Potępienie

Istnieją teologiczne powody dla których Bóg widzi nas inaczej niż my siebie widzimy. W Ewangelii mamy historię przyłapanej kobiety (Jan 8,1-11). Wydaje się, że stał za tym jakiś spisek. Ktoś musiał się natrudzić, śledzić, a może nawet zaaranżować okoliczności. Z jakiegoś powodu grupa grzeszników odczuwała pewien rodzaj satysfakcji potępiając grzesznika. 

Są oczywiście sytuacje wymagające pociągnięcia kogoś do odpowiedzialności za zbrodnie, kradzieże, morderstwa.  
Jednak w codziennym życiu, wielu czuje się ciut lepszymi od tych, których akurat świat się zawalił przez rozwód, depresję, skrywany lub jawny grzech, nieszczęśliwy wypadek. 

Istnieją trzy źródła potępienia. Pierwszym jest własne serce. Każdy z nas czasem siebie potępia za błędy, poświąteczną  nadwagę, za życie poniżej własnych oczekiwań. 

Drugim źródłem są ludzie - potępiamy innych i jesteśmy potępiani. Nie mam na myśli potępienia Eichmanna, czy Stalina. Bywamy potępiani za to, jacy zwyczajnie jesteśmy. To tak, jakbyśmy potępiali kaczkę za to, że jest kaczką. Generalnie wkurza nas ten jeden różniący nas promil DNA. 

Do tego dochodzi trzecie źródło - szatan, co znaczy oskarżyciel. Apokalipsa św. Jana 12 mówi, że szatan robi dwie rzeczy, zwodzi świat i oskarża wierzących. Każdy wierzący jest narażony na trzecie źródło potępienia,
w tym przywódcy Kościoła (to nasze ryzyko zawodowe - 
elektryk ma swoje ryzyko, jeszcze inne ma górnik. Czy powinno zatem dziwić, że połowa pastorów rezygnuje w ciągu pierwszych pięciu lat?).
Popełniamy błędy, jednak Bóg nikogo nie potępia. To oznacza, że Bóg już rozwiązał problem grzechu. Nie ma żadnych podstaw, by żyć w lęku przed groźnym Bogiem. W tej historii widzimy podejście Boga do całej ludzkości. Jezus nie potępił kobiety, ani tych, którzy ją przyprowadzili. 

Dlaczego? Ponieważ był ktoś jeden kogo Bóg potępił. Ten jeden potępiony to sam Bóg - w Chrystusie. Bóg rozwiązał problem zła w obrębie Trójcy. Potem przyszedł, by to światu uświadomić. Sam stał się grzechem i przekleństwem. Bóg w Jezusie potępił samego siebie. Wziął winę na siebie nie z braku wyjścia, ale z miłości. 

Bóg nie może być inny niż Jezus, może być tylko większy i lepszy. Bóg nie może potępić ludzi, ponieważ już zanim powstał świat, potępił zło w Sobie. Krzyż był tego uwieńczeniem. Bóg siebie potępił i następnie siebie usprawiedliwił w zmartwychwstaniu Jezusa. Nie można mówić o grzechu w oderwaniu od zwycięstwa łaski. 

Skutkiem tego jest pokój i bezpieczeństwo. Nie ma już żadnego potępienia dla tych, którzy są w Jezusie, ponieważ nowe Prawo życia zastąpiło stare Prawo grzechu i śmierci (Rz.8). To nie jest kwestia uczuć, ale prawa - boskiego aktu notarialnego. Bóg w Jezusie pokazał nam absolutną niemożliwość potępienia człowieka. Człowiek odrzucający Bożą łaskę może jedynie sam siebie skazać na potępienie. Bóg w Jezusie pojednał świat z sobą. 


Jezus powiedział do kobiety, nie potępiam cię, idź i nie grzesz więcej. Myślimy, że jest odwrotnie - przestań grzeszyć, a wtedy nie będziesz potępiona. Zakładamy, że Bóg zdecyduje o naszym potępieniu, czy niepotępieniu dopiero w rezultacie naszego postępowania. Myślimy w kategoriach ludzkich. Miłosierdzie działa odwrotnie. Najpierw trzeba przyjąć, że nigdy nie byliśmy i nie będziemy przez Boga potępieni. Z tej prawdy rodzi się życie wolne od ułudy grzechu - przez wiarę i łaskę, a nie przez ludzki wysiłek bycia ciut lepszym. To jest doprawdy dobra nowina! 

Miłosierdzie

Szukanie Boga jest rzeczą właściwą dla ludzkiego serca. 
Jakąś formę pokuty znajdziemy w każdej kulturze. Ludzie mają poznanie dobra w naturze i w sumieniu, ale nikt nie potrafi żyć zgodnie z własnym standardem.  

Biblijni autorzy zgodnie z otaczającą ich kulturą, odwołują się do boskiego sądu nad ludzkością, w imię Jego  sprawiedliwości. Luter podobno powiedział, że gdy myśli o wieczności, to wolałby się nigdy nie narodzić.  

Z jednej strony, gdyby nie było sądu, moralność straciłaby swoje znaczenie. Z drugiej, zwycięstwo łaski Chrystusa jest zwycięstwem całkowitym. Ogarnie cały stworzony porządek. 
Tego zwycięstwa nie umniejsza możliwość dokonywania przez człowieka wyboru. Jaka jest zatem Boża odpowiedź na Bożą sprawiedliwość? Miłosierdzie ukazane w Jezusie.  

Bez tego klucza nie sposób poznawać Boga i rozumieć chrześcijaństwa. Miłosierdzie jest fundamentem Ewangelii. 
Pojęcie Bożego miłosierdzia staje się zasadniczą kwestią teologii. Kultura miłosierdzia domaga się docenienia w kręgach Kościoła i szerzej, całego stworzenia. 

Miłosierdzie jest najwyższą formą Bożej sprawiedliwości. 
Bóg w swoim miłosierdziu nie pasuje do żadnego schematu. 
Miłosierdzie jest objawieniem Jego transcendencji, przekraczającej wszystko, co ludzkie, i wszystko, co dla ludzi obliczalne. 

Nie można mówić o Bogu sprawiedliwym i miłosiernym w sposób oczywisty i banalny. Potrzebna jest głęboka refleksja, zachwyt i poczucie ludzkiej bezsilności wobec próby zrozumienia Boga. W swoim miłosierdziu Bóg objawia się jako zupełnie inny. Jest nieskończonością, a równocześnie Jego relacja z człowiekiem jest bliskością. 

Ta bliskość miłosierdzia nie jest jednak koleżeństwem. Miłosierny Bóg nie jest „kochaną bozią”. Miłosierdzie nie jest zobojętniałym przyzwoleniem na ludzkie zaniedbania. Boga cechuje całkowita niepojętość, która jest wyrażana poprzez łaskę i miłość. Gniew Boży to nie emocje wściekłości, ale opór wobec grzechu i nieprawości. Gniew (nie będący uczuciem) jest aktywnym wyrazem Jego świętej istoty.

Dlatego przesłanie o miłosierdziu nie jest przesłaniem o taniej łasce. Miłosierdzie jest twórczym gniewem. Stoi ponad logiką winy i kary, ale nie jest zaprzeczeniem sprawiedliwości. Miłosierdzia nie wolno traktować jako dodatku do przymiotów Boga. Trzeba je uczynić punktem centralnym, organizującym, i wokół niego skupić pozostałe boskie przymioty. Z tego też powodu miłosierdzie nie może być jednym z wielu przypadków Bożej sprawiedliwości. 

To raczej na sprawiedliwość należy patrzeć przez pryzmat Bożego miłosierdzia. Miłosierdzie Boże jest zatem właściwą Bogu sprawiedliwością. Oto trudna dla ludzkiego umysłu paradoksalność. Bóg wyraża sprawiedliwość miłosierdziem. Wyraża potępienie łaską, gniew - miłością. 

Z tego wynikają praktyczne dla nas wnioski. Przesłanie o Bożym miłosierdziu jest nie tylko teorią. Nie ogranicza się również do sentymentalnego okazywania współczucia. Uczy nas, abyśmy byli miłosierni wobec złych na wzór Boga. 


Przesłanie o miłosierdziu ma konsekwencje dla duszpasterskiej praktyki Kościoła. Osobista więź z Mesjaszem oznacza uczestnictwo w Jego życiu, stąd chrześcijańskie miłosierdzie staje się wyróżnikiem naszego życia. Bóg jest skandalicznie miłosierny. Właśnie o to Jonasz miał do Boga żal. Do dziś Kościół nie potrafi w pełni tej prawdy przyjąć, mimo woli odsłaniając swój godny wstydu syndrom Jonasza. 

Anty anty-intelektualizm

Isaac Asimov, pisarz i naukowiec, napisał, „W Stanach Zjednoczonych zawsze był i jest kult ignorancji. Anty-intelektualizm jest nicią, torującą sobie drogę w polityce i kulturze, opartą na fałszywym przypuszczeniu, że moja ignorancja jest tak samo dobra, jak twoja wiedza.” 

Mam wrażenie, że myśl Asimova nie ogranicza się jedynie do obszaru USA, ani sfery polityki i kultury. Dochodzę do tego samego wniosku co autor, obserwując polskie środowisko zielonoświątkowe i jego podejście do teologii. 

Widzę ludzi, którzy teologiczny anty-intelektualizm uważają za błogosławieństwo, wyższe dobro, przejaw głębokiej duchowości. Przytacza się przy tym przykład pierwszych apostołów, że byli to ludzie prości, pozbawieni edukacji. Cytuje się tekst Pawła, który mówi do Koryntian, że mało wśród was ludzi mądrych, wysokiego rodu. Taka retoryka nadaje wysoki status anty-intelektualizmowi, tworzy religijny kult ignorancji. 

Należy zauważyć, że nie wszyscy z pierwszych uczniów Jezusa byli prostymi rybakami. Poza tym, godnym podziwu jest fakt, że spośród czterech rybaków, dwóch stało się autorami ważnych chrześcijańskich pism, które weszły w skład kanonu Nowego Testamentu (ewangelia św Jana, Apokalipsa Jana, dwa listy Piotra). To oznacza nic innego, jak to, że przynajmniej ci dwaj ex-rybacy nie chcieli pozostać na poziomie edukacji, który posiadali w chwili swojego powołania. Rozwijali się, pracowali nad sobą, aż do momentu, w którym stali się autorami, wpływowymi pisarzami. 

Również przytoczony wyżej tekst z listu do Koryntian nie jest zachętą do życia w teologicznej ignorancji, ale stwierdza zastały przez Pawła w Koryncie stan rzeczy. Sam Paweł był przecież człowiekiem gruntownie wykształconym. Tam, gdzie jest wiedza, Bóg może wykorzystać zarówno prostotę jak i uczoność (jak w przypadku Pawła). Tam, gdzie wiedzy nie ma, może posłużyć się jedynie prostotą. 

Nie każdy chrześcijanin ma zostać teologiem w sensie zawodowym, każdy jednak uprawia teologię, czyli ma swoją  potrzebę poznawania prawd na temat Boga. W tym celu słuchamy kazań, wykładów, czytamy książki i artykuły. W miarę jak rośnie nasza odpowiedzialność we wspólnocie wierzących, powinna iść za tym większa dyscyplina w zakresie zgłębiania myśli teologicznej. 

Serce balansujemy umysłem, a umysł sercem. Potrzebujemy rozwoju w sferze ducha i intelektu. Cytując Alberta Einsteina, „Wiara bez rozumu jest ślepa, a rozum bez wiary, chromy.” 

Wiedza teologiczna jest niezbędna do perspektywicznego patrzenia na życie. Osoby ignorujące teologię są z reguły szybciej skłonne do krytyki inaczej wierzących, mają poczucie bycia jedynymi sprawiedliwymi na tym świecie, łatwo wydają wyroki i skazują innych na wieczne potępienie. Sekty działają na zasadzie trzymania ludzi w izolacji, z dala od wiedzy. 

Na drodze do Emaus sam Jezus udziela teologicznej lekcji dwóm spośród uczniów, którzy przez swoją ignorancję żyją w bardzo smutnej i ograniczonej rzeczywistości. Boża rzeczywistość jest zawsze dużo głębsza, szersza i wyższa niż nasza. Teologia nie może zastąpić samego Boga, ale z drugiej strony wiara i modlitwa nie zastąpią teologii. 

Wszystkim początkującym teologom polecam dzieła takich autorów jak C.S. Lewis, Dietrich Bonhoeffer, Abraham Heschel, Józef Tischner. Ci oraz inni myśliciele otworzą nam drzwi do szerszego świata niż ten, w którym byliśmy do tej pory. Okazuje się, że ignorancja nie jest tak samo dobra, jak wiedza. 


Top trzy 2017

Woodrow Wilson, amerykański prezydent i laureat Nobla, powiedział, „Nie tylko używam całego swojego mózgu, ale wszystkie, które mogę pożyczyć, a pożyczyłem ich wiele”. Czytanie książek, to właśnie pożyczanie cudzych mózgów. 

Spośród kilkudziesięciu książek, które w tym roku przeczytałem (nie licząc swojej, którą podczas edycji czyta się na okrągło), postanowiłem wybrać własne „top trzy”, z książek polskojęzycznych oraz anglojęzycznych. Moje top trzy są oczywiście wybrane subiektywnie, były książkami dla mnie, w tym czasie. Mogę jednak spokojnie powiedzieć, że stanowią wartość uniwersalną i z pewnością nie tylko ja miałem możliwość wiele z nich wyciągnąć. 

„Top trzy” z książek polskojęzycznych (tak się składa, że akurat autorów zagranicznych, w tłumaczeniu). 

 1 Spadać w górę - duchowość na obie połowy życia. Autor Richard Rohr, wydawnictwo WAM. Dla mnie to nie tylko jedna z najlepszych książek tego roku, ale mogę powiedzieć, ostatnich kilku lat. Bardzo głębokie studium chrześcijańskiej duchowości, zawierajace mnóstwo myśli - perełek. Są w niej wątki miłości, wiary, nieba i piekła, przywództwa. Przede wszystkim jednak pokazuje jaką wielką wartość ma pokora i cierpienie. Rohr, który ma ponad siedemdziesiąt lat pisze pięknie, ale również w wyjątkowo mądry sposób potrafi ukazać całe życie, od młodości do dojrzałej starości. Książka niesie też zachętę dla osób w drugiej piołowie życia, pokazując piękno dojrzewania, a nie popularną w naszym społeczeństwie grozę starości, na której prosperują apteki.  
 2 Milczenie, autor Shusaku Endo, wydawnictwo Znak. Powieść, na podstawie której powstał film Martina Scorsese po tym samym tytułem. Jedna z najlepszych powieści, jakie czytałem. Intrygująca, szokująca, pozostawiająca czytelnika z pytaniami bez odpowiedzi. Piękny styl japońskiego pisarza. Ciekawa tematyka, bo dotycząca wiary, chrześcijaństwa, cierpienia, Boga, który wydaje się milczeć. Więcej nie będę zdradzać. Obejrzałem film i przeczytałem książkę. Polecam obie wersje, ale jak zawsze, książka wprowadza głębiej. 
 3 W imię Jezusa, autor Henri Nouwen, wydawnictwo Salwator. Niewielka objętościowo, ale poruszająca refleksja nad chrześcijańskim przywództwem. W moim odczuciu jedna z najlepszych książek w tym temacie. Autor był teologiem, myślicielem oraz praktykiem. Nie da się przejść obok tej książki obojętnie. Lektura obowiązkowa dla każdego chrześcijańskiego lidera. 

„Top trzy” w kategorii anglojęzycznych. 
 1. Karl Barth in plain English, autor Stephen D. Morrison, eBook na Amazon. Każdy, kto się amatorsko zajmuje teologią, będzie mile zaskoczony. Dla teologów i oduchownych, ta pozycja jest świetnym wprowadzeniem w teologię Bartha. Po przeczytaniu chce się więcej. 
 2. Courage to think differently, edytor George S. Johnson. Zbiór myśli wielu znanych autorów w tematyce troski o świat. Praktyczny podręcznik jak misyjnie kochać i jak kochając, stajemy się wrogami systemów politycznych oraz religijnych. Szokująco szczera i praktyczna. 
 3. Threat of life: sermons on pain, power and weakness. Autor Walter Brueggemann, eBook dostępny na Amazon. Zbiór kazań znanego teologa. Brueggemanna nie czyta się łatwo, ale to, co pisze jest głębokie i warte wysiłku. 

Nikt nie wie wszystkiego, ale każdy wie coś. Dlatego pożyczajmy od innych i od siebie nawzajem. 


Cudowne współistnienie

Po raz pierwszy w historii nadeszły czasy, w których więcej ludzi na świecie umiera z powodu nadmiaru jedzenia niż jego braku. Więcej ludzi popełnia samobójstwo (włączając eutanazję dorosłych i dzieci) niż ginie w wojnach, napadach i zamachach razem wziętych. Więcej ludzi umiera ze starości niż z choroby. Dożyliśmy czasów wymarzonego wielkiego humanizmu. Człowiek ewoluuje do rangi bycia bogiem tylko dla siebie. 

Okazuje się, że cena za super własne życie jest bardzo wysoka. Przypominają się proste, ale jakże głębokie słowa Mesjasza: „Kto stara się zachować swoje życie, ten je straci. Kto zechce życie stracić, ten je prawdziwie zyska”. Widać nie służy to człowiekowi, gdy ma za dużo wyłącznie dla siebie. Jesteśmy przeznaczeni do ofiarowania życia, a nie do egoistycznego kumulowania. 

Potrzebujemy wracać do istoty wcielenia. Bóg objawiony w Mesjaszu - Jezusie z Nazaretu, jest prawdziwym życiem, prawdziwą miłością, prawdziwym pięknem, prawdziwą boskością i człowieczeństwem. 

Skromne narodziny Mesjasza przypominają, że najważniejszą rzeczą nie jest dopasowanie pod kolor wózka, ścian i ubranek. Życie jest czymś więcej, niż posiadaniem najnowszego modelu smartfona. Ludzie, którzy to wszystko mają, czują pustkę wprost proporcjonalną do ilości gratów. Jesteśmy stworzeni do współistnienia w Bogu i tylko w tym znajdujemy spełnienie.

Czas Bożego Narodzenia jest świetną okazją do namysłu nad sensem naszego istnienia. Bóg sam w sobie jest współistniejący. Inaczej nie mógłby być Miłością, ani Dobrem. To boskie współistnienie w trzech wymiarach Ojca, Syna i Ducha, zostaje poszerzone o ludzkość. Mamy się ostatecznie znaleźć w Nim, wchłonięci przez wir miłosierdzia. Słowo stało się ciałem i zamieszkało w sąsiedztwie. Tylko Wszechmocny jest tak wolny, by być równocześnie wszędzie i z nami. By równocześnie umierać i być ponad śmiercią. By w tym samym czasie rodzić się w szopie i zasiadać na tronie ponad kosmosem. 

Kiedy patrzymy na dzieciątko w Betlejem, zaczynamy rozumieć, że najważniejszą rzeczą jest być z tymi, których się kocha. Być z nimi, choćby to miało kosztować całe niebo. Emanuel, Bóg z nami i dla nas, od wieczności i na wieki. To boskie bycie z nami jest istotą całego życia. 

Współczesny człowiek cierpi na starą chorobę, w nowej formie. Tą chorobą jest życie dla samego siebie. Dzisiaj głównie przed własnym ekranem, we własnym samochodzie, apartamencie. Izolacja, indywidualizm, własność prywatna - oto zabójcy i złodzieje. 

Jesteśmy stworzeni do życia wyrazami, które się zaczynają od członu współ: do współ-człowieczeństwa, współ-istnienia, współ-czucia, współ-dzielenia, współ-życia, współ-własności, współ-braterstwa. Bóg to zrobił pierwszy w Trójjedności oraz we wcieleniu, a teraz zachęca nas. Życie ma sens, gdy przenika się z życiem Jezusa Mesjasza. On jest drzwiami do tak zwanego nieba, które jest boską obecnością już tu i teraz i na wieczność. 

Ludzkie szczęście nie znajduje się w izolacji od Boga i innych ludzi. Odkrywamy je we wcieleniu. Drabina humanizmu nigdy nie sięgnie nieba. Pozostaje droga w dół, którą przyszedł do nas Mesjasz. On jest i nigdy nie odejdzie. Oto największy cud Bożego Narodzenia. 


Upokorzenia

Upokorzenia są częścią życia. Niedawno w przeciągu kilku minut trzykrotnie przy ruszaniu zgasł mi samochód. W środku siedzieli pasażerowie, których na codzień nie wożę. Mam prawo jazdy od trzydziestu trzech lat. Poczułem się upokorzony. Nie takie umiejętności chciałem zaprezentować. Ich przemilczenie faktu było wymowne. 

Jak reagujemy na upokorzenia? Buntujemy się przeciw nim. Mesjasz powiedział do upokorzonego Saula z Tarsu:  „Trudno będzie ci wierzgać przeciw ościeniowi”.  

Oścień to ostre widełki osadzone na drewnianym trzonku, służące w dawnych czasach do połowu ryb. Konstrukcja ościenia na tym polegała, że im mocniej ryba złapana w oścień wierzgała, tym bardziej cierpiała i traciła siły. 

Walka przeciw własnemu cierpieniu powoduje jeszcze więcej cierpienia. Oto wniosek, do którego doszli współcześni naukowcy. Twierdzą, że powodem nerwic, stresów i depresji jest fakt, że ludzie dzisiaj nie chcą zaakceptować żadnego cierpienia. Żyjemy w kulturze wypierającej cierpienie, ale efekt jest odwrotny - gromadzimy go w sobie coraz więcej. 

Zauważam dwa powody „wierzgania” u wierzących: teologiczny (duchowy) i psychologiczny (emocjonalny). 

Po pierwsze, całym cierpieniem bezrefleksyjnie obarczamy szatana i chcemy przez modlitwę jak najszybciej się tego pozbyć. Nawet apostoł Paweł najpierw poszedł w tym kierunku, a być może chciał wykluczyć tę przyczynę. (2 Kor.12,7-10). Paweł modlił się trzy razy przeciw swojemu cierpieniu, ale w końcu zdobył się na głębszą refleksję. Wsłuchał się w Boże serce. Wydaje się, że ostatecznie zrozumiał, że stoi za tym większy, nie do końca rozumiany, Boży plan. 

Brakuje nam pozytywnej teologii koniecznego cierpienia. Zbyt często z automatu łączymy cierpienie z atakiem na nasze życie. Czytamy księgę Hioba zbyt dosłownie, nie zauważając pewnej starożytnej symboliki, jak choćby targowania się szatana z Bogiem. Autorzy tej księgi też przecież próbowali zrozumieć istotę cierpienia. 

W naszym cierpieniu jest coś głębszego, niż się wydaje. Jesteśmy złączeni z Chrystusem w Jego cierpieniach i śmierci. Powstaliśmy do nowego życia. Ta duchowa prawda materializuje się w naszym życiu poprzez szereg dziwnych sytuacji, które prowadzą do śmierci naszego „ja”. 
Nasze ego potrzebuje być regularnie upokarzane. 

Jeden z moich ulubionych autorów pisze, że modli się o jedno upokorzenie dziennie, by móc zobaczyć własną reakcję. Upokorzenia zostają przez Ducha pozytywnie wykorzystane. Prowadzą do zdetronizowania „ja” pełnego dumy i posadzenia na tronie Chrystusa. Aby człowiek mógł powiedzieć, że żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus. Drugi powód omówimy przy innej okazji. 


Życzę każdemu naśladowcy Mesjasza wielu wspaniałych upokorzeń

Ukryty sens cierpienia

Teolog Lesslie Newbigin pisał o obecności „ukrytego Królestwa” przenikającego historię. Sens wiary chrześcijańskiej, często ukryty, z czasem objawia się w życiu społecznym. Dzieje się to za sprawą zmartwychwstałego Chrystusa. Możemy powiedzieć, że ostatecznie wszystko kiedyś będzie mieć sens i znaczenie, nawet jeśli dzisiaj jeszcze tego nie widzimy.

Jedną z kwestii, będącą jak dotąd głęboką tajemnicą jest cierpienie. Należy podejść do problemu cierpienia z dużą pokorą, ponieważ otacza go jakiś sekret. Ukryty sens cierpienia pozostaje w dużej mierze ukryty. 

Prędzej czy później przychodzi w życiu każdego z nas jakieś wydarzenie, spotkanie, osoba, relacja, okoliczność, tragedia, śmierć, z którymi nie umiemy sobie poradzić. 
Dochodzimy do miejsca, w którym kończą się nasze siły, pomysły, ludzkie możliwości. Gdy wiemy, że nic nie wiemy.  

Jesteśmy jak Titanic zderzający się niespodziewanie ze skałą i czujemy, że idziemy na samo dno. Dla ludzi wiary tą „podwodną skałą” może być dorosłe dziecko poza kościołem, separacja, rozwód, przewlekła choroba, trudne relacje, utrata pracy, wypadki losowe.  

Z drugiej strony nie muszą to być aż takie tragedie. Każdy dzień niesie z sobą „własne troski”, jakąś dozę cierpienia.  
Dlaczego tak jest i czy to ma jakiś głębszy sens? 

Na podstawie życia wielu biblijnych i poza biblijnych postaci możemy wywnioskować, że dobrze przyjęte cierpienie jest sposobem pokonywania buntowniczego „ja”, ludzkiego egocentryzmu. Dobra postawa wobec cierpienia prowadzi do zmiany naszego życia i umożliwia przejście do głębszej duchowości. 

To oczywiste, że gdy wszystko idzie po naszej myśli, utwierdzamy się w przekonaniu o własnej świetności.  
Nikt z nas nie decyduje się na trudne zmiany, jeśli nie jesteśmy do tego zmuszeni. Szukamy raczej azylu, pod kocem, przy kominku (piszę akurat późną jesienią). 

Nikt, kto odnosi sukcesy nie ma ochoty zmieniać swojego życia. Jest nam wtedy ze sobą bardzo dobrze. Czujemy się pewnie, pod kontrolą. Gdyby nie bardzo trudne wydarzenia, sami z siebie nie stalibyśmy się innymi ludźmi.  

Człowiek naturalnie dąży do celów na własnych warunkach, a w ten sposób rozrasta się egoizm pod przykrywką duchowości, bohaterstwa, hojności, służby w kościele. 
Wszyscy lubimy mieć pełną kontrolę nad życiem. Jedynie Bóg wie, jak pokonać nasze ego. Niestety nigdy nie odbywa się to bezboleśnie. 

Harde „ja” musi być upokorzone, złamane, rozłożone na łopatki, musi poczuć, że dostaje baty, że umiera. Nikt nie lubi być upokorzonym. Dlatego fizyczna śmierć ma głęboki sens, ponieważ jest największą szansą dla człowieka, by się w końcu poddać i przegrać. 

Nasze życie jest zbyt cenne, by Bóg pozostawił je na pastwę twojego i mojego egoizmu. On coś w nas rozpoczął i obiecał, że doprowadzi to do końca. Efekt kiedyś będzie cudowny. Obecnie dopiero się stajemy. Nie wiemy jeszcze kim będziemy, gdy przejdziemy całą drogę. Nie wiemy kim byśmy byli, gdyby nie droga, którą On nas prowadzi.