Upokorzenia

Upokorzenia są częścią życia. Niedawno w przeciągu kilku minut trzykrotnie przy ruszaniu zgasł mi samochód. W środku siedzieli pasażerowie, których na codzień nie wożę. Mam prawo jazdy od trzydziestu trzech lat. Poczułem się upokorzony. Nie takie umiejętności chciałem zaprezentować. Ich przemilczenie faktu było wymowne. 

Jak reagujemy na upokorzenia? Buntujemy się przeciw nim. Mesjasz powiedział do upokorzonego Saula z Tarsu:  „Trudno będzie ci wierzgać przeciw ościeniowi”.  

Oścień to ostre widełki osadzone na drewnianym trzonku, służące w dawnych czasach do połowu ryb. Konstrukcja ościenia na tym polegała, że im mocniej ryba złapana w oścień wierzgała, tym bardziej cierpiała i traciła siły. 

Walka przeciw własnemu cierpieniu powoduje jeszcze więcej cierpienia. Oto wniosek, do którego doszli współcześni naukowcy. Twierdzą, że powodem nerwic, stresów i depresji jest fakt, że ludzie dzisiaj nie chcą zaakceptować żadnego cierpienia. Żyjemy w kulturze wypierającej cierpienie, ale efekt jest odwrotny - gromadzimy go w sobie coraz więcej. 

Zauważam dwa powody „wierzgania” u wierzących: teologiczny (duchowy) i psychologiczny (emocjonalny). 

Po pierwsze, całym cierpieniem bezrefleksyjnie obarczamy szatana i chcemy przez modlitwę jak najszybciej się tego pozbyć. Nawet apostoł Paweł najpierw poszedł w tym kierunku, a być może chciał wykluczyć tę przyczynę. (2 Kor.12,7-10). Paweł modlił się trzy razy przeciw swojemu cierpieniu, ale w końcu zdobył się na głębszą refleksję. Wsłuchał się w Boże serce. Wydaje się, że ostatecznie zrozumiał, że stoi za tym większy, nie do końca rozumiany, Boży plan. 

Brakuje nam pozytywnej teologii koniecznego cierpienia. Zbyt często z automatu łączymy cierpienie z atakiem na nasze życie. Czytamy księgę Hioba zbyt dosłownie, nie zauważając pewnej starożytnej symboliki, jak choćby targowania się szatana z Bogiem. Autorzy tej księgi też przecież próbowali zrozumieć istotę cierpienia. 

W naszym cierpieniu jest coś głębszego, niż się wydaje. Jesteśmy złączeni z Chrystusem w Jego cierpieniach i śmierci. Powstaliśmy do nowego życia. Ta duchowa prawda materializuje się w naszym życiu poprzez szereg dziwnych sytuacji, które prowadzą do śmierci naszego „ja”. 
Nasze ego potrzebuje być regularnie upokarzane. 

Jeden z moich ulubionych autorów pisze, że modli się o jedno upokorzenie dziennie, by móc zobaczyć własną reakcję. Upokorzenia zostają przez Ducha pozytywnie wykorzystane. Prowadzą do zdetronizowania „ja” pełnego dumy i posadzenia na tronie Chrystusa. Aby człowiek mógł powiedzieć, że żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus. Drugi powód omówimy przy innej okazji. 


Życzę każdemu naśladowcy Mesjasza wielu wspaniałych upokorzeń

Ukryty sens cierpienia

Teolog Lesslie Newbigin pisał o obecności „ukrytego Królestwa” przenikającego historię. Sens wiary chrześcijańskiej, często ukryty, z czasem objawia się w życiu społecznym. Dzieje się to za sprawą zmartwychwstałego Chrystusa. Możemy powiedzieć, że ostatecznie wszystko kiedyś będzie mieć sens i znaczenie, nawet jeśli dzisiaj jeszcze tego nie widzimy.

Jedną z kwestii, będącą jak dotąd głęboką tajemnicą jest cierpienie. Należy podejść do problemu cierpienia z dużą pokorą, ponieważ otacza go jakiś sekret. Ukryty sens cierpienia pozostaje w dużej mierze ukryty. 

Prędzej czy później przychodzi w życiu każdego z nas jakieś wydarzenie, spotkanie, osoba, relacja, okoliczność, tragedia, śmierć, z którymi nie umiemy sobie poradzić. 
Dochodzimy do miejsca, w którym kończą się nasze siły, pomysły, ludzkie możliwości. Gdy wiemy, że nic nie wiemy.  

Jesteśmy jak Titanic zderzający się niespodziewanie ze skałą i czujemy, że idziemy na samo dno. Dla ludzi wiary tą „podwodną skałą” może być dorosłe dziecko poza kościołem, separacja, rozwód, przewlekła choroba, trudne relacje, utrata pracy, wypadki losowe.  

Z drugiej strony nie muszą to być aż takie tragedie. Każdy dzień niesie z sobą „własne troski”, jakąś dozę cierpienia.  
Dlaczego tak jest i czy to ma jakiś głębszy sens? 

Na podstawie życia wielu biblijnych i poza biblijnych postaci możemy wywnioskować, że dobrze przyjęte cierpienie jest sposobem pokonywania buntowniczego „ja”, ludzkiego egocentryzmu. Dobra postawa wobec cierpienia prowadzi do zmiany naszego życia i umożliwia przejście do głębszej duchowości. 

To oczywiste, że gdy wszystko idzie po naszej myśli, utwierdzamy się w przekonaniu o własnej świetności.  
Nikt z nas nie decyduje się na trudne zmiany, jeśli nie jesteśmy do tego zmuszeni. Szukamy raczej azylu, pod kocem, przy kominku (piszę akurat późną jesienią). 

Nikt, kto odnosi sukcesy nie ma ochoty zmieniać swojego życia. Jest nam wtedy ze sobą bardzo dobrze. Czujemy się pewnie, pod kontrolą. Gdyby nie bardzo trudne wydarzenia, sami z siebie nie stalibyśmy się innymi ludźmi.  

Człowiek naturalnie dąży do celów na własnych warunkach, a w ten sposób rozrasta się egoizm pod przykrywką duchowości, bohaterstwa, hojności, służby w kościele. 
Wszyscy lubimy mieć pełną kontrolę nad życiem. Jedynie Bóg wie, jak pokonać nasze ego. Niestety nigdy nie odbywa się to bezboleśnie. 

Harde „ja” musi być upokorzone, złamane, rozłożone na łopatki, musi poczuć, że dostaje baty, że umiera. Nikt nie lubi być upokorzonym. Dlatego fizyczna śmierć ma głęboki sens, ponieważ jest największą szansą dla człowieka, by się w końcu poddać i przegrać. 

Nasze życie jest zbyt cenne, by Bóg pozostawił je na pastwę twojego i mojego egoizmu. On coś w nas rozpoczął i obiecał, że doprowadzi to do końca. Efekt kiedyś będzie cudowny. Obecnie dopiero się stajemy. Nie wiemy jeszcze kim będziemy, gdy przejdziemy całą drogę. Nie wiemy kim byśmy byli, gdyby nie droga, którą On nas prowadzi.  

Drugie dzieciństwo

Życie można podzielić na dwie naturalne części, które nazwiemy pierwszym i drugim dzieciństwem. Pierwsze dzieciństwo to okres fizycznego rozwoju, od dziecka do osoby dorosłej. Drugie dzieciństwo to czas rozwoju własnego wnętrza, które zwykle zaczyna się w czasie dorosłości i trwa do końca życia. Pierwsze jest wspinaczką w górę, drugie schodzeniem w dół. 

Pierwsze dzieciństwo charakteryzuje się uczeniem się wszystkiego. Uczymy się chodzić, mówić, pisać, czytać, jeździć rowerem i trafiać kamieniem w cel. W tym czasie również uczymy się podstawowej moralności, tego, co dobre i złe. Dlatego pierwsze dzieciństwo posiada silne elitarne poczucie. Uczymy się własnej tożsamości przez porównanie z innymi, przez rywalizację i podział. 

Pierwsze dzieciństwo uczy nas oddzielania dobra od zła, wprowadza w kontekst religii, w której fundamenty dotyczą bycia lepszymi od innych, bardziej oddanymi, świętymi, lepiej wypełniającymi religijne obrzędy. Człowiek w ten sposób staje się religijnym i społecznym biurokratą. Buduje swoją tożsamość na wypełnianiu obowiązków, posłuszeństwie przykazaniom. Pierwsze dzieciństwo tworzy silne ego, pozostające w rywalizacji z otaczającym je  światem.   

Jak zapewne zauważyliśmy, niektórzy ludzie pozostają na tym etapie do końca życia. Mimo upływu lat funkcjonują w trybie kłótliwości o to „co wolno, a czego nie wolno”, kierowani ideałami młodości. Do końca życia rywalizują o doskonałość i osiąganie nieba. Nie przestają żyć w izolacji od „innych” i określać życia wyłącznie czarno i biało. 

Drugie dzieciństwo, mające na celu osiąganie duchowej głębi, polega na oduczaniu się większości tego, czego uczyliśmy się w pierwszym dzieciństwie. Jezus to potwierdził: „Jeśli się nie zmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego”. Silne ego, które słusznie budujemy w pierwszym dzieciństwie musi zostać złamane i poddane Chrystusowi w drugiej części życia. 

Trzeba się ostatecznie wielu postaw oduczyć, by w końcu nauczyć się niewiedzy. Wszyscy zaczynamy duchową podróż od przynależności do elity, od ekskluzywności. Jeśli chcemy posiąść królestwo Boże, którym jest głęboka i szeroka harmonia w Duchu Świętym, potrzebujemy przygarniać, przyjmować i akceptować - ludzi, siebie i wydarzenia - mimo całego bólu, tajemnicy i złożoności. 

Oduczamy się elitaryzmu, by stać się egalitarnymi. Oduczamy się pogardy, by nieść miłość. Oduczamy się poczucia wyższości, by poznać czym jest ludzka wartość. Oduczamy się potępiania, by okazywać miłosierdzie. Oduczamy się uporczywego i utopijnego dążenia do doskonałości, by przyjąć własne i cudze człowieczeństwo. 

Niebo jest tu i teraz, jest zejściem do mistycznego świata dziecka, które tym razem bierze ze sobą wszystkie  doświadczenia życiowe, rozczarowania, wstydliwe porażki, czyniące nas uczciwymi i pokornymi. Niebo zaczyna się już na ziemi, a dokładniej w drugim dzieciństwie. 

W ten sposób dziecko staje się ojcem dorosłego. Pierwsze dzieciństwo to niezbędna lecz błędna tożsamość. Jest rusztowaniem, wymagającym demontażu. Drugie dzieciństwo jest odkryciem siebie i Boga, niebem w naszych sercach. 


Naśladowanie

Jeśli chcesz się dowiedzieć kto jest chrześcijaninem zapytaj  biednych - tak powiedział kiedyś Gandhi. W ewangeliach są pewne niewygodne dla nas słowa, na przykład, „Nie każdy, kto mówi Panie, Panie, wejdzie do królestwa Bożego, ale ten, kto czyni wolę Ojca”. 

Tej wypowiedzi oczywiście nie można wyciągnąć z kontekstu całej Biblii, po to, by ogłaszać sąd nad innymi (ciekawe, że nikt wtedy nie myśli o sobie, tylko o ludziach innych „heretyckich” denominacji). Nie jest to jednak wyrok śmierci. 

Kluczowe do zrozumienia w wypowiedzi Jezusa są dwa słowa: mówi i czyni. Mesjasz chce przypomnieć za pomocą hiperboli, że jest między tymi słowami wielka różnica. To odnosi się do całego życia, jak też naszej więzi z Bogiem.  

My, chrześcijanie, mamy swoje definicje wiary. Czasem cytujemy apostoła Pawła: „jeśli ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem i uwierzysz sercem (...) zbawiony będziesz”. To wspaniale, ale Mesjasz nigdy nie mówił ludziom: „wyznaj kim jestem”! Raczej, często powtarzał: „chodź za mną”.  

Wyznanie też ma swoje znaczenie, ale nie tym się zaczyna ani kończy wiara i naśladowanie Jezusa. Wyobraź sobie, że zapisujesz się na kurs prawa jazdy, obsługi komputera, wózka widłowego. „Wyznajesz” swoje uczestnictwo w kursie, składając podpis, wypełniając formularze. Jednak to dopiero wstęp do wstępu. Ważne co się dzieje potem. 

Jak więc definiujemy nawrócenie? Jakich owoców oczekujemy? 
Po pierwsze, możemy je definiować religijnie - czy wierzysz w Jezusa? Czy właściwie rozumiesz? Czy wyznajesz odpowiednie doktryny i dekrety kościelne? Dla wielu wiara  stała się kwestią „właściwego wyznania”, mentalnej zgody, intelektualnego przekonania. 

Po drugie, możemy oczekiwać od nawróconego zaprzestania robienia czegoś złego - nie upija się, nie kradnie, nie przeklina. Dobrze tego nie robić, jest jednak wielu porządnych ateistów, żyjących niekiedy bardziej moralnie od chrześcijan. 

Według słów Jezusa, nie tylko chodzi o wyznanie, lecz wolę Ojca, nie tyle czego nie robimy, ale o to, co robimy. Dobrym przykładem jest Zacheusz, który po spotkaniu z Jezusem postanowił oddać połowę swojego majątku ubogim. 

Jednym z najważniejszych owców wiary i dowodów  nawrócenia jest postawa wobec pieniędzy. Mesjasz nazwał po imieniu tylko jedną duchową warownię, a jest nią mamona. Dlaczego Jezus tak dużo mówił o pieniądzach? 
Historia o bogaczu i Łazarzu, uchu igielnym, synu i majątku ojca, talentach, właścicielu spichlerzy, ptakach i liliach.  
Pieniądze są największym rywalem Boga w życiu człowieka. Nie można służyć Bogu i mamonie.  

Dlatego każdy, kto kiedykolwiek miał kontakt z pieniądzem jest winny słów „Panie, Panie”... Postawa Zacheusza jest normalnym owocem nawrócenia, a nie ewenementem. Nawrócenie nie tyle dotyczy stanu umysłu co postawy względem zgubionego świata. Czynienie woli Ojca najlepiej widać w Jezusie Chrystusie, który stał się sługą i przyjacielem wszystkich w potrzebie. Dlatego Gandhi miał rację. 

W ukryciu

Człowiek, szczególnie w pierwszej połowie życia,  naturalnie dąży do tego, co spektakularne, godne chwały, wzniosłe w oczach świata. W świecie biznesu, sportu, rozrywki, liczy się prestiż, wielkie osiągnięcia, sława, podziw, popularność. Niejeden chce się wypromować, jak paw na wybiegu. Już małe dzieci mają swoje kanały na YouTube.  

Jak w kulturze rozgłosu zdefiniować służbę Bogu? Na jakich wartościach opiera się życie naśladowcy Jezusa? 
Co praktycznie dla nas znaczy zmieniać świat na lepsze? 
Jakimi metodami powinniśmy to czynić? 

Jezus swoim życiem i nauczaniem pokazuje ważność niezauważalnej codziennej dobroci (Mat.6:1-6). Trzy razy w tym kontekście mówi, że Ojciec w niebie zwraca uwagę na to, co ukryte i wyróżnia to. Wynika z tego, że to, co ukryte jest ważniejsze od tego, co widoczne. 

Ukryte nie znaczy anonimowe, ale z wypływające z dobrych motywacji, bez szukania przy tym poklasku i uznania innych. Ukryta hojność i modlitwa oznaczają służbę nie dla pokazania się, ale dla dobra innych.  

Co Jezus robił przez pierwszych trzydzieści lat swojego życia? Czy przesiedział całą młodość przed komputerem, a potem nagle zaczął głosić i uzdrawiać? Z Jego postawy i słów możemy wywnioskować, że przez wiele lat służył w ukryciu - tak zwyczajnie. Pomagał rodzicom, produkował wyroby najlepiej jak potrafił, pocieszał, rozmawiał, modlił się o innych, zachęcał. Dlaczego tak mało o tym okresie wiemy? Ponieważ na tym polega codzienna służba, która nie jest widowiskowa.  

Gdy Jezus został ochrzczony w Jordanie, Ojciec z nieba przemówił słowami miłości i pełnej akceptacji. Zwykle zwracamy w tym uwagę na bezinteresowną miłość - Syn jeszcze nic nie uczynił, a Ojciec już Go aprobuje, docenia, miłuje. To prawda. Jednak jest w tym coś więcej. Ojciec również widział to, co Jezus do tej pory czynił w ukryciu, docenił trzydzieści lat Jego codziennej, cichej dobroci.   

Jestem dzisiaj dumny z muzycznych osiągnięć moich dzieci, ale najbardziej doceniam lata ich ćwiczeń w domu. 
To było w ukryciu, ale rodzice słyszeli.   

Kiedy Jezus nauczył się modlić całe noce? 
Kiedy nauczył się brać dzieci w ramiona? 
Kiedy nauczył się troski o chorych i biednych? 
Kiedy nauczył się opowiadać ciekawe historie? 
Kiedy zaczął kochać grzeszników? 
Kiedy stał się hojnym? 

To wszystko miało miejsce podczas pierwszych trzydziestu  lat życia. Pewnie nie raz oddał biedakowi kieszonkowe.  
Okres publicznej służby to jedynie dziesięć procent Jego życia. Ostatnie trzy lata były bez wątpienia wyjątkowe. Ale nie mogą być oderwane od Jego wcześniejszego życia.  
Jezus nie pojawił się znikąd na trzy lata. Jego publiczna służba była oparta na fundamencie służby w codzienności, z pokorą i zwyczajnie. 

To jest ważna biblijna zasada - droga w górę prowadzi w dół. Trzeba umieć „nie być”. Nie żyje się na scenie.  

Dziewięćdziesiąt procent życia to służenie w ukryciu. Gdy nikt nie wie i nie widzi, Ojciec docenia i w odpowiedni sposób wynagradza. 

Reformacja musi trwać cz.2

Dlaczego dziś potrzebujemy reformatorek i reformatorów? Jest kilka ogólnoświatowych powodów, które tutaj  wypunktujemy: 

  1. Przemoc i wojny
  2. Głód i ubóstwo 
  3. Chciwość i dominacja 
  4. Zniszczenie naturalnego środowiska 
  5. Religie nie spełniające oczekiwań 

Wszystkie pięć można odnieść do konkretnego przykładu z Indii. Tylko w ciągu jednego roku szesnaście tysięcy rolników popełniło samobójstwo w następstwie decyzji Światowej Organizacji Handlu o wprowadzeniu na rynki Azji modyfikowanego ziarna. Nie byli w stanie utrzymać się dłużej na rynku. Musieli się coraz więcej zadłużać i uzależnić od kredytów, których nie byli w stanie spłacić. 

Lokalnie i globalnie jest jeszcze wiele do zrobienia. Czy jesteśmy gotowi, by w jakimś obszarze publicznym dokonywać dobre przemiany? Być może na nowo potrzebujemy zdefiniować powołanie. Być może nasza praktyka wiary stała się sterylna, odizolowana od normalnego ludzkiego życia. Być może jest czas, by w świeży sposób popatrzeć na fundamenty naszej wiary. 

Na Biblię, w której jest miejsce na łaskę i uczynki, która podkreśla niesienie dobrej nowiny ubogim. Na Jezusa, który występował przeciw systemom dominacji religijnej i świeckiej. Na Boga, który zawsze staje po stronie uciskanych. Na Ziemię, którą mamy obowiązek dobrze uprawiać, chronić i doceniać jej świętość. Na dobra materialne, którymi należy obdzielać potrzebujących.  
Na człowieka - bez segregacji na płeć, wiek, rasę i religię. 
Na zbawienie, które jest nie tylko naszą prywatną sprawą, a stało się takie przez amerykański protestantyzm (personal salvation, czyli osobiste zbawienie). 

Należy zacząć od własnego podwórka. Dlatego segregujemy śmieci i usuwamy dzikie wysypiska. Jest to mały wkład w troskę o naszą planetę. Potrzebujemy myśleć dalekosiężnie. Efekty Reformacji widać po pięciuset latach. Jak będzie wyglądał świat za kolejne pięćset lat? Wszystko zależy od tego, jak żyjemy teraz. Zajmijmy się własnym małym wycinkiem świata, przybijajmy „tezy” na swoich drzwiach. Bądźmy tu i teraz rzecznikami pokoju, obrońcami uciśnionych, orędownikami przebaczenia i jedności. 

Codziennie świętujmy małe zwycięstwa. Każdy gest i krok się liczy i z perspektywy czasu ma znaczenie. Działajmy  zespołowo, ponieważ odwaga jest cechą zbiorczą. Szukajmy nowych rozwiązań, pamiętając, że przemoc nigdy nie wygrywa. Trwajmy w wierze, gdy większość wątpi. Zachowajmy przy tym zdrowy dystans do życia. Poczucie humoru jest oznaką zdrowia. Nigdy nie straćmy nadziei w ostateczne zwycięstwo dobra.  


Na koniec dwa cytaty. „Kto chce iść za mną, niech weźmie swój krzyż i mnie naśladuje”. To zachęta, by nie bać się iść trudniejszą drogą. „Aby Bóg był wszystkim we wszystkim”! Taka jest nasza nadzieja. Taka jest nasza przyszłość.  

Reformacja musi trwać

Słowo reforma w słowniku znaczy szereg zmian w jakiejś dziedzinie życia, w strukturze organizacji lub sposobie funkcjonowania jakiegoś systemu, mające na celu ulepszenie istniejącego stanu rzeczy. Chodzi o poprawienie jakości, naprawę, dobro. Ponowne pozytywne formowanie. 

Kto nie chciałby, żeby w życiu było lepiej? Większość ludzi jest prywatnymi reformatorami (szczególnie żony - twierdzą, że salon wymaga malowania, trzeba zmienić meble w kuchni...). Wszystko z czasem pokrywa się kurzem, pajęczyną czasu. Życie wymaga ciągłego odświeżania.   

Zauważam trzy podstawowe cechy reformy. 
Po pierwsze, reforma wymaga zapłacenia ceny.  
Jeśli mówisz, kochanie, latem zrobimy malowanie, to wiesz, że poświecisz na to pieniądze, czas i wysiłek. Każda zmiana na lepsze wymaga poniesienia kosztów.  

Przykładem tego jest życie apostoła Mateusza, byłego poborcy podatków. Miał udane życie. jak na tamte czasy bardzo dochodową pracę. Codziennie rozkładał stolik, papiery, listę mieszkańców i zbierał podatki. Aż do pewnego dnia. Jezus go zauważył i powiedział, choć ze mną. Ta propozycja zmieniła całe jego życie, ale też dużo kosztowała. Mateusz zbiera swoje rzeczy, wstaje i odchodzi. Co robi ze swoim biznesem? Przekazuje  koledze? Nie tylko pozostawił dobry finansowy interes. Historia mówi, że ostatecznie został misjonarzem w Etiopii i tam zginął śmiercią męczeńską. 

Marcin Luter też poniósł cenę odnowy Kościoła. Jezus zapłacił tę najwyższą. Nie tylko umarł za nasze grzechy, 
ale też za własną radykalną dobroć i miłość. Poniósł cenę proroka, wywrotowca i reformatora. Zło się samo rozsiewa. Kurz i pajęczyny nic nie kosztują. Dobro wymaga i kosztuje.  

Po drugie, reforma jest zwykle naglącą koniecznością z powodu historycznej dynamiki. Życie nie stoi w miejscu. 
Niektóre firmy nie zareagowały wystarczająco szybko na zmianę technologii z analogowej na cyfrową. Duże korporacje jak Motorola czy Kodak straciły z tego powodu pozycję liderów na rynku. Nie podjęły na czas reformy. 

Mateusz dobrze zareagował na nowe wydarzenia swoich czasów. Przybliżyło się Królestwo Boże. Przyszedł Mesjasz. 
To był doskonały moment, by wstać zza stołu i przyłączyć się do tego, co czynił Bóg.  

Duchowa reforma staje się odpowiedzią człowieka na kierunek, w jakim Duch Święty prowadzi jednostki i wspólnoty. Duch Święty to nurt życia. Woda na pustyni.   
Można wejść w Jego nurt, albo próbować płynąć pod prąd. On chce nas porwać na nowe obszary życia.  

Po trzecie, każda reforma wywiera dwojaki wpływ -  negatywny i pozytywny. Niesie opór i nowe możliwości.  
„On zmienił świat na zawsze” – taki tytuł nosi amerykański film o Marcinie Lutrze z 2002 roku.


Mamy wzór Mesjasza - stał się ubogi i zwyczajny. Miłowany i znienawidzony. Podziwiany i opuszczony. Wskrzeszający, zabity i na nowo żyjący. Nie wiemy jakie sprzeczności i błogosławieństwa może przynieść nasze dążenie do dobra. Ale kto zastanawia się nad ceną wobec obowiązku spełnienia swojej życiowej misji?