Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbawienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbawienie. Pokaż wszystkie posty

Boża obecność

Byliśmy z żoną w ciąży cztery razy. Lidzia fizycznie, ja emocjonalnie. Ona zbierała gratulacje, pocieszenia i całą empatię. Ja cierpiałem i znosiłem trudy w samotności. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie! 

Ciąża jest do pewnego czasu tajemnicą kobiety. Najpierw  jest czymś bardzo osobistym, ostatecznie staje się publicznym wydarzeniem. Podobnie jest z Bożą obecnością wśród ludzi. Bóg manifestuje swoją obecność w tajemniczy i dziwny sposób.  

Wydawać by się mogło, że Bóg powinien ukazywać się w sposób uroczysty i widowiskowy. Tymczasem jest inaczej - co potwierdza historia o ziarnie, opowiedziana przez Jezusa: Najpierw ziarno wpada do ziemi, następnie wyrasta trawa, potem kłos i na koniec zboże. 

Tak jak mamy różne fazy wzrostu zboża, tak też Pan Bóg ukazuje się światu na kilka różnych sposobów. Często jest tak, że Bóg jest, ale Go nie widać. Podam kilka przykładów.

  • Bóg jest obecny wszędzie, również w kulturach niechrześcijańskich, choć tego nie widzimy. 
  • Bóg w sposób niezauważalny dokonuje zmian w ludziach i narodach. 
  • Bóg się troszczy o nas i o ludzkość, choć o tym nie wiemy. 
  • Bóg kształtuje nasze dzieci, nawet gdy tego nie widać. 
  • Bóg nas chroni i prowadzi, choć tego nie rozumiemy. 
  • Bóg nas przemienia, choć sami tego nie dostrzegamy. 

Nasza wiedza i poznanie Boga, to czubek góry lodowej. Królestwo Boże operuje głównie w ukryciu. Nie myślmy, że Boga nie ma, tylko dlatego, że nie widzimy Jego obecności. 
Wiara to obdarzenie zaufaniem niewidzialnego Boga.  

Bywa też tak, że Bóg jest, ale to, co widać nie przypomina Boga. Wiemy, że z początku zboże wygląda jak zwykła trawa. W niczym nie przypomina tego, czym później będzie.   
Mały szczeniak nie przypomina dorosłego wilka. Bóg jest miłośnikiem długiego procesu. My jesteśmy porywczy, niecierpliwi. Mamy krótkie życie i chcemy, żeby w tym czasie wszystko się stało. Bóg jednak działa inaczej. Być może jesteśmy gdzieś na początku historii chrześcijaństwa? To może oznaczać, że: 

  • Bóg przekierowuje historię, ale jeszcze do końca nie wiemy dlaczego. 
  • Pojawiają się w sercach ludzi nowe pragnienia.
  • Budzi się w historii coś nowego, czego nie potrafimy jeszcze zdefiniować.  

Zaufajmy Duchowi Świętemu, że przemieni historię ludzkości w coś coraz bardziej podobnego do nieba.  
To, co teraz widać zawiera błędy. Nawet jeśli widzimy pozytywne działania, to wiele z tego zawiera elementy niedojrzałości. Trzeba pozwolić, by chrześcijaństwo mogło dalej dojrzewać. Nie skreślajmy innych ani siebie. Jesteśmy w drodze do żniw. Pozwólmy ziarnu dorastać i dojrzewać. 


Teologia  nie odkryła jeszcze wszystkiego. Jest jeszcze wiele do zrobienia w kwestii jedności. Jeszcze trudno o szacunek, przebaczenie i współpracę. Wydaje się, że po dwóch tysiącach lat istnienia Kościoła, powoli trawa zamienia się w niedojrzałe kłosy. Poza Kościołem dopiero czekamy na pojawienie się trawy. Przed światem jeszcze długa droga do żniwa. Dzięki wcieleniu Chrystusa Bóg już przebywa wśród nas i to jest w tym długim procesie najważniejsze. Przyjdzie kiedyś dzień żniwa, na które czeka całe Boże stworzenie. 

Potęga miłosierdzia

Dobro i zło koegzystują w świecie oraz w sercach ludzkich. Która wartość ostatecznie zwycięża? Leszek Kołakowski zauważa, że z każdego dobra można zło przyrządzić i nie zauważać samemu, że się cokolwiek stało, że nie można żądać ani życzyć sobie, by wszyscy byli doskonali. To prowadzi do wniosku trafnie sformułowanego przez Reinholda Niebuhra, że najgłębsza wiara w dobro życia nie może opierać się na wierze w dobro człowieka. 

Niebuhr pisze, że jeśli fundamentem jest ludzkie dobro, to taki optymizm dozna głębokiego rozczarowania. Wtedy romantyzm zmienia się w cynizm, jak to miało zawsze  miejsce w historii świata. Wiara chrześcijańska jest zupełnie  odmienna od takiego optymizmu. Jest ona zawierzeniem Bogu, który stworzył dobry świat – choć obecnie świat nie jest dobry – dobremu Bogu, wystarczająco potężnemu i dobremu, by zniweczyć zło wyrządzone przez ludzi i wybawić ich od grzechów, podsumowuje autor. 

Nadzieja pokładana w tym, że ludzka egzystencja ma sens, musi sięgać dużo głębiej niż wiara w ludzką nieskazitelność. Niepodważalnym faktem jest zepsucie każdej ludzkiej wartości. Z drugiej strony powinniśmy odrzucić  tendencję odrzucenia złego życia na korzyść dobrej wieczności. Radykalne rozróżnienie między dobrem pozaziemskim a złym życiem na ziemi jest sprzeczne z wiarą chrześcijańską. 

Boża dobroć jest obecna i widoczna w świecie. Dlatego życie jest warte przeżycia, a świat nie jest wyłącznie zły. Ponieważ Bóg jest zarówno Stwórcą jak i Zbawicielem, zło ostatecznie nie może zatryumfować nad dobrem. 

Najlepszym lekarstwem na gorycz zawiedzionej wiary w człowieka jest rozwianie złudzeń co do własnego „ja”. Na tym polega prawdziwa skrucha. Rodzi się w człowieku refleksja, że zło, jakie wyrządzają inni ludzie nie różni się bardzo od zła, jakie on sam wyrządza innym. Ostatecznie, jak stwierdza św. Paweł, wszyscy potrzebujemy Bożego miłosierdzia. Dopiero wtedy człowiek sięga do fundamentu wiary w zwycięską dobroć Boga. Rezygnacja z chluby z własnego dobra otwiera drzwi do prawdziwej dobroci Boga. 

Wiara osadzona jest na fundamencie pozytywnej natury Boga – Jego miłosierdziu. Idea Boga miłosiernego słusznie dzisiaj wyrasta ponad inne prawdy wiary. Trzeba światu pokazywać Boga bogatego w miłosierdzie. Miłosierdzie maluje ostateczną wizję człowieka, odkupionego przez Chrystusa. Teologia zatem to nie tylko nauka o Bogu, ale również o człowieku w odniesieniu do Boga. Wiara jest wypełniona nadzieją – buduje wizję człowieka odwołującego się do miłosiernego Boga. 
  
Wiara w zwycięstwo dobra nad złem jest oparta na praktycznym Bożym miłosierdziu ukazanym w śmierci i  zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. Kochaj Boga aż do utraty samego siebie – ta sentencja Augustyna jest sensem krzyża Chrystusa, w którym nastąpiło utożsamienie się całej grzesznej ludzkości z Jezusem z Nazaretu. Krzyż jest zarówno objawieniem ludzkiej grzeszności jak i Bożej miłości. W Chrystusie wszyscy na nowo staliśmy się „posłusznym Adamem”. Na krzyżu dokonał się sąd i ułaskawienie człowieka i świata.


Krzyż ma zbawczy sens, gdy budzi się świadomość własnej winy i boskiego miłosierdzia. W tym momencie grzech przestaje być barierą, a jego iluzoryczna moc znika. Krzyż jest znakiem miłości, przez którą Bóg jest oddany misji zbawienia świata. Modlitwa „zbaw nas ode złego” nie jest pustym religijnym sloganem, ale ma swoje oparcie w wydarzeniu krzyża. Pod chwilowym szaleństwem ludzkiego grzechu ukryte jest odwieczne boskie miłosierdzie, które już zwyciężyło i ostatecznie zatryumfuje. 

Zwycięstwo dobra

Chrystus zachęca nas do oczekiwania na lepszą przyszłość. Zło jest elementem wtórnym, chwilowym i dopuszczonym przez Stwórcę zakłóceniem historii. Bóg otrze kiedyś wszelką łzę. Nie będzie bólu ani smutku. To uwolnienie od zła, które kiedyś nastanie jest w duchowym wymiarze naszą rzeczywistością. Wraz z Chrystusem nadeszło niebo, inaczej nazywane królestwem Bożym. Sprawiedliwość, radość i pokój w Duchu Świętym stanowi obecnie treść naszego wewnętrznego życia. 

Jak w przypadku Jezusa z Nazaretu, my również mamy  przywilej „rozpylania” nieba na ziemi. Życie Mesjasza jest naszym programem, naszą drogą. On czynił dobro, rozsiewał miłość, rozdawał przebaczenie. To jest boski plan zasiedlania ziemi niebem. 

Kluczową kwestią w pokonywaniu zła jest modlitwa. Apostoł Jakub pisze: „Kto Cierpi, niech się modli”... i tyle. Nie podaje filozoficznych powodów istnienia zła, po prostu stwierdza obecność cierpienia i podaje proste rozwiązanie, którym jest modlitwa. Módlmy się i ufajmy Bogu, który ma powody, by pozwalać złu istnieć, a których my nie znamy. 

Jak już wcześniej zauważyliśmy, w kwestii zła nie mamy gotowych odpowiedzi. Dostrzegamy jedynie, że Stwórca  współdziała we wszystkim ku dobremu. Żyjemy dzięki temu z szeroką perspektywą. Bóg dopuszcza istnienie zła dla wyższych celów, przede wszystkim z powodu pojednania wszystkiego.  

  • Pojednanie Józefa i jego braci 
  • Pojednanie Hioba i jego przyjaciół 
  • Pojednanie Judy i Izraela 
  • Pojednanie ludzkości z Bogiem w śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa 

Oto przykłady fundamentalnej prawdy Biblii. Historia zmierza do pojednania, a zło odgrywa w tym swoją rolę. Należy zaakceptować tę tajemnicę, że Bóg uznał za lepsze aby ze zła wynikało dobro, niż żeby zła nigdy nie było.  

Istnienie takiego świata, w którym miesza się dobro i zło  wydaje się niezbędne. Życie jest doliną kształtowania duszy.  
Zło jest pedagogicznym narzędziem. Upadek ludzkości pod symbolem Adama ma ostatecznie znaczenie pozytywne. Jest ważnym momentem samoświadomości człowieka.   
Świat wolny od zła byłby na ten moment najgorszym z możliwych światów. Nasz świat jest szlachetniejszy i bogatszy w dobro dzięki złu. Inaczej nie poznalibyśmy takich wartości jak dobroć, miłość, przebaczenie, miłosierdzie. W obliczu zła, rozumiemy czym jest dobro. 

Zło byłoby nie do zniesienia gdyby nie było Boga. Ateizm nie zmniejsza cierpienia, ale zabiera nadzieję na pokonanie zła.  

Aby dobro zwyciężało należy pozytywnie nastroić swoje myśli i serce. Niestety, łatwiej akumulujemy zło. Człowiek zapamiętuje pięć razy bardziej przykre przeżycia niż miłe. Dobro wymaga większego wysiłku. Potrzebujemy jak kierowca skupić całą swoją uwagę na drodze, nie na poboczach. Pomaga nam w tym medytacja nad Biblią. Błogosław duszo moja Pana i nie zapominaj wszyskich dobrodziejstw Jego! (Psalm 103,2). Skosztujcie i przekonajcie się, że Pan jest dobry. (Psalm 34,9). Jak napisał Grzegorz z Nyssy, jedynie zdumienie i zachwyt pozwalają człowiekowi pojąć coś z Boga. 

Od śmierci do miłości

Postanowiłem zamieścić rozważania o śmierci z dwóch powodów. Po pierwsze, w minionym tygodniu oglądałem relacje z pożegnania dwóch ludzi, którzy niedawno odeszli, pastora Pawła Godawy oraz ewangelisty Billy Grahama. W obu przypadkach wyraźnie wyczuwało się wyjątkową atmosferę nadziei i ostatecznego zwycięstwa Mesjasza nad śmiercią, pomimo oczywistego smutku z powodu rozstania tu na ziemi. Jest w śmierci coś boskiego, czego w innych okolicznościach nie doświadczamy. Dlatego lepiej iść do domu żałoby niż do domu wesela. 

Po drugie, jesteśmy w okresie pasyjnym, w którym rozmyślamy nad śmiercią Syna Bożego. Śmierć z perspektywy wiary jest pogłębioną kontynuacją życia z Bogiem. Billy Graham mawiał, „jeśli usłyszycie kiedyś informację, że umarłem, uznajcie to za największe kłamstwo. Będę żywy bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej”. 

Wyszliśmy z miłości i w chwili śmierci do miłości wracamy. Jeżeli żyjemy w miłości, nie będzie w nas strachu przed śmiercią. Zbudowaliśmy z miłości most pomiędzy dwoma  światami. Miłość nigdy nie ustaje, jest więc pomostem między nieistnieniem, życiem i ponownym istnieniem po życiu.

Miłość nigdy nie zawodzi, dlatego nawet największa tragedia życia i umierania ma swój finał w miłości, do której dochodzimy częściowo w tym życiu, a w pełni dopiero po śmierci. Śmierć jest objawieniem miłości, tym najbardziej tajemniczym, jest największą miłosną niespodzianką. 

Umieramy w pierwszym życiu po to, by awansować na wyższy poziom kochania i bycia kochanymi. W tym życiu uczymy się kochać na poziomie podstawowym, a potem uczymy się rezygnować z tej podstawowej miłości, by ostatecznie oddać ją, umrzeć i wejść w wieczność z depozytem miłości, który dopiero wtedy może się w pełni rozwinąć. 

Ważne jest kochać teraz, ponieważ miłość jest jedną z niewielu rzeczy, które możemy spakować i wziąć ze sobą do grobu. Fakt, że obudzimy się po drugiej stronie zawdzięczamy Bożej miłości. Praktyka codziennego umierania dla własnego ego uczy nas jak budzić się do głębszych doznań miłości, wielkości i poznania. To ćwiczenie jest przedsmakiem prawdziwej śmierci i prawdziwego zmartwychwstania. 

W ten sposób zaczynamy rozumieć, że fizyczna śmierć jest naszym finalnym darem dla Boga i dla świata. To nie Bóg zabiera nam życie, ale poprzez miłość my ofiarujemy Mu siebie w śmierci, w sposób doskonały i pełny. Już sama śmierć czyni niektórych ludzi bohaterami. 


Wraz z akceptacją śmierci przychodzi przedsmak nieba i wieczności. Nie ma możliwości bać się o przyszłość. Nadzieja w Bogu nie jest ubezpieczeniem od ognia piekielnego, ale polisą na cudowne życie wieczne. Niebo w przyszłości oznacza życie w niebie dzisiaj. Kto jak kto, ale chrześcijanie nie mają powodu do paniki w obliczu śmierci. 

Nadzieja

Jezus jest twarzą Boga zwróconą w stronę człowieka. Dlatego możemy mówić o czymś, co my, chrześcijanie nazywamy prawdziwą nadzieją. Inna to zupełnie rzecz niż nadzieja ludzka, zwana matką głupich. Ludzka nadzieja, to  oczekiwania i życzenia, połączone z emocjami, które nie mają żadnych szans, by się zamienić w rzeczywistość. Straciłem nadzieję... miałem nadzieję, ale wyszło inaczej...

Nasze oczekiwania idealizują życie i stają się abstrakcją. Każde tworzenie w umyśle scenariusza przyszłości prowadzi do poczucia zawodu. W rezultacie człowiek nie potrafi cieszyć się nawet dobrymi rzeczami, ponieważ spodziewał się (miał niby nadzieję) czegoś innego. 

Nie ma to nic wspólnego z prawdziwą nadzieją, która zamiast rozczarowania, przynosi spokój. Dramat ludzkiej nadziei polega na tym, że od początku nie jest to nadzieja.
Oto uniwersalna prawda biblijna: Jezus jest jedynym źródłem nadziei, oraz tym, który sam ją daje człowiekowi. To jest odpowiedź chrześcijaństwa na pytanie, jak posiąść prawdziwą nadzieję na teraz i na potem? Jak ją wzbudzić? 

Jedyne co możemy, to pragnąć, ufać i otwierać życie na duchowe doświadczanie Pana Jezusa. Nie możemy sami się uratować, sami zmienić swojego położenia. Nie możemy sami wypracować w sobie nadziei zbawienia, tak też w grzesznym poznawaniu naszych upadłych umysłów nie możemy wypracować sami wiedzy o Bogu. 

Tylko sam Bóg zbawia i sam Bóg objawia siebie. Nie mamy możliwości wzbudzenia w sobie takiej nadziei. Fakt, że znamy Boga jest Jego dziełem, nie naszym. Klarowność i pewność z jaką Go znamy pochodzi tylko od Niego. 
Możliwość na podstawie której dochodzi do tej realizacji nadziei opiera się na Jego boskiej mocy. Tylko dzięki Bożej łasce Bóg staje się poznawalny. Ani teologia, ani tradycja nie dają nam poznania Boga. 

Wysiłkiem ludzkim Bóg nie jest poznany jako Bóg. To, co jest uznawane „Bogiem” jest tak naprawdę człowiekiem. 
To, co należy do naturalnego życia nie jest prawdziwie Bogiem. A to, co przyszło do nas od Boga, nie jest z nas. 
Karl Barth pisze, że Bóg jawi się nam w postaci „wielkiego ale”, w jaskrawej sprzeczności z naszą próbą poznania Go poza łaską.  

Nie mamy dostępu do boskiego niedostępnego światła inaczej niż przez Boga oświecającego ciemność naszego upadłego rozumu. Kwintesencją wiary i nadziei jest Bóg, który objawia Siebie w Jezusie. On nas budzi ze snu, On podnosi nas do życia wiecznego. On karmi nadzieją, która nie przeminie. Jego miłosierdzie gwarantuje, że będziemy na zawsze bezpieczni.  


Jeśli uważnie przeczytamy Rzymian 5,1-5, to możemy dostrzec całą Trójcę zaangażowaną w transmitowanie  nadziei, z nieba na ziemię. Nawet przeciwności stają się pomocne w jej umacnianiu. Jezusowa nadzieja zrodzona jest z miłości, nie ze strachu przed karą boską, piekłem, potępieniem. Stoi za nią największa miłość, w której wszyscy możemy się zanurzyć. Tam, gdzie jest przeżywanie Jego miłości, zaraz pojawia się prawdziwa nadzieja. 

Potępienie

Istnieją teologiczne powody dla których Bóg widzi nas inaczej niż my siebie widzimy. W Ewangelii mamy historię przyłapanej kobiety (Jan 8,1-11). Wydaje się, że stał za tym jakiś spisek. Ktoś musiał się natrudzić, śledzić, a może nawet zaaranżować okoliczności. Z jakiegoś powodu grupa grzeszników odczuwała pewien rodzaj satysfakcji potępiając grzesznika. 

Są oczywiście sytuacje wymagające pociągnięcia kogoś do odpowiedzialności za zbrodnie, kradzieże, morderstwa.  
Jednak w codziennym życiu, wielu czuje się ciut lepszymi od tych, których akurat świat się zawalił przez rozwód, depresję, skrywany lub jawny grzech, nieszczęśliwy wypadek. 

Istnieją trzy źródła potępienia. Pierwszym jest własne serce. Każdy z nas czasem siebie potępia za błędy, poświąteczną  nadwagę, za życie poniżej własnych oczekiwań. 

Drugim źródłem są ludzie - potępiamy innych i jesteśmy potępiani. Nie mam na myśli potępienia Eichmanna, czy Stalina. Bywamy potępiani za to, jacy zwyczajnie jesteśmy. To tak, jakbyśmy potępiali kaczkę za to, że jest kaczką. Generalnie wkurza nas ten jeden różniący nas promil DNA. 

Do tego dochodzi trzecie źródło - szatan, co znaczy oskarżyciel. Apokalipsa św. Jana 12 mówi, że szatan robi dwie rzeczy, zwodzi świat i oskarża wierzących. Każdy wierzący jest narażony na trzecie źródło potępienia,
w tym przywódcy Kościoła (to nasze ryzyko zawodowe - 
elektryk ma swoje ryzyko, jeszcze inne ma górnik. Czy powinno zatem dziwić, że połowa pastorów rezygnuje w ciągu pierwszych pięciu lat?).
Popełniamy błędy, jednak Bóg nikogo nie potępia. To oznacza, że Bóg już rozwiązał problem grzechu. Nie ma żadnych podstaw, by żyć w lęku przed groźnym Bogiem. W tej historii widzimy podejście Boga do całej ludzkości. Jezus nie potępił kobiety, ani tych, którzy ją przyprowadzili. 

Dlaczego? Ponieważ był ktoś jeden kogo Bóg potępił. Ten jeden potępiony to sam Bóg - w Chrystusie. Bóg rozwiązał problem zła w obrębie Trójcy. Potem przyszedł, by to światu uświadomić. Sam stał się grzechem i przekleństwem. Bóg w Jezusie potępił samego siebie. Wziął winę na siebie nie z braku wyjścia, ale z miłości. 

Bóg nie może być inny niż Jezus, może być tylko większy i lepszy. Bóg nie może potępić ludzi, ponieważ już zanim powstał świat, potępił zło w Sobie. Krzyż był tego uwieńczeniem. Bóg siebie potępił i następnie siebie usprawiedliwił w zmartwychwstaniu Jezusa. Nie można mówić o grzechu w oderwaniu od zwycięstwa łaski. 

Skutkiem tego jest pokój i bezpieczeństwo. Nie ma już żadnego potępienia dla tych, którzy są w Jezusie, ponieważ nowe Prawo życia zastąpiło stare Prawo grzechu i śmierci (Rz.8). To nie jest kwestia uczuć, ale prawa - boskiego aktu notarialnego. Bóg w Jezusie pokazał nam absolutną niemożliwość potępienia człowieka. Człowiek odrzucający Bożą łaskę może jedynie sam siebie skazać na potępienie. Bóg w Jezusie pojednał świat z sobą. 


Jezus powiedział do kobiety, nie potępiam cię, idź i nie grzesz więcej. Myślimy, że jest odwrotnie - przestań grzeszyć, a wtedy nie będziesz potępiona. Zakładamy, że Bóg zdecyduje o naszym potępieniu, czy niepotępieniu dopiero w rezultacie naszego postępowania. Myślimy w kategoriach ludzkich. Miłosierdzie działa odwrotnie. Najpierw trzeba przyjąć, że nigdy nie byliśmy i nie będziemy przez Boga potępieni. Z tej prawdy rodzi się życie wolne od ułudy grzechu - przez wiarę i łaskę, a nie przez ludzki wysiłek bycia ciut lepszym. To jest doprawdy dobra nowina! 

Uczta już trwa

Jezus był na ziemi tylko tysiąc dni. Wnioskuję więc, że każdy dzień był niesamowicie ważny, by mógł w tym czasie nauczać, uzdrawiać, manifestować miłość Boga. 


Dowiadujemy się z relacji ewangelii Jana, że Mesjasz poświecił tydzień swojego cennego czasu na jakieś tam wesele w Kanie Galilejskiej. Na radość, jedzenie, relacje. To o czymś świadczy.  


Przez całą Biblię przewija się motyw „Bóg i przyjęcia”. Pierwsze to historia o ogrodzie Eden - jedzcie wszystko, co tam rośnie. Hebrajskie słowa Gan Eden znaczą ogród rozkoszy.  


Potem czytamy, że Józef, namiestnik Egiptu, zamiast na gilotynę, zaprasza zazdrosnych i brutalnych wobec niego braci na przyjęcie. Prorok Samuel organizuje przyjęcie w domu Jessego, szukając następcy Saula wśród jego synów.  


W psalmie 23 pojawia się symbol uczty, zastawionych stołów dla każdego, kto idzie za Pasterzem. W ewangelii ktoś pyta Jezusa dlaczego Jego uczniowe nie poszczą? Ponieważ są na weselu… odpowiada. 

 

Czytamy też, że dobry Ojciec szykuje zgubionemu i odzyskanemu synowi przyjęcie. Wieczność była w kulturze żydowskiej określana za pomocą symbolu uczty, na której będziemy przy jednym stole z Jezusem, Abrahamem i innymi celebrytami Biblii. 


Jezus opowiada przypowieści o ucztach, bierze udział w przyjęciach i ucztach. Był nawet nazywany „żarłokiem i pijakiem” (czyżby coś Go łączyło z Polakami?). 


Możemy zatem powiedzieć, że życie z Jezusem to nigdy niekończące się wesele. Nie wiem kto wymyślił taką religię chrześcijańską, która jest grobowo poważna i nudna. Nie ma ona wiele wspólnego z pozytywnym przekazem ewangelii. 


Pełna ciekawych symboli Księga Apokalipsy pokazuje, że już jesteśmy na weselu. Już trwa tzw Wesele Baranka, czyli Mesjasza i nas. To taki symbol naszego zbawienia, połączenia z Nim. Każdy, kto trwa w tej więzi, uczestniczy w wielkim weselu, na którym wina dla nikogo nie zabraknie. Można przez utarte schematy myślenia tak się zapatrzyć w przyszłość, że straci się coś, co jest tu i teraz. Nie czekaj, ale korzystaj. Nie narzekaj, ale śpiewaj i tańcz. 


Życie wieczne

Jedna z najbardziej popularnych biblijnych złotych myśli pochodzi z ewangelii świętego Jana. "Bóg bowiem tak bardzo ukochał świat, że dał swego Jedynego Syna, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne".


Chrześcijanie wierzą w życie wieczne, czyli w jakąś formę świadomej egzystencji po śmierci i zmartwychwstaniu. Wierzą, ponieważ tak obiecuje Jezus, po drugie dlatego, że sam Mesjasz po śmierci wrócił do życia, co jest ważnym symbolem i zapowiedzią powszechnego zmartwychwstania. 

 

Słowo wieczność jest poza ludzkim zrozumieniem. Można próbować to sobie wyobrazić, jednak trudno jest myśleć w kategoriach nieistnienia czasu. Bóg jest wieczny, czyli niewarunkowany czasem. W tym sensie On nas nie wysłuchuje dzisiaj, ponieważ piątek, 2 czerwca 2017 przynależy do ludzkości, nie do boskości. To znaczy, że Bóg nas pokochał, wybrał, wysłuchał i przebaczył w wieczności (a po naszemu, przed zaistnieniem świata). Na tym jednym przykładzie widać jak trudno jest to ogarnąć umysłem. 


Wieczność już trwa. Życie wieczne jest darem przyszłości, jednak zaczęło się realizować w człowieku w chwili jego narodzenia. Każdy z nas kształtuje swoją wieczność poprzez to w jaki sposób postępuje dzisiaj. Jak kamień rzucony do wody porusza wiele cząsteczek i na zawsze zmienia wygląd dna. W ciągu całego życia tworzymy swoją wieczność. Każda decyzja miłości lub nienawiści, dobra lub zła, na zawsze wpisuje się w osobisty krajobraz przyszłości. Ludzie źli nie mogą uciec od swoich czynów. Tak samo dobrzy. Nieżyjący już dyktatorzy, oszuści, tyrani własnych rodzin, są związani pamięcią (taka niewidzialna karta pamięci). 


Wieczne potępienie może oznaczać pamięć, która po śmieci nie wygasa, ale idzie z człowiekiem do wieczności. Dzieje człowieka mogą pozostać w jakimś stopniu niezniszczoną przez śmierć częścią jego sposobu przeżywania wieczności. 


Wieczność nie zawsze musi oznaczać nieograniczone trwanie. Może ilustrować również intensywność przeżywania czegoś - coś, co się z jakiegoś powodu wydłuża. Dla dziecka przesiedzenie czterdziestu pięciu minut na lekcji matematyki może być wiecznością (pamiętam, że właśnie tak się czułem). Gdy się spieszymy na spotkanie, czerwone światło staje się wiecznością. Pobyt w szpitalu jest wiecznością nie ze względu na okres czasu, ale na intensywność przeżywania bólu i choroby. 


Gdy mówimy o wiecznym życiu, to mamy na myśli pozytywną nieskończoność. Jeśli Bóg jest Bogiem również w tym znaczeniu, że różni się od wszystkiego innego, to znaczy, że wieczność (nieograniczone trwanie) przysługuje tylko Jemu. Jeśli cokolwiek miałoby być tak samo wieczne, musiałoby też być Bogiem. Tylko On, będąc wiecznym (Wiekuistym), jest Panem ponad czasem. 


Dar życia wiecznego jest dla człowieka przywilejem wejścia w świat Boga. Jest zaproszeniem na ucztę, która się nie kończy. Jest relacją wiecznej miłości, w której nigdy nie nastąpi znudzenie i rutyna. Inne rzeczy przeminą, choć wydają się wiecznością. Pozostaje Bóg i Jego zaproszenie. 

Nowe narodzenie

Cechą dorosłości jest obecność życia i śmierci. Dojrzałość to rozwój życia, a równocześnie jego zanik. Człowiek dorosły ma pełniejsze życie niż dziecko, posiada większą wiedzę, głębsze rozumienie życia, bogate doświadczenie, mądrość. 


Jednak równocześnie ma miejsce utrata życia. Człowiek dojrzewa, ale się starzeje. Zanika coś z wyobraźni, pogody ducha, umiera dziecięca prostolinijność i pasja rozwoju. W ich miejsce pojawia się stres, cynizm, katalog rozczarowań, nieufność, ironia, tradycja i zahamowanie rozwoju. 


Ponieważ dojrzałość powoduje ogólny zanik życia, trzeba coś odzyskać i utrzymać z geniuszu dziecka. Dlatego Jezus mówił o pewnego rodzaju narodzeniu się na nowo. To nowe narodzenie jest symbolem zupełnie innego stylu życia. 


Jezus rozmawiał z wieloma ludźmi, a jedynie podczas spotkania z Nikodemem posłużył się obrazem narodzenia na nowo. Dlaczego? Być może z tego powodu, że tamtej nocy Jezus spotkał człowieka za bardzo dorosłego. Wydaje się, że Nikodem potrzebował odzyskać coś z dziecka. 

 

Narodzenie na nowo dla wielu chrześcijan kojarzy się przede wszystkim z jednorazowym duchowym przeżyciem - takim osobistym oświeceniem, nawróceniem. Mówimy o momencie narodzin z Ducha. Jest to jeden z wielu biblijnych obrazów, ilustrujących relację człowieka z Bogiem. Obraz stania się dzieckiem Bożym często pojawia się w Biblii. 


Jednak w szerszym kontekście, chodzi również o coś życiowego - odzyskanie natury dziecka. Jezus powiedział, że jeśli nie staniemy się jak dzieci, nie wejdziemy do Jego królestwa. Nowe narodzenie staje się stylem życia. Nie można pozostać osobą infantylną, ale trzeba w pewnym sensie stać się jak dziecko, będąc dojrzałym człowiekiem.


Nikodem z pewnością potrzebował odzyskać prostotę dziecka. Jego poziom wiedzy skomplikował mu życie i utrudniał relację z Bogiem. Być może brakowało mu również radości dziecka. Rozwój intelektualny, praca zawodowa, zmienia wielu radosnych nastolatków w śmiertelnie poważnych dorosłych. 


Wydaje się, że skoro Nikodem szukał rady u Jezusa, potrzebował odzyskać dziecięcy wewnętrzny spokój. Dziecko nie wojuje z samym sobą, żyje w harmonii. Im bardziej rozwija się rozum, tym mniej spokoju w człowieku. Nasila się egoizm, napięcie, wewnętrzny konflikt. Człowiek z wiekiem zniechęca się też do samego siebie. Dziecięcy egocentryzm zmienia się w poważny egoizm.  


Ten znany żydowski nauczyciel bardzo potrzebował odzyskać szczerość dziecka. Osoba dorosła zdaje sobie sprawę z własnych słabości, stąd uczy się mieć dobrą minę do złej gry. Dojrzałość jest trwale skażona nieszczerością. To jest droga każdego Adama i każdej Ewy. Wszyscy rodzimy się w raju niewinności i dojrzewając wpadamy w obłudę, zasłaniając swoje wady czym się tylko da.  


Przesadna dorosłość jest równie zła jak chorobowy infantylizm. Dojrzałość pozbawiona cech dziecka, wpędza ludzi w fanatyzm, w małostkowość, nadętą powagę, egoizm. Jednak przede wszystkim zaślepia na życiodajną relację ze Stwórcą, który jest kochającym Ojcem. Tylko dziecko może doświadczyć tej zbawczej miłości. 


Zbawienie

Czy ludzie innego wyznania niż moje będą zbawieni? Zależy co rozumiemy pod pojęciem zbawienie i jakie mamy wyobrażenie o kryteriach. Jeśli uważamy, że warunkiem zbawienia jest jedyne właściwe rozumienie Boga, Biblii i ogólnie duchowości, które jak najbardziej przypisujemy sobie, to logika podpowiada, że nikt nie byłby zbawiony, włącznie z tym, kto tak twierdzi. Powód jest prosty - nikt nie ma pełnego poznania. Widzimy jedynie cząstkę cząstki. Jeżeli sam święty Paweł, który spisał sporą część Nowego Testamentu uważał, że jego poznanie jest cząstkowe, to o czym tu mówimy? 


Deklarowanie, że wie się więcej, niż inni, połączone z politowaniem jest niczym innym jak przejawem niewiedzy, ubranej w pychę i naiwność. Jeśli założymy, że warunkiem zbawienia jest jakaś wyjątkowa wiedza teologiczna, wtajemniczenie, poznanie intelektualne, to tym samym wykluczamy siebie i innych. Należy odróżnić ludzkie próby rozumienia Boga od Jego istoty - niezbadanej głębi Trójjedynego. Rozumienie jest zawsze ograniczone, subiektywne i zależne od wielu czynników ludzkich - gdzie się urodziliśmy, w jakiej tradycji zostaliśmy wychowani, kto i co nas kształtowało, jaką religią byliśmy otoczeni, jakie wartości były dla nas kluczowe, który klub piłkarski wspieraliśmy i wiele innych. 


Rozumienie Boga lub Jego niezrozumienie, a nawet odrzucenie jest utrudnione przez samo życie. Ten sam człowiek urodzony w innym czasie i innych warunkach będzie rozumieć Boga inaczej. Gdybym urodził się sto lat temu w Moskwie, moje zrozumienie Boga byłoby zupełnie inne, niż jest obecnie. Każda próba pokazania kto dobrze rozumie, a kto źle, kończy się wzajemnym paleniem na stosach, kierowaniem "podludzi" do komór gazowych, wysyłaniem do piekła i kamienowaniem nierządnicy. Ostatecznie wszyscy powinniśmy zginąć, gdyż wszyscy jak owce zabłądziliśmy, mówił prorok Izajasz. 


Należy pamiętać, że każdy osąd skierowany przeciw inaczej rozumiejącym lub w ogóle nierozumiejącym, skazuje nas na tę samą karę. Ponieważ to świadczy o tym, że nie rozumiemy, że nie chodzi o rozumienie. Oskarżając innych pogłębiamy własne niezrozumienie. Im bardziej chcemy udowodnić, że właściwie rozumiemy, tym mocniej zaciemniamy swoje myśli. Kto uważa, że wie najlepiej, właśnie wszystkim pokazuje swoją głupotę. Zbawienie przez rozumienie jest ludzką próbą złapania Pana Boga za nogi. To budowanie ludzkiej drabiny do nieba, gdzie każdy stara się zbudować jak najdłuższą. Problem polega na tym, że nie ma jej o co oprzeć. Ale wygląda imponująco. 

Siła łaski cz.2

Grzech jest czymś, czego nie możemy uniknąć. Jak bakterie. Są ludzie chorujący na bakteriofobię. Takie osoby wszędzie widzą bakterie, które wywołują w nich lęk niewspółmierny do zagrożenia. Powoduje to pojawienie się dręczących myśli, związanych ze zdrowiem i higieną. Wywołuje ciągłe mycie rąk, obsesyjne dbanie o czystość. 

Niektórzy wierzący mają podobne podejście do grzechu. Żyją jak pod okupacją - w mentalnej niewoli i przekonaniu, że cały czas grzeszą, co powoduje stan ciągłego oskarżenia i ostatecznie może prowadzić do totalnego zniechęcenia.  

Kiedy apostoł Jan pisze, abyśmy nie grzeszyli, to wydaje się, że po prostu chce nas zachęcić do podejmowania dobrych życiowych decyzji. Nie uniknę grzechu, ale nie muszę świadomie czynić zło, obrażać, żyć nieuczciwie. Podobnie nie uniknę bakterii, ale nie zamierzam lizać klamki i podłogi w szpitalu! 

Grzech nie dotyczy jedynie moralności - dobrego i złego zachowania. Grzech jest przede wszystkim stanem serca - postawą przeciwną Bogu. To oznacza, że człowiek chce być bogiem sam dla siebie. Dlatego grzesząc nie czujemy, że grzeszymy.  

Naszym podstawowym zadaniem nie jest żyć bez grzechu (co jest nieosiągalne), ale nauczyć się go rozpoznawać w jego nawet najbardziej subtelnej formie, nazywać go po imieniu. 

Grzech nierozpoznany, ignorowany, skrywany, powoli wyniszcza życie. Kiedyś w moim samochodzie coś stukało w kole. Gdybym zajął się tym od razu, nie musiałbym wymienić więcej części. Grzech długo noszony tylko pogarsza sytuację. 
 
Grzech nazwany, rozpoznany prowadzi do łaski. Ludzie czasem myślą, że przyznanie się do grzechu oznacza koniec - potępienie, poniżenie. Wręcz przeciwnie - rozpoznanie grzechu jest dobrym początkiem, otwiera nas na łaskę. 

Rzymian 5:20 mówi, że gdzie wiele grzechu, tam jeszcze więcej łaski. Dzięki Mesjaszowi grzech nie istnieje w oderwaniu od łaski. Grzech nigdy nie przewyższy łaski. Świadomość grzechu wyzwala nas - nie boimy się bakterii grzechu, gdyż wiemy, że są pokonywane mocą łaski. 

Psalm 51 pokazuje jak potężna jest łaska w obliczu zła. 
Są w nim cztery określenia grzechu: przestępstwo, wina, zło, przelanie krwi. Ale aż kilkanaście określeń Bożej łaski: 
Zmiłowanie. Litość. Oczyszczenie. Wymazanie. Obmycie.
Napomnienie. Pokropienie. Ożywienie. Przebaczenie. 
Stworzenie czystego serca. Odnowienie ducha. Przyjęcie. 
Napełnienie. Przywrócenie radości. Posilenie. Wybawienie. 
Odbudowanie. 

Grzeszenie jest ograniczone. Łaska jest nieograniczona. Mamy w słowniku języka polskiego aż 126 synonimów słowa grzech - od niegodziwości po świństewko. O ileż więcej Bóg ma sposobów okazania łaski! W leśnym ekosystemie martwe drzewa i liście są początkiem życia nowych roślin. W Bożym ekosystemie łaska rozkłada grzech - na łopatki. 

Raj odnaleziony

Biblijna opowieść o początkach ludzkości i narodu Izraela, jest dla nas nie tylko lekcją teologii i historii, ale również życiową metaforą tego, co dzieje się z każdym człowiekiem. 

Rodzimy się wszyscy w Edenie - tak wyglądają pierwsze miesiące naszego życia. Niemowlęctwo to prawdziwy raj - wkuleni w ramiona matki, śpimy błogim snem, który jest przerywany czasem jedzenia, śmiechu, płaczu i zabawy. Każdy rodzi się we własnym Edenie. Żyjemy w błogiej nieświadomości. Szkoda, że tego nie pamiętamy. Raj wydaje się zbyt odległy, jakby nigdy nie istniał, a jednak choć swojego Edenu nie pamiętamy, możemy coś zobaczyć będąc dorosłymi, gdy trzymamy w rękach niemowlę. Zazdrościmy maleństwu tego stanu, który tak szybko i tak dawno temu minął.

Potem nastąpił czas, gdy zaczęliśmy się wstydzić - własnej nagości. Wstyd to świadomość słabości, jak również chęć schowania siebie przed oczami świata. Przychodzi pewien wiek, gdy otwieramy oczy na własną niedoskonałość. Zaczynamy się chować - za półprawdą, dobrą miną, manipulacją, za krzykiem, krytyką, religijnością... Kochani rodzice, co się stało z waszymi słodkimi aniołkami? Co robisz? Nic... Czemu masz buzię z czekolady? Nie mam. Co masz w kieszeni? Nic... 

Ostatecznie czujemy się wypędzeni z raju. Dorastamy pod religijną presją grzechu, w systemach duchowych, politycznych i ekonomicznych represji. Walczymy o swoje w piaskownicy, w szkole, w karierach. Trudzimy się i pocimy, by osiągać cele. Nasze życie to jedna wielka rywalizacja. Każdy dzień jest walką o swoje. Dzielimy wszystko na dobre i złe, cudze i nasze własne. Żyjemy w rozdwojeniu duchowym, materialnym i emocjonalnym. 

Aż wreszcie dociera do nas przesłanie o prawdziwej wolności - jak w przypadku Mojżesza, który przeszedł do Żydów w Egipcie z zaproszeniem uwolnienia. Dzisiaj, dzięki komuś większemu od Mojżesza - Mesjaszowi, mamy otwarte drzwi ku wolności. Zaczyna się nasza wędrówka - przechodzimy przez wodę chrztu i zdążamy do nowej ziemi i nowego nieba. Przed nami przygoda wiary, duchowy maraton z metą w chwili śmierci. 

Dzięki Mesjaszowi mamy możliwość powrotu do Edenu. Do stanu wolności, odpocznienia, miłości. On uczy nas porzucenia rozdwojenia i dążenia do niepodzielnej duchowości. Raj to stan ducha - harmonia ze Stwórcą i drugim człowiekiem. Z samym sobą. 

Święty Paweł pisał, że nie ma już Żyda ani Greka, niewolnika i wolnego, obcego i domownika. Nie ma bariery między Stwórcą, a stworzeniem. Ja i Ojciec jedno jesteśmy. Wszyscy jesteśmy napojeni jednym Duchem. W raju nie ma miejsca na antysemityzm, antyczłowieczeństwo, anty-cokolwiek i ktokolwiek. W raju jest harmonia. 

Eden jest bliżej, niż nam się wydaje. Czy człowiek musi ponownie wejść do łona swej matki? Pytał Nikodem. Nie musi. Do stanu głębokiego połączenia z Bogiem wchodzimy nie przez cofanie się w czasie do niemowlęctwa, ale przez świadomą relację z Mesjaszem. On powiedział, że jest z nami zawsze. Czy to dostrzegamy? Czy otwieramy się na rajskie życie? Eden to nie miejsce, ale stan - do którego każdy ma prawo. Dzisiaj może być twój początek raju. 

Religijne lenistwo

Z religią jest trochę jak z nieudanym małżeństwem (w czym nie mam doświadczenia, ale coś widziałem i słyszałem), gdy razem jest źle, ale osobno jeszcze gorzej. Zanim przeanalizujemy kłopoty, coś na pocieszenie - pozytywnym aspektem jest możliwość kultywowania otwartości na łaskę, nawet w najbardziej tradycyjnym religijnym środowisku. Łaska zwycięża. To znaczy, że każdy, na swój sposób religijny człowiek, może pójść o wiele dalej, poza samą świadomość istnienia Stwórcy. 

Ale zacznijmy od trudności. Jedną z nich jest leniwe podejście do kwestii wiary, gdy człowiek zatrzymuje się na poziomie, że "coś lub ktoś tam na górze istnieje". Taka minimalistyczna teologiczna koncepcja. Wielu ludziom ten rodzaj wiary w zupełności wystarcza. Przynajmniej nie muszą sobie zawracać głowy jakimiś niuansami doktrynalnymi. Wierzą w istnienie Boga, na takiej samej zasadzie jak wierzą w Układ Słoneczny czy w cztery pory roku. 

Takie proste podejście wydaje się logiczne, ale jedynie z pozoru. Prowadzi donikąd. Sprowadza Stwórcę do abstrakcyjnej religijnej koncepcji. Nie daje człowiekowi szansy na nadprzyrodzone spotkanie, doświadczenie objawienia. Jeśli Bóg jedynie sobie gdzieś istnieje, to jaka to różnica, czy On jest, czy Go nie ma? W takim razie nie ma to znaczenia, więc równie dobrze można być ateistą. Jeśli ograniczamy działanie Stwórcy do bezużytecznego istnienia, nadajemy Mu status martwego kamiennego bożka. Zamiast Wszechmocnego, mamy Impotenta, w miejsce Najwyższej Inteligencji wchodzi Do Niczego Nie Przydatny obiekt religijnego kultu. 

Z tego powodu religia chrześcijańska staje się największą przeszkodą w poznawaniu istoty Boga. Religia, która w swej naturze oddziela świętego Boga od grzesznego człowieka, pozostawia ludzi na poziomie leniwego akceptowania Bożego istnienia. Innym hamulcem może być teologia, próbująca kontrolować Tego, który jest poza wszelką kontrolą. Problemem religii jest uspakajanie sumienia za pomocą wiary w Boże istnienie. Problemem teologii jest uspakajanie sumienia na poziomie umysłowego zrozumienia tajemnicy Boga. Obie drogi są tylko marną ludzką próbą, pozbawioną czynnika łaski i objawienia. 

W pewnym sensie łatwiej by nam było mówić o żywym Bogu, gdyby ludzkość cofnęła się do czasów prymitywnego pogaństwa. Wtedy przynajmniej wierzono w świat duchowy - niby bogowie byli nader aktywni, ciagle wtrącali się w życie ludzi. Inaczej niż dzisiaj, gdy wiara jest generalnie jedynie symbolem narodowym lub kulturowym. Współczesne formy neopogaństwa dają nadzieję na dobre efekty misyjne za jakiś czas. 

Z drugiej strony chrześcijaństwo ma ciągle potencjał pójścia dużo dalej - w kierunku słuchania i posłuszeństwa wobec Stwórcy. Wiara chrześcijańska to coś daleko większego, niż świadomość istnienia Boga. Wiara nie jest wiedzą, tradycją ani przekonaniem - jest duchowym spotkaniem. 

Istotą wiary jest łaska spotkania, gdy człowiek widzi Boga w osobie Mesjasza, Jezusa z Nazaretu. Jeśli zrezygnujemy z leniwej religijności, mamy możliwość spotkania z aktywnym Bogiem. To może się zdarzyć w każdej chwili. Mając otwarte serce, natkniemy się na Rzeczywistość szybciej, niż się spodziewamy. Ponieważ łaska zwycięża. 

Tajemnicza miłość

Miłość jest czymś niesamowicie tajemniczym. Jak grawitacja. Jak sukces sieci McDonald's. Miałem okazję być w pierwszym "Maku", który powstał w San Bernardino w Kalifornii. Nic specjalnego. Małe bistro jakich jest wiele na świecie. Nic nie zapowiadało takiego powodzenia, a jednak stało się. 

Miłość też trudno wytłumaczyć. Łatwiej posługiwać się symbolami. Serce, szczęśliwe ikonki, pocałunek, obrączka, poezja, sztuka. Grecy dokonali podziału miłości na agape, fileo, eros. Mówimy o matczynej i ojcowskiej miłości, o miłości sentymentalnej, o uczuciu i pożądaniu. Próbujemy opisać coś, czego nie możemy dotknąć, ale wiemy, że istnieje. Zdajemy sobie sprawę, że miłość utrzymuje nas przy życiu, podobnie jak powietrze i woda. 

Miłość jest jednym z głównych wątków biblijnej opowieści. Stwórca objawia się ludzkości w postaci czystej miłości. Bez domieszek i rozcieńczenia. Gdyby zabrakło miłości Kościół byłby więzieniem z dożywotnim wyrokiem, a życie wiary jarzmem niemożliwym do uniesienia. 

Miłość jest i zawsze będzie. Przestanie kiedyś istnieć Urząd Skarbowy, skończą się spłaty kredytów, pójdą w końcu w zapomnienie kolejki do lekarzy specjalistów. Skończy się polityka, ekonomia, kapitalizm i materializm. Jednak miłość przetrwa - nie wyczerpie się i nie znudzi!   

Dawno temu powstał pewien pogląd teologiczny, (uznany później za herezję, i słusznie), że Bóg Starego Testamentu jest inny niż Bóg Nowego Testamentu. Ten pierwszy był groźnym bóstwem, którego cieszył widok niemowląt roztrzaskanych o mury, a Jego ulubioną rozrywką były ludobójstwa i ogólnie wojny. A ten drugi Bóg, opisany w Nowym Testamencie jest tamtego przeciwieństwem - łaskawy, pełen ciepła i miłości do ludzi, który nie chce, by ktokolwiek utracił zbawienie. 

To prawda, że w Starym Testamencie są fragmenty ciężkiego kalibru. Opisy plag, wojen, egzekucji, nawet niektóre Psalmy są groźne i złorzeczące. A może to nie Stwórca się zmienił, tylko ludzkie postrzeganie Jego Istoty? Biblijna narracja wskazuje na Boga miłości w obu jej częściach. Człowiek za to długo dochodził do świadomości boskiego miłosierdzia. Bo przecież od początku i później nie raz Bóg reagował na kryzys ludzkości poprzez miłosierdzie. Adam i Ewa, Kain, Noe, Babel, Ismael... Można by mnożyć przykłady. 

Potem przyszedł Mesjasz i pokazał nam Miłość, o jakiej mogli jedynie śnić i ewentualnie się domyślać, Mojżesz, Izajasz i inni wielcy mędrcy Izraela. Łukasz, pisząc ewangelię, trafnie sformułował przesłanie Mesjasza. Tam, gdzie Mateusz pisze o doskonałości Boga (5:48), Łukasz pisze o Bożym miłosierdziu (6:36). Oczywiście jedno i drugie jest prawdą. A jednak miłość jest doskonałością Boskiej istoty. Jest nadproporcjonalna, ponad każdą miarą, ponad zwykłą sprawiedliwością. Miłość jest wyższą formą sprawiedliwości. Jest niepojętą dla nas doskonałością. Póki co, niech pozostanie tajemnicza. 

Zejdź z drzewa

Aby zejść z drzewa trzeba najpierw na nie wejść. 
Wejście na drzewo nie zbawiło Zacheusza, ale zwróciło uwagę Jezusa. Nasze wysiłki dużo o nas mówią. Tradycja ewangeliczna odrzuca wartość uczynków w osiąganiu zbawienia na korzyść łaski. Czy jednak dobre uczynki poprzedzające zbawienie są bez znaczenia? 

Może spróbujmy na tę historię popatrzeć inaczej. Bardziej obrazowo. Jezus wchodzi do Jerycha. Zauważa w tłumie dwóch ludzi - Żyda i Protestanta. Żyd wdrapał się na drzewo i usilnie wypatruje nadchodzącego Nauczyciela. Protestant natomiast leży w cieniu, oparty o pień, a z ust wystaje mu źdźbło trawy. Leży pod drzewem, bo ma wszystko z łaski i nic nie musi robić. Jezus sam do niego przyjdzie, weźmie na ręce i zaniesie do swojego królestwa. Mesjasz zbliża się do drzewa i wygłasza mowę: błogosławiony jesteś, Protestancie, albowiem nic nie robisz, o nic nie dbasz i leżysz. Za to dostaniesz wszystko. Przeklęty jesteś Żydzie, albowiem wlazłeś na drzewo i myślałeś, że sam coś osiągniesz! 

Prawdziwa wersja brzmi na szczęście lepiej. Mesjasz zwrócił uwagę na człowieka, który wszedł o własnych siłach na drzewo. Jakiś czas później przychodzi anioł do pewnego Rzymianina o imieniu Korneliusz. To musiało go trochę zaskoczyć, w końcu niecodziennie rozmawia się z aniołem. 
Korneliuszu - modlitwy i jałmużny twoje, jako ofiara dotarły przed oblicze Boże... Zanim usłyszał o Jezusie? Kościele? Chrzcie? Znów dobre uczynki (tym razem poganina) zwróciły uwagę nieba. 

Podobnie ma się rzecz w przypadku innego rzymskiego żołnierza (Łukasza 7). Ludzie wstawiają się za nim u Jezusa, argumentując tym, że miłuje lud żydowski i sam zbudował im synagogę. Warto pamietać, że chodziło o okupanta - tak jakby w trakcie holokaustu nazista kochał Żydów. Czy to ważne? Okazuje się, że tak. 

Wracając do Korneliusza, w trakcie wizyty w jego domu, apostoł Piotr wypowiada ciekawe słowa: Bóg nie ma względu na osobę, w każdym narodzie miły mu jest ten, kto się go boi i sprawiedliwe postępuje. Mam wrażenie, że Piotr nie wie co mówi. Naraża się nie tylko swoim żydowskim braciom, ale i większości chrześcijan, którzy nie potrafią dostrzec boskiej łaski działającej poza granicami  chrześcijaństwa. Czy to nie wyraźna sugestia, że Stwórca zwraca uwagę na dobrych i pobożnych wyznawców judaizmu, islamu, buddyzmu? Jak w każdym narodzie, to w każdym, na mój rozum. 

Jesteśmy za niscy, by sami spotkać Boga. Możemy jednak  pokazać swoim życiem, że nam zależy. Niebo jest poruszone każdym, kto wspina się na drzewo. Łaska to przecież o wiele więcej niż wesołe chrześcijaństwo w kraju, gdzie w każdej księgarni można kupić kilkanaście przekładów Biblii.  

Łaska jest najważniejszym składnikiem ziemskiej atmosfery. Dociera wszędzie tam, gdzie ktoś oddycha, myśli, modli się. Ku oburzeniu religijnych ekspertów od typowania kto dobry, a kto zły, Mesjasz zagościł w domu Zacheusza. Ciekawy jestem w ilu niechrześcijańskich domach Mesjasz gości dzisiaj? Z iloma ludźmi innych religii dzisiaj nawiązuje kontakt? Ile obcych nam serc dotyka? Na te pytania nie sposób odpowiedzieć z tej strony wieczności. Jedno jest pewne - Mesjasz nie przestał szukać i zbawiać. 

Wierzę w Boga Ojca, uśmiechniętego...

Podobno coraz rzadziej się uśmiechamy. Niedawno socjologowie przebadali grupę ludzi i ustalili, że dorosły człowiek uśmiecha się średnio siedem razy na dzień. Część przyznała się do tego, że regularnie przychodzi im darzyć fałszywym uśmiechem swojego szefa (na co on prawdopodobnie odpowiada w ten sam sposób). 

Najbardziej optymistycznie nastawione osoby uśmiechają się średnio jedenaście razy dziennie, a pesymiści - nie więcej niż raz. Respondenci przyznali się ponadto do tego, że lubią, gdy to inni uśmiechają się do nich.

Okazuje się też, że najbardziej skore do uśmiechu są dzieci. Zdrowy sześciolatek może się uśmiechać nawet trzysta razy dziennie. Coś gdzieś poszło nie tak. Kiedy byliśmy mali, uśmiechaliśmy się z byle powodu. Teraz, będąc dorosłymi, jakoś nam nie do śmiechu. A szkoda, gdyż śmiech powoduje lepsze dotlenienie organizmu, wzmacnia odporność i system krwionośny i chroni przed depresją. Czyni też człowieka młodszym. 

Kiedy Abrahamowi i Sarze urodził się syn, nadali mu imię Izaak - co oznacza śmiech. Mam nadzieję, że Izaak żył na miarę swojego imienia. Śmiech dla Abrahama był znakiem błogosławieństwa. On nie tylko miał głęboką radość z powodu spełnionej przez Stwórcę obietnicy, ale się szczerze śmiał. Śmiech jest darem. Uśmiechamy się do siebie i do Stwórcy, a On uśmiecha się do nas. Uśmiech leczy i uwalnia. Nawet najlepiej przygotowane kazanie, bez uśmiechu jest jakieś cieżkostrawne, pozbawione tej niezbędnej przyprawy. 

My, ludzie wiary mamy wiele powodów do szczerego uśmiechu. Stare przecież przeminęło, a wszystko staje się nowe. W miejsce poczucia winy, wstydu, zamieszania, przychodzi łaska - zostaliśmy  przeniesieni z krainy lodu i smutku do krainy miłości i uśmiechu. Z obszaru "stanu wojennego" w przestrzeń wolności. 

Tak jak cały czas świeci słońce, tak też Stwórca darzy nas ustawicznie uśmiechem. Osobiście wyznaję wiarę w uśmiechniętego Boga. Kościół zbyt poważny, smutny, nie do końca odzwierciedla naturę Stwórcy. Z moich obserwacji wynika, że uśmiech jest niedocenionym czynnikiem zdrowego rozwoju lokalnych społeczności. Uśmiech jest bardziej skuteczny, niż by się mogło wydawać. Czy wyobrażasz sobie dobrą nowinę bez uśmiechu? A jednak w wielu kościołach z bardzo poważnymi minami ogłasza się zbawienie. 

Religia jest o niebo poważniejsza i smutniejsza niż sam Stwórca. Poczucie humoru to jedna z cech naszego człowieczeństwa, co wskazuje na jakieś podobieństwo do Stwórcy. Myślę, że On też się śmieje z dobrych dowcipów. Tak więc nie zapominajmy się uśmiechać :) 

Zakończę jednym trafnym cytatem Vladimira Jankelevitcha: 
„Brak poczucia humoru – to brak pokory i swobody. Zbytnia nadętość i powaga jest niemal zawsze tym samym, co brak szlachetności i łagodności i ma w sobie coś podejrzanego i niepokojącego.”

Zwyczajnie dobra podróż

Mówimy, że życie jest podróżą. Czasem łatwiejszą, czasem trudniejszą, chwilami mniej lub bardziej radosną. Jednak ta podróż jest bardzo ważna. Jest częścią wieczności. 

Stwórca jest z nami w życiowej podróży. Betel jest tak samo dla nas, jak dla był dla Jakuba. Gdziekolwiek jesteś, tam jest dom Boży. Jakub miał pod głową zwykły kamień, podróżował po zwykłej zakurzonej, pustynnej ścieżce. A jednak był tam dom Boży. W biurze, w fabryce, na uczelni, w zaciszu domowym, wszędzie jest dom Boży. Jestem z wami zawsze... Każde zwykłe miejsce staje się niezwykle, każda chwila może być niezwykłą, kiedy żyjemy ze świadomością boskiej obecności.  

Dzięki Stwórcy w podróży życia odnajdujemy ostatecznie właściwy kierunek. Narodziny, życie, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa jest projektem dla naszego życia, aplikacją, schematem, który dzisiaj dotyczy nas. Jego życie stało się naszym życiem. Jego sukces stał się naszym. 
W Ewangeliach są historie o odnalezionej monecie, owcy, synu. Wolę patrzeć na nie właśnie w ten sposób. Nie o zgubionych, ale odnalezionych. To prawda, że się zgubili, ale ostatecznie odnaleźli się.  
Fascynujące są migracje bocianów i innych ptaków. Potrafią przelecieć ponad dziesięć tysięcy kilometrów i dotrzeć do celu. Stwórca sprawia, że znajdują drogę. A przecież my, ludzie, jesteśmy więcej warci niż ptaki, jak uczył Chrystus. Życie czasem jest zagmatwane, jednak skoro Pan Bóg o drogę ptaków tak się troszczy, o ileż bardziej o drogę wszystkich ludzi? 

Stwórca zachęca nas do cieszenia się podróżą. Radość chwili - jeśli nie teraz, to kiedy? Droga do nieba jest niebem. W poemacie stwarzania Stwórca siedem razy powiedział, że ziemia jest dobra. Szczęście nie jest jedynie stanem przyszłości i wieczności. Jest na teraz. Dlatego Stary Testament tak mało mówi o przyszłym życiu. To jest przeciwne gnostykom i ogólnie filozofii greckiej, oddzielającej ciało od ducha, życie od wieczności. Żydzi nie mieli zakonów, celibatu, ani ascetów. Jeśli ktoś decydował się na śluby Nazarejczyka, po okresie ślubów składał ofiarę za grzech - grzech nie korzystania z radości życia! Wdzięczność to zadowolenie z teraz. Człowiek bardzo się uskarża przy każdym bólu, a tak rzadko się cieszy, gdy go nie czuje. Dlatego cieszmy się podróżą. 

Stwórca troszczy się o nasze potrzeby w podróży. Bagaż powinien być niezbędny, minimalny. Mamy do wyboru dwa style życia, dwie praktyki wiary. Antykonsumpcjonizm lub teokapitalizm. To pierwsze jest coraz trudniejsze, ponieważ coraz bardziej powszechny, akceptowany i nawet religijny stał się konsumpcjonizm. We współczesnym świecie wiary można to nazwać teokapitalizmem. Pożądanie domu, żony, zarobków, talentów, dużego kościoła bliźniego. W końcu wszystko, co na ziemi jest dla ciebie. Czyżby? Z drugiej strony możemy powrócić do prostej ufności, że Stwórca nas kocha i troszczy się o codzienne potrzeby.  

Celem życia człowieka jest wędrówka do Boga, jak napisał Leopold Staff. W tej wędrówce są z nami dwie cudowne towarzyszki, Dobroć i Łaska. Prowadzą nas bezpiecznie do domu.