego życia.  
Jezus nie pojawił się znikąd na trzy lata. Jego publiczna służba była oparta na fundamencie służby w codzienności, z pokorą i zwyczajnie. 

To jest ważna biblijna zasada - droga w górę prowadzi w dół. Trzeba umieć „nie być”. Nie żyje się na scenie.  

Dziewięćdziesiąt procent życia to służenie w ukryciu. Gdy nikt nie wie i nie widzi, Ojciec docenia i w odpowiedni sposób wynagradza. 

Reformacja musi trwać cz.2

Dlaczego dziś potrzebujemy reformatorek i reformatorów? Jest kilka ogólnoświatowych powodów, które tutaj  wypunktujemy: 

  1. Przemoc i wojny
  2. Głód i ubóstwo 
  3. Chciwość i dominacja 
  4. Zniszczenie naturalnego środowiska 
  5. Religie nie spełniające oczekiwań 

Wszystkie pięć można odnieść do konkretnego przykładu z Indii. Tylko w ciągu jednego roku szesnaście tysięcy rolników popełniło samobójstwo w następstwie decyzji Światowej Organizacji Handlu o wprowadzeniu na rynki Azji modyfikowanego ziarna. Nie byli w stanie utrzymać się dłużej na rynku. Musieli się coraz więcej zadłużać i uzależnić od kredytów, których nie byli w stanie spłacić. 

Lokalnie i globalnie jest jeszcze wiele do zrobienia. Czy jesteśmy gotowi, by w jakimś obszarze publicznym dokonywać dobre przemiany? Być może na nowo potrzebujemy zdefiniować powołanie. Być może nasza praktyka wiary stała się sterylna, odizolowana od normalnego ludzkiego życia. Być może jest czas, by w świeży sposób popatrzeć na fundamenty naszej wiary. 

Na Biblię, w której jest miejsce na łaskę i uczynki, która podkreśla niesienie dobrej nowiny ubogim. Na Jezusa, który występował przeciw systemom dominacji religijnej i świeckiej. Na Boga, który zawsze staje po stronie uciskanych. Na Ziemię, którą mamy obowiązek dobrze uprawiać, chronić i doceniać jej świętość. Na dobra materialne, którymi należy obdzielać potrzebujących.  
Na człowieka - bez segregacji na płeć, wiek, rasę i religię. 
Na zbawienie, które jest nie tylko naszą prywatną sprawą, a stało się takie przez amerykański protestantyzm (personal salvation, czyli osobiste zbawienie). 

Należy zacząć od własnego podwórka. Dlatego segregujemy śmieci i usuwamy dzikie wysypiska. Jest to mały wkład w troskę o naszą planetę. Potrzebujemy myśleć dalekosiężnie. Efekty Reformacji widać po pięciuset latach. Jak będzie wyglądał świat za kolejne pięćset lat? Wszystko zależy od tego, jak żyjemy teraz. Zajmijmy się własnym małym wycinkiem świata, przybijajmy „tezy” na swoich drzwiach. Bądźmy tu i teraz rzecznikami pokoju, obrońcami uciśnionych, orędownikami przebaczenia i jedności. 

Codziennie świętujmy małe zwycięstwa. Każdy gest i krok się liczy i z perspektywy czasu ma znaczenie. Działajmy  zespołowo, ponieważ odwaga jest cechą zbiorczą. Szukajmy nowych rozwiązań, pamiętając, że przemoc nigdy nie wygrywa. Trwajmy w wierze, gdy większość wątpi. Zachowajmy przy tym zdrowy dystans do życia. Poczucie humoru jest oznaką zdrowia. Nigdy nie straćmy nadziei w ostateczne zwycięstwo dobra.  


Na koniec dwa cytaty. „Kto chce iść za mną, niech weźmie swój krzyż i mnie naśladuje”. To zachęta, by nie bać się iść trudniejszą drogą. „Aby Bóg był wszystkim we wszystkim”! Taka jest nasza nadzieja. Taka jest nasza przyszłość.  

Reformacja musi trwać

Słowo reforma w słowniku znaczy szereg zmian w jakiejś dziedzinie życia, w strukturze organizacji lub sposobie funkcjonowania jakiegoś systemu, mające na celu ulepszenie istniejącego stanu rzeczy. Chodzi o poprawienie jakości, naprawę, dobro. Ponowne pozytywne formowanie. 

Kto nie chciałby, żeby w życiu było lepiej? Większość ludzi jest prywatnymi reformatorami (szczególnie żony - twierdzą, że salon wymaga malowania, trzeba zmienić meble w kuchni...). Wszystko z czasem pokrywa się kurzem, pajęczyną czasu. Życie wymaga ciągłego odświeżania.   

Zauważam trzy podstawowe cechy reformy. 
Po pierwsze, reforma wymaga zapłacenia ceny.  
Jeśli mówisz, kochanie, latem zrobimy malowanie, to wiesz, że poświecisz na to pieniądze, czas i wysiłek. Każda zmiana na lepsze wymaga poniesienia kosztów.  

Przykładem tego jest życie apostoła Mateusza, byłego poborcy podatków. Miał udane życie. jak na tamte czasy bardzo dochodową pracę. Codziennie rozkładał stolik, papiery, listę mieszkańców i zbierał podatki. Aż do pewnego dnia. Jezus go zauważył i powiedział, choć ze mną. Ta propozycja zmieniła całe jego życie, ale też dużo kosztowała. Mateusz zbiera swoje rzeczy, wstaje i odchodzi. Co robi ze swoim biznesem? Przekazuje  koledze? Nie tylko pozostawił dobry finansowy interes. Historia mówi, że ostatecznie został misjonarzem w Etiopii i tam zginął śmiercią męczeńską. 

Marcin Luter też poniósł cenę odnowy Kościoła. Jezus zapłacił tę najwyższą. Nie tylko umarł za nasze grzechy, 
ale też za własną radykalną dobroć i miłość. Poniósł cenę proroka, wywrotowca i reformatora. Zło się samo rozsiewa. Kurz i pajęczyny nic nie kosztują. Dobro wymaga i kosztuje.  

Po drugie, reforma jest zwykle naglącą koniecznością z powodu historycznej dynamiki. Życie nie stoi w miejscu. 
Niektóre firmy nie zareagowały wystarczająco szybko na zmianę technologii z analogowej na cyfrową. Duże korporacje jak Motorola czy Kodak straciły z tego powodu pozycję liderów na rynku. Nie podjęły na czas reformy. 

Mateusz dobrze zareagował na nowe wydarzenia swoich czasów. Przybliżyło się Królestwo Boże. Przyszedł Mesjasz. 
To był doskonały moment, by wstać zza stołu i przyłączyć się do tego, co czynił Bóg.  

Duchowa reforma staje się odpowiedzią człowieka na kierunek, w jakim Duch Święty prowadzi jednostki i wspólnoty. Duch Święty to nurt życia. Woda na pustyni.   
Można wejść w Jego nurt, albo próbować płynąć pod prąd. On chce nas porwać na nowe obszary życia.  

Po trzecie, każda reforma wywiera dwojaki wpływ -  negatywny i pozytywny. Niesie opór i nowe możliwości.  
„On zmienił świat na zawsze” – taki tytuł nosi amerykański film o Marcinie Lutrze z 2002 roku.


Mamy wzór Mesjasza - stał się ubogi i zwyczajny. Miłowany i znienawidzony. Podziwiany i opuszczony. Wskrzeszający, zabity i na nowo żyjący. Nie wiemy jakie sprzeczności i błogosławieństwa może przynieść nasze dążenie do dobra. Ale kto zastanawia się nad ceną wobec obowiązku spełnienia swojej życiowej misji? 

Czyste myślenie

Chyba wszyscy się zgodzimy, że warto rezygnować z myślenia złego na korzyść dobrego i ustawicznie iść w kierunku wewnętrznej harmonii. 

W krajach wysoko rozwiniętych społeczeństwa stają się w coraz większym stopniu depresyjne i zestresowane. Czy można ten trend odwrócić i pokonać? Jakiej wiedzy, umiejętności i samoświadomości do tego trzeba? Niektórzy zaakceptowali mentalne przeciążenie na tej samej zasadzie, co całodzienną mżawkę – nie cierpią tego stanu, ale wydaje się, że nie mają wyboru.

Problem w rzeczywistości powstaje w sferze myśli. Nie chodzi więc tylko o okoliczności. Psychosomatyczne zaburzenia powstają między innymi w wyniku braku wewnętrznej harmonii. Chodzi o dominację pojedynczych negatywnych myśli, które są w stanie przekonać człowieka o trudnościach i problemach życia. Wystarczy jedna myśl. Można być na urlopie, leżeć z drinkiem w ręku na pięknej plaży i nagle być przeszytym zatrutą strzałą z powodu tego, co było lub co ma być.

Ponieważ ludzie są istotami myślącymi, ta kwestia dotyczy wszystkich. Niemożliwe jest życie bez wewnętrznych napięć, ale można je neutralizować poprzez odpowiedni sposób myślenia. To znaczy trzeba uczyć się myśleć, że są to tylko myśli. Im bardziej człowiek zdaje sobie sprawę z własnych myśli, tym lepiej sobie z nimi poradzi.

Jeśli porówna się ludzkie życie do zbiornika, to jest on pęknięty. Regularnie wycieka z niego życiowa siła. Należy zatem uzupełniać swój zbiornik w sposób pozytywny, ponieważ kumulacja napięć może doprowadzić do fatalnych skutków, takich jak brak koncentracji, bezsenność, choroby psychosomatyczne, wypalenie, a nawet śmierć. Stres jest jak kurz, który bezszelestnie osiada na meblach, a czas jedynie kumuluje jego ilość. Nigdy sam nie odchodzi, a pozbycie się zbyt dużej jego ilości jest możliwe jedynie przez świadome „odkurzanie” życia lub przez niekontrolowany wybuch – zawał, udar, depresję, nerwicę i w najgorszym scenariuszu śmierć.

Panuje społeczne przekonanie, że źródłem kłopotów są złe okoliczności. Człowiek szuka przyczyn poza sobą. Otóż istnieje druga strona medalu. Niekoniecznie problem zaczyna się gdzieś na zewnątrz – rodzi się często w mózgu. Jak rzeka powstaje z małego źródełka, tak złe samopoczucie ma swój początek w jednej, pojedynczej myśli. Źródło stresu zatem tkwi w samym człowieku. Dlatego w identycznych okolicznościach jedna osoba będzie zaniepokojona i nerwowa, a druga nie. Dla jednego skok na bungie będzie świetną zabawą, dla drugiego ogromnym stresem. Wszystko zależy od tego, jakiego rodzaju generowane są myśli. Poziom napięcia i samopoczucie, jakie się odczuwa ma bezpośredni związek z tym, jak człowiek postrzega życie i jakie ma myśli w danym momencie.

Choć nikt nie uwolni się do końca od przepływu negatywnych myśli, możliwy jest stan autentycznej wewnętrznej harmonii. Życie nie musi być ciągłym zmaganiem ze złym samopoczuciem, na krawędzi depresji. Odpowiednie postrzeganie życia, siebie, wiara i nadzieja – to wszystko sprawia, że człowiek może cieszyć się wewnętrznym pokojem i harmonią – niezależnie od okoliczności. 


Życie dostarcza dużo stresu, który jest pokonywany w różnym stopniu – w zależności od tego, jak się myśli w danym momencie. Nie na darmo wielki apostoł napisał: „Rozmyślajcie o tym, co prawdziwe, szlachetne, sprawiedliwe, czyste, miłe, godne polecenia, co może uchodzić za wzór i zasługuje na uznanie”. 

Współzależność

Dzięki współczesnej szybkiej komunikacji żyjemy w tak zwanej globalnej wiosce. Mówiąc inaczej, wracamy do miejsca, z którego dawno temu wyszliśmy. Kiedyś na początku byliśmy mieszkańcami pierwszych ludzkich osad. Wywodzimy się z jednego pnia. Badania potwierdzają, że cała ludzkość ma prawie identyczne DNA. Różnimy się tylko w minimalnym stopniu. Jesteśmy od zawsze mieszkańcami tej samej wioski. 

To powinno wzbudzać refleksję nad zagadnieniem współzależności. Zachodni kult jednostki nie pasuje do obrazu wspólnej wioski. Nie pasuje również agresja na punkcie rasy, płci i religii. 

Dobrym punktem wyjścia jest biblijna historia o stworzeniu świata. Stwórca w pewnym momencie wieczności swoją iskrą mocy powołuje do życia wszechświat, galaktyki i Ziemię. Postanawia naszą planetę z jakiegoś powodu wyróżnić i uczynić miejscem manifestowania swojej miłości. 

Ta miłość będzie się przejawiać poprzez różnorodność i współzależność. Harmonia to doskonałe zgranie przeciwności, zaangażowanie różnorodności w celu wspólnego dobra i piękna. 

Stwórca powołuje do życia różnorodność. Ziemia jest inna od nieba. Woda inna od lądu. Słońce inne od Księżyca. Mamy różnorodne rośliny, zupełnie inne od siebie owady, ptaki, morskie i lądowe zwierzęta. Po ulicach biegają psy i koty wielu barw i ras. Natura jest pełna różnorodności. 

Historia o stworzeniu podkreśla jeden ważny szczegół. Cokolwiek Bóg stworzył, nazywał dobrym. Abyśmy mogli żyć spokojnie w naszej wiosce, należy powrócić do 
pierwotnej boskiej afirmacji życia. Trzeba na nowo odkrywać wartość wszelkiego stworzenia. Ziemia jest dobrem. Przyroda jest dobrem. Ludzkość jest dobrem. 

Stoimy przed wyzwaniem, by pokonać dwa społeczne demony - indywidualizmu i dualizmu. Indywidualizm manifestuje się między innymi przez dominację jednostki nad masami (totalitaryzm), podporzadkowanie jednostki masom (fundamentalizm) i odizolowanie jednostki od mas (egoizm). 

Dualizm dzieli na dobre i złe. Wszystko się sprowadza do tego, że ostatecznie zawsze ja i my jesteśmy dobrzy, a ty i oni są źli. Indywidualizm i dualizm zawłaszcza sobie Boga, gardzi innością i generuje agresję. 

Prawda jest jednak taka, że atomy, gwiazdy, słonie, storczyki, ludzie, pszczoły, lasy tropikalne, istnieją tylko z powodu całej reszty. Życie nie istnieje w oderwaniu od całości. Jednostki mogą żyć wyłącznie dzięki sieciom współzależności. Dlatego niszcząc przyrodę i innych ludzi, niszczymy siebie. 

Całość nie może istnieć bez utrzymania zdrowia poszczególnych części. Jedność i odrębność są od siebie zależne. Harmonia oznacza zachowanie osobistej odrębności przy jednoczesnym wspomaganiu innych w ich odrębności dla wspólnego dobra. Wioska nie jest duża. Będziemy się w niej wzajemnie wyniszczać, czy prawdziwie miłować? Boże stworzenie jest dobre - i tyle na ten temat.

Przycinanie

Nasze życie z Jezusem przyrównane jest w ewangeliach do krzewu winorośli - Jezus jest podstawowym pniem, a my młodymi gałęziami, łozami. Ewangelia zapewnia nas, że Ojciec chce naszego sukcesu - chce, byśmy pięknie owocowali. Który ojciec nie chce tego, co najlepsze dla swojego dziecka? 

Jednak to piękne owocowanie nie jest możliwe bez ważnej czynności, którą jest przycinanie. Aby ostatecznie owocu było więcej, musi być najpierw pewnych gałęzi mniej.  
Drogą do przyszłej obfitości jest redukcja teraz. 

Mam przy domu pięć krzewów winorośli. Dwa dość duże, jeden młodszy i dwie małe sadzonki. Trochę kiedyś o tym poczytałem i teraz wiem. Aby mieć dobre owoce należy odcinać trzy rodzaje gałęzi. Po pierwsze, dobre, po drugie słabe, po trzecie suche.  

Tak samo jest w naszym życiu - aby dojść do życiowej harmonii i sukcesu powinniśmy regularnie kończyć, odcinać pewne działania i postawy.  

Przede wszystkim odcinamy dobre, zdrowe gałęzie, których jest po prostu za dużo. To jest najtrudniejsze. Mnie zawsze szkoda dobrych pędów. W pierwszej chwili wygląda to jak strata, porażka, wręcz błąd. Przenosząc to porównanie na nasze życie, chodzi o obszary, które pochłaniają czas, siły, energię, pieniądze, które powinny zostać skierowane w jeszcze lepszym kierunku. 

Przykładem z Biblii jest duszpasterstwo Mojżesza. Udzielał ludziom porad od rana do wieczora. Wysłuchiwał, płakał z nimi, dawał chusteczki higieniczne, oglądał zdjęcia wnuków. 
Duszpasterstwo jest dobrą rzeczą, ale nie dla Mojżesza. To była zdrowa gałąź do odcięcia. Miał się skupić na przywództwie. 

Innym przykładem jest Paweł i Barnaba. Obaj byli starszymi i nauczycielami w Antiochii. Bycie przywódcami wspólnoty jest dobrą służbą, ale już nie dla Barnaby i Saula. Dobra gałąź do odcięcia. Mieli zostać misjonarzami. 

Największym przykładem jest sam Pan Jezus. Nie tylko zrezygnował z wielu możliwości i przywilejów, ale z samego życia. Życie jest najcenniejsze, ale nie dla Mesjasza, który przyszedł by umrzeć za grzech świata. 

To, co jest teraz naszym zadaniem i powołaniem, za jakiś czas przestanie tym być. A może już przestało? Problem polega na tym, że niektórzy myślą, że jak już coś robią, to mają to robić do końca życia. Nie potrafią zakończyć, odciąć tę gałąź - przecież jest dobra!! A przez to nie mogą rozpocząć czegoś jeszcze lepszego.

Nie uciekamy od poświęcenia, ale z drugiej strony nie poświęcamy się wbrew naturalnemu rozwojowi życia. Kluczem jest wsłuchiwanie się w Boży głos w sercu, modlitwa i rozpoznawanie życiowych sezonów. Na wszystko jest odpowiedni czas. Jest czas, by coś zacząć i zakończyć. 
Bóg chce błogosławić nasze wejścia i wyjścia.  


Bóg nas powołuje i odwołuje z zadań. Trzeba odwagi, by odciąć dobrą gałąź. To, co jest dobre, staje się przeszkodą na drodze do tego, co jeszcze lepsze, jeśli w porę nie zakończymy. 

Zmieniać świat na lepsze

Są dwa sposoby, jakimi ludzkość pozbywa się wpływu Jezusa na świat. Pierwszym jest ukrzyżowanie. Jest ono próbą zaprzeczenia Jego siły. Chęcią pokazania supremacji człowieka. Ukrzyżowanie jest manifestacją niewiary w boskość i bliskość Mesjasza. Ateizm jest formą ukrzyżowana, ogłasza niemoc i nieobecność Boga.


Jak widać z opisów ewangelii, próba zabicia Jezusa zakończyła się skutkiem wręcz odwrotnym. Im bardziej człowiek chce się Boga pozbyć, tym więcej będzie mieć z Nim do czynienia. Każde ukrzyżowanie rodzi zmartwychwstanie. Każda próba wymazania Boga z historii kończy się jeszcze większą religijnym odnową. 


Skoro nie da się Go zabić, włożyć do niszczarki i na zawsze o Nim zapomnieć, ludzkość znalazła inny sposób ograniczania wpływu Jezusa. Tym sposobem jest oddawanie Mu czci. Jezus ubrany w złote szaty, spoglądający wśród dymu kadzideł z ołtarzy, wyśpiewywany w rytmicznych piosenkach stał się tak cudowny, że przestał intrygować i oddziaływać na życie. 


Jeśli nie można Go było usunąć z ludzkiej egzystencji, to może da się zrobić z Niego kogoś innego, niż naprawdę jest? Kogoś nieszkodliwego dla ludzkich ideologii? Może da się odwrócić ludzką uwagę od tego, co w Nim najważniejsze? Oddawanie Mu czci może wyciszyć sumienia wiernych i odciągnąć Kościół od właściwego celu. 


Ciekawe, że Jezus nigdy nie powiedział, by oddawać Mu cześć, a czasem wręcz się od tej idei odcinał. Gdy ktoś nazwał Go dobrym, powiedział, że dobry jest tylko sam Bóg. Czy to oznacza, że nie mamy o Nim śpiewać, opowiadać i wyznawać Jego wielkość? Oczywiście, że powinniśmy to czynić. Nie jest to jednak główny powód, dla którego Mesjasz pojawił się na ziemi i powołał Kościół. 


Jezus nie zachęcał by oddawać Mu cześć, ale by iść za Nim. To oznacza uczenie się poświęcenia i miłosierdzia, jakie On posiadał. Samo oddawanie Mu czci może stać się tanim zastępnikiem stawania się Jego naśladowcami. 


Jezusowi dużo bardziej zależało na praktycznym życiu niż na formie religijnej. Niestety można Go czcić i równocześnie nie mieć nic wspólnego z Jego życiem. Historia zna ludzi, którzy pisali piękne hymny o Jezusie, a równocześnie wspierali niewolnictwo, dyskryminowali osoby czarnoskóre i kobiety. Kościół to przede wszystkim wpływ, nie ceremonia.


Być może właśnie to Mesjasz miał na myśli, gdy powiedział, że nie robi na Bogu wrażenia ten, kto woła Panie, Panie, ale ten, kto pełni Jego wolę. Dzisiaj stoimy przed tym samym wyzwaniem. Nie musimy Go krzyżować. Wystarczy, że zamieni się praktyczne naśladowanie na nabożne religijne praktyki. 


Jakie znaczenie mają pieśni, kazania i ceremonie, jeśli nie zmienia się świata ludzi ubogich, odrzuconych, chorych i wykluczonych? Jezus jest nie tylko godny czci, ale naśladowania. Przyszedł, by zmienić świat. Ostatecznym miernikiem naszej wiary nie są piękne nabożeństwa, ale zmienianie na lepsze swojego kawałka świata.