Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teologia. Pokaż wszystkie posty

Anty anty-intelektualizm

Isaac Asimov, pisarz i naukowiec, napisał, „W Stanach Zjednoczonych zawsze był i jest kult ignorancji. Anty-intelektualizm jest nicią, torującą sobie drogę w polityce i kulturze, opartą na fałszywym przypuszczeniu, że moja ignorancja jest tak samo dobra, jak twoja wiedza.” 

Mam wrażenie, że myśl Asimova nie ogranicza się jedynie do obszaru USA, ani sfery polityki i kultury. Dochodzę do tego samego wniosku co autor, obserwując polskie środowisko zielonoświątkowe i jego podejście do teologii. 

Widzę ludzi, którzy teologiczny anty-intelektualizm uważają za błogosławieństwo, wyższe dobro, przejaw głębokiej duchowości. Przytacza się przy tym przykład pierwszych apostołów, że byli to ludzie prości, pozbawieni edukacji. Cytuje się tekst Pawła, który mówi do Koryntian, że mało wśród was ludzi mądrych, wysokiego rodu. Taka retoryka nadaje wysoki status anty-intelektualizmowi, tworzy religijny kult ignorancji. 

Należy zauważyć, że nie wszyscy z pierwszych uczniów Jezusa byli prostymi rybakami. Poza tym, godnym podziwu jest fakt, że spośród czterech rybaków, dwóch stało się autorami ważnych chrześcijańskich pism, które weszły w skład kanonu Nowego Testamentu (ewangelia św Jana, Apokalipsa Jana, dwa listy Piotra). To oznacza nic innego, jak to, że przynajmniej ci dwaj ex-rybacy nie chcieli pozostać na poziomie edukacji, który posiadali w chwili swojego powołania. Rozwijali się, pracowali nad sobą, aż do momentu, w którym stali się autorami, wpływowymi pisarzami. 

Również przytoczony wyżej tekst z listu do Koryntian nie jest zachętą do życia w teologicznej ignorancji, ale stwierdza zastały przez Pawła w Koryncie stan rzeczy. Sam Paweł był przecież człowiekiem gruntownie wykształconym. Tam, gdzie jest wiedza, Bóg może wykorzystać zarówno prostotę jak i uczoność (jak w przypadku Pawła). Tam, gdzie wiedzy nie ma, może posłużyć się jedynie prostotą. 

Nie każdy chrześcijanin ma zostać teologiem w sensie zawodowym, każdy jednak uprawia teologię, czyli ma swoją  potrzebę poznawania prawd na temat Boga. W tym celu słuchamy kazań, wykładów, czytamy książki i artykuły. W miarę jak rośnie nasza odpowiedzialność we wspólnocie wierzących, powinna iść za tym większa dyscyplina w zakresie zgłębiania myśli teologicznej. 

Serce balansujemy umysłem, a umysł sercem. Potrzebujemy rozwoju w sferze ducha i intelektu. Cytując Alberta Einsteina, „Wiara bez rozumu jest ślepa, a rozum bez wiary, chromy.” 

Wiedza teologiczna jest niezbędna do perspektywicznego patrzenia na życie. Osoby ignorujące teologię są z reguły szybciej skłonne do krytyki inaczej wierzących, mają poczucie bycia jedynymi sprawiedliwymi na tym świecie, łatwo wydają wyroki i skazują innych na wieczne potępienie. Sekty działają na zasadzie trzymania ludzi w izolacji, z dala od wiedzy. 

Na drodze do Emaus sam Jezus udziela teologicznej lekcji dwóm spośród uczniów, którzy przez swoją ignorancję żyją w bardzo smutnej i ograniczonej rzeczywistości. Boża rzeczywistość jest zawsze dużo głębsza, szersza i wyższa niż nasza. Teologia nie może zastąpić samego Boga, ale z drugiej strony wiara i modlitwa nie zastąpią teologii. 

Wszystkim początkującym teologom polecam dzieła takich autorów jak C.S. Lewis, Dietrich Bonhoeffer, Abraham Heschel, Józef Tischner. Ci oraz inni myśliciele otworzą nam drzwi do szerszego świata niż ten, w którym byliśmy do tej pory. Okazuje się, że ignorancja nie jest tak samo dobra, jak wiedza. 


Top trzy 2017

Woodrow Wilson, amerykański prezydent i laureat Nobla, powiedział, „Nie tylko używam całego swojego mózgu, ale wszystkie, które mogę pożyczyć, a pożyczyłem ich wiele”. Czytanie książek, to właśnie pożyczanie cudzych mózgów. 

Spośród kilkudziesięciu książek, które w tym roku przeczytałem (nie licząc swojej, którą podczas edycji czyta się na okrągło), postanowiłem wybrać własne „top trzy”, z książek polskojęzycznych oraz anglojęzycznych. Moje top trzy są oczywiście wybrane subiektywnie, były książkami dla mnie, w tym czasie. Mogę jednak spokojnie powiedzieć, że stanowią wartość uniwersalną i z pewnością nie tylko ja miałem możliwość wiele z nich wyciągnąć. 

„Top trzy” z książek polskojęzycznych (tak się składa, że akurat autorów zagranicznych, w tłumaczeniu). 

 1 Spadać w górę - duchowość na obie połowy życia. Autor Richard Rohr, wydawnictwo WAM. Dla mnie to nie tylko jedna z najlepszych książek tego roku, ale mogę powiedzieć, ostatnich kilku lat. Bardzo głębokie studium chrześcijańskiej duchowości, zawierajace mnóstwo myśli - perełek. Są w niej wątki miłości, wiary, nieba i piekła, przywództwa. Przede wszystkim jednak pokazuje jaką wielką wartość ma pokora i cierpienie. Rohr, który ma ponad siedemdziesiąt lat pisze pięknie, ale również w wyjątkowo mądry sposób potrafi ukazać całe życie, od młodości do dojrzałej starości. Książka niesie też zachętę dla osób w drugiej piołowie życia, pokazując piękno dojrzewania, a nie popularną w naszym społeczeństwie grozę starości, na której prosperują apteki.  
 2 Milczenie, autor Shusaku Endo, wydawnictwo Znak. Powieść, na podstawie której powstał film Martina Scorsese po tym samym tytułem. Jedna z najlepszych powieści, jakie czytałem. Intrygująca, szokująca, pozostawiająca czytelnika z pytaniami bez odpowiedzi. Piękny styl japońskiego pisarza. Ciekawa tematyka, bo dotycząca wiary, chrześcijaństwa, cierpienia, Boga, który wydaje się milczeć. Więcej nie będę zdradzać. Obejrzałem film i przeczytałem książkę. Polecam obie wersje, ale jak zawsze, książka wprowadza głębiej. 
 3 W imię Jezusa, autor Henri Nouwen, wydawnictwo Salwator. Niewielka objętościowo, ale poruszająca refleksja nad chrześcijańskim przywództwem. W moim odczuciu jedna z najlepszych książek w tym temacie. Autor był teologiem, myślicielem oraz praktykiem. Nie da się przejść obok tej książki obojętnie. Lektura obowiązkowa dla każdego chrześcijańskiego lidera. 

„Top trzy” w kategorii anglojęzycznych. 
 1. Karl Barth in plain English, autor Stephen D. Morrison, eBook na Amazon. Każdy, kto się amatorsko zajmuje teologią, będzie mile zaskoczony. Dla teologów i oduchownych, ta pozycja jest świetnym wprowadzeniem w teologię Bartha. Po przeczytaniu chce się więcej. 
 2. Courage to think differently, edytor George S. Johnson. Zbiór myśli wielu znanych autorów w tematyce troski o świat. Praktyczny podręcznik jak misyjnie kochać i jak kochając, stajemy się wrogami systemów politycznych oraz religijnych. Szokująco szczera i praktyczna. 
 3. Threat of life: sermons on pain, power and weakness. Autor Walter Brueggemann, eBook dostępny na Amazon. Zbiór kazań znanego teologa. Brueggemanna nie czyta się łatwo, ale to, co pisze jest głębokie i warte wysiłku. 

Nikt nie wie wszystkiego, ale każdy wie coś. Dlatego pożyczajmy od innych i od siebie nawzajem. 


Lista osobista


Do tego, że czytać warto, nie muszę mam nadzieję nikogo przekonywać. Poniżej moje propozycje na te wakacje. Niektóre z tych książek to ogólnoświatowe hity. Inne są tu, poniewaź znalazłem w nich coś ważnego dla siebie. Są tu powieści, biografia, prawdziwe historie, trochę teologii, filozofii i psychologii. Mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie. 

Przed wyborem, warto przeczytać w sieci krótki opis. Miłej wakacyjnej lektury! 



Eco Umberto, Imię róży 


Frankl E. Viktor, Człowiek w poszukiwaniu sensu


Friedman D., Dwa narody (wydane przez stowarzyszenie służba szalom) 


Heschel J. Abraham, Szabat


Lechowicz Martin, Przegląd Jezusów Polskich


Lewis C. S., Aktualne sprawy


Lewis C. S., Listy o modlitwie i moralności 


Lewis C. S., Chrześcijaństwo po prostu 


Lewis C. S., Smutek 


Krakauer Jon, Wszystko za Everest 


Martin James, Jezus


Mate Ferenc, Prawdziwe życie


O'Shea Covadonga, Człowiek, który stworzył Zarę


Sittser L. Gerald, Łaska ukryta


Sobieszuk Anna, Zuzanna córka króla 


Tokarczuk Olga, Księgi Jakubowe 


Williams D. Thomas, Większy niż myślisz


Wohlleben Peter, Sekretne życie drzew


Yancey Philip, Pogłoski o tamtym świecie 


Young Paul, Rozdroża

Zbawienie

Czy ludzie innego wyznania niż moje będą zbawieni? Zależy co rozumiemy pod pojęciem zbawienie i jakie mamy wyobrażenie o kryteriach. Jeśli uważamy, że warunkiem zbawienia jest jedyne właściwe rozumienie Boga, Biblii i ogólnie duchowości, które jak najbardziej przypisujemy sobie, to logika podpowiada, że nikt nie byłby zbawiony, włącznie z tym, kto tak twierdzi. Powód jest prosty - nikt nie ma pełnego poznania. Widzimy jedynie cząstkę cząstki. Jeżeli sam święty Paweł, który spisał sporą część Nowego Testamentu uważał, że jego poznanie jest cząstkowe, to o czym tu mówimy? 


Deklarowanie, że wie się więcej, niż inni, połączone z politowaniem jest niczym innym jak przejawem niewiedzy, ubranej w pychę i naiwność. Jeśli założymy, że warunkiem zbawienia jest jakaś wyjątkowa wiedza teologiczna, wtajemniczenie, poznanie intelektualne, to tym samym wykluczamy siebie i innych. Należy odróżnić ludzkie próby rozumienia Boga od Jego istoty - niezbadanej głębi Trójjedynego. Rozumienie jest zawsze ograniczone, subiektywne i zależne od wielu czynników ludzkich - gdzie się urodziliśmy, w jakiej tradycji zostaliśmy wychowani, kto i co nas kształtowało, jaką religią byliśmy otoczeni, jakie wartości były dla nas kluczowe, który klub piłkarski wspieraliśmy i wiele innych. 


Rozumienie Boga lub Jego niezrozumienie, a nawet odrzucenie jest utrudnione przez samo życie. Ten sam człowiek urodzony w innym czasie i innych warunkach będzie rozumieć Boga inaczej. Gdybym urodził się sto lat temu w Moskwie, moje zrozumienie Boga byłoby zupełnie inne, niż jest obecnie. Każda próba pokazania kto dobrze rozumie, a kto źle, kończy się wzajemnym paleniem na stosach, kierowaniem "podludzi" do komór gazowych, wysyłaniem do piekła i kamienowaniem nierządnicy. Ostatecznie wszyscy powinniśmy zginąć, gdyż wszyscy jak owce zabłądziliśmy, mówił prorok Izajasz. 


Należy pamiętać, że każdy osąd skierowany przeciw inaczej rozumiejącym lub w ogóle nierozumiejącym, skazuje nas na tę samą karę. Ponieważ to świadczy o tym, że nie rozumiemy, że nie chodzi o rozumienie. Oskarżając innych pogłębiamy własne niezrozumienie. Im bardziej chcemy udowodnić, że właściwie rozumiemy, tym mocniej zaciemniamy swoje myśli. Kto uważa, że wie najlepiej, właśnie wszystkim pokazuje swoją głupotę. Zbawienie przez rozumienie jest ludzką próbą złapania Pana Boga za nogi. To budowanie ludzkiej drabiny do nieba, gdzie każdy stara się zbudować jak najdłuższą. Problem polega na tym, że nie ma jej o co oprzeć. Ale wygląda imponująco. 

Bóg niepojęty

Jak pogodzić ludzką wolność z boskim przeznaczeniem? Bożą miłość z Jego sprawiedliwością? Boskie miłosierdzie z sądem? Jego dobroć z cierpieniem człowieka? Jak zrozumieć Boże objawienie w Ojcu, Synu i Duchu Świętym? Te i inne teologiczne pytania od wieków zaprzątają wybitne umysły i stają się czasami powodem niesympatycznych podziałów między chrześcijanami. 


Wszędzie tam, gdzie zaczynamy dyskusję o Bogu, chcielibyśmy dojść do prostych konkluzji, przy których moglibyśmy powiedzieć: "Teraz wiem, jak to w rzeczywistości jest!". Taka odpowiedź jest jednak niemożliwa z tego powodu, że ludzkim umysłem zaatakowaliśmy niepojmowalność Stwórcy. 


Nie tylko w ten sposób dopuszczamy się ataku na boskość Boga, ale w dodatku zaczynamy atakować innych wierzących, którzy nie podzielają naszego zdania. Takie definitywne diagnozowanie Boga i drugiego człowieka zawsze kończy się uwstecznieniem. Mimo tego, że dawno minęły czasy inkwizycji, współczesna ostateczna diagnoza prowadzi do tych samych rezultatów, za wyjątkiem publicznego palenia na stosach. 


Niezbędna jest w tym obszarze intelektualna i teologiczna pokora, która polega na powściągliwości w formowaniu ostatecznych wniosków. Ludzki umysł stanowi źródło pokus w takim stopniu jak ciało i emocje. Pokusa ta polega na usilnym pragnieniu zrozumienia Boga i narzuceniu swoich opinii innym. Z jednej strony jesteśmy zobowiązani do intelektualnego wysiłku, a z drugiej strony uczymy się powściągliwości i respektu wobec tajemnicy Stwórcy. 


Wracając do początkowych pytań, musimy z pokorą uznać współistnienie na pozór sprzecznych myśli, obecnych w biblijnej narracji. Na przykład, mogę powiedzieć, że jestem człowiekiem w pełni wolnym, a równocześnie totalnie zależnym od Stwórcy. W tej pozornej sprzeczności kryje się głęboka harmonia życia. Innym przykładem jest nasza monoteistyczna wiara. Bóg jest jeden, a równocześnie jest potrójną relacją. Z perspektywy Boga takie paradoksy nie stanowią problemu.


Pokora umysłu polega na uznaniu pozytywnej zgodności tego, co sprzeczne. Będąc człowiekiem myślącym i chrześcijaninem, wyznaję, że nie mogę i nie muszę zrozumieć zgodności tych sprzeczności. Powinienem uznać obie przeciwne sobie myśli jako równie prawdziwe i w ten sposób oddać cześć niepojętemu Stwórcy. Tylko Mesjasz, Jezus z Nazaretu potrafi zrozumieć Boga, równocześnie nosząc w sobie człowieczeństwo. 


Pychą byłoby uzurpowanie sobie prawa do tworzenia z tych sprzecznych myśli ostatecznych definicji. Chrześcijanie potrafią się zagalopować, przekraczając granicę w pogoni za tym, by stać się takimi jak Bóg. Pragnąć wiedzieć za dużo, to jak wracać do pierwszego pokuszenia z raju. 


Zamiast chcieć Boga zrozumieć powinniśmy Go po prostu kochać. Jeśli kocham żonę na tyle, na ile ją rozumiem, moja miłość będzie znikoma. Należy kochać Stwórcę i ludzi ponad ludzkie poznanie. Chęć zrozumienia Boga jest niszczącą pokusą. Miłość wobec Boga jest akceptacją Jego tajemnicy i drogą do życia w harmonii. Teraźniejsze sprzeczności staną się kiedyś wiecznym obrazem piękna. 

Sztuka życia

Stanley Hauerwas, który przez magazyn "Time" został uznany w 2001 roku za najlepszego teologa Ameryki, powiedział, że powinniśmy tak żyć i tak umierać, by nie było widać w tym sensu, jeśli Jezus nie zmartwychwstał. 

Podobnie ponad sto lat temu wyraził się duński myśliciel, Soren Kierkegaard: "Czyż jest coś bardziej niepraktycznego, niż śmierć za prawdę? Czyż jest coś bardziej głupiego niż rezygnacja z własnych korzyści? Czyż jest coś bardziej ośmieszającego niż utrudnianie sobie życia i bycie wynagradzanym cierpieniem? Oszukujemy siebie mówiąc, że bierność jest skromnością. Nie, nie! Nie iść na przód to robić z Boga głupca - ponieważ to, na co czeka Bóg, to twoje kroki do przodu."

Tak więc życie wiary, to misyjny artyzm, totalna awangarda, życie nie tyle pod prąd, co wręcz tworzenie nowego koryta rzeki. Naśladowanie Mesjasza wymaga od nas nieprzywiązywania się do dotychczasowego stylu życia, a w zamian kreowania własnego świata, nienaśladowania religijno - kościelnej rzeczywistości, ale szukania odrębnego języka wyrazu naszej wiary (I Piotra 2:9-12).  

Każdy chrześcijanin jest powołany do artystycznego życia wiary. Nie chodzi jedynie o smak, estetykę, piękno. To też ważne. Ale ważniejsze jest odważne i twórcze tworzenie nowej rzeczywistości. Dzięki Mesjaszowi otrzymaliśmy, nowy status - Lud Boży. To oznacza, że zostaliśmy przyłączeni do wspólnoty Izraela, by być razem z Żydami boskim neonem - reklamą nieba na ziemi. Staliśmy się dla zagubionego świata specjalną jednostką informacyjno - ratunkową. Nie mówimy więc ludziom jak mają żyć, ale pokazujemy, jak my żyjemy - nie jesteśmy wykładowcami, ale modelami.  

Zbyt często Kościół zapominał o swoim przeznaczeniu i bardziej chciał pouczać niż prezentować. Chciał zbawiać i potępiać, zamiast kierować w stronę Zbawiciela. Naszą odpowiedzialnością jest świadectwo, a nie jego efekt.  

Jesteśmy powołani do innego standardu pracy, małżeństwa, wychowania dzieci, miłosierdzia. Dlatego argumentem wierzących nie tyle są wersety z Biblii, co sztuka życia. Żyjemy w czasach, w których ludzie coraz bardziej szukają duchowości, a równocześnie odwracają się od instytucji kościelnych. Nie chcą moralizowania, ale spotkania z niebiem na ziemi. 

Boga ani świata interesuje tak bardzo nasza interpretacja Apokalipsy - czy wierzymy dosłownie lub symbolicznie. Dzisiaj ważne jest co pokazujemy swoim życiem. Czy ogłaszamy pojednanie zamiast potępienia? Czy współpracujemy z Bogiem w dziele ratowania świata? 

Żyć tak, by nie było widać w tym sensu, jeśli Jezus nie zmartwychwstał. Żyć niepoprawnie politycznie. Żyć na przekór ludzkiej zachłanności. Umieć umierać, by żyć pełniej. Umieć dawać, by przy zmartwychwstaniu coś wziąć. 

Wiara jest sztuką narysowania Boga barwami swojego życia. Jest tańcem niebiańskiej radości, odgrywaniem swojej roli na scenie świata. Wierzę w zmartwychwstania - Jezusa i nasze. Dlatego chyba warto zainwestować wszystko co się ma i kim się jest. 

Bóg ma się dobrze: kolizje wiary i wątpliwości

Książka "Bóg ma się dobrze: kolizje wiary i wątpliwości" to zbiór felietonów dotykających najważniejszych kwestii wiary. 

Czy Biblia jest bezbłędna? 
Czyja "prawda" jest prawdziwa? 
Dlaczego chrześcijaństwo przegrywa walkę o świat? 
Dlaczego warto żyć misyjnie? 
Czym jest wcielenie? 
Czy Boga można zrozumieć? 

Poprzez te i inne pytania zachęcam czytelnika do głębszej refleksji i jeśli zajdzie potrzeba, zredefiniowania swojej duchowości. 

Podzieliłem książkę na dwie części. W pierwszej postanowiłem zająć się kwestiami, które budzą wątpliwości i odpychają niektórych od wiary i naszych kościołów. Staram się z takimi osobami utożsamić, zamiast potępić za to, że nie wierzą w Boga lub nie uznają autorytetu Biblii, czy też już nie chodzą do naszego, czy innego kościoła. 

Prawdę mówiąc uważam, że w wielu kwestiach mają rację, ponieważ często religia taka czy inna, nie pokazuje dobrego oblicza Stwórcy. Jeśli więc jesteś osobą niewierzącą lub nie utożsamiasz się z instytucją Kościoła, jestem twoim przyjacielem bez względu na to, czy twój światopogląd ulegnie zmianie, czy nie. (Myślę, że Stwórca również jest twoim przyjacielem, a nie wrogiem). 

Wierzącym czytelnikom wyjaśniam, że pierwsza część nie jest napisana po to, by zburzyć wiarę. Raczej, by zachęcić nas wszystkich do większej szczerości i pokuty, jeśli trzeba. Należy też szanować tych, którzy mają więcej wątpliwości niż wiary.

Druga część książki zachęca do głębszej duchowej wyobraźni. Mówi się, że człowiek powinien puścić wodze swej wyobraźni. Zbyt często trzymamy ją na krótkim sznurku, a to zdecydowanie za mało.

Książkę zacząłem pisać jakieś trzy lata temu. A zabierałem się do tego dużo wcześniej - w mojej głowie. Kiedy przekroczyłem czterdziestkę zacząłem mówić, że wszedłem w wiek, w którym można pisać książki. Oczywiście można pisać w każdym wieku - im prędzej to odkryjesz, tym lepiej. Mnie zajęło to prawie pół wieku. 

Tak więc najpierw myślałem. Potem zacząłem o tym mówić. Mój przyjaciel i znany coach Andrzej Mytych kiedy o tym po raz pierwszy ode mnie usłyszał, nie dawał mi od tej pory spokoju. Był bardzo dociekliwy i denerwujący - jak tam twoja książka? Minęło jeszcze parę miesięcy zanim wszedłem w tryb pisarza. 

Pisanie jest wielką przyjemnością, chociaż kosztuje. Podobne jest do podróżowania - po drodze odkrywam nowe miejsca, wchodzę w obszary, o których wcześniej nie wiedziałem. Zaczynam tutaj, a kończę totalnie zaskoczony tym, co się wydarzyło. Nigdy nie wiem dokąd mnie zaprowadzi kolejna myśl, kolejne zdanie. I to jest bardzo ekscytujące. Okazuje się, że w każdym z nas są głębokie pokłady wiedzy i doświadczenia, które możemy wydobywać i ubogacać nimi innych. 

Książka została wydana przez uczelnię WSTS w Warszawie, tam też można ją nabyć. Koszt 27 złotych. 

Życzę moim drogim czytelnikom dobrej lektury! 

Teologia zmienną jest

Teolog Curt Whiteman kiedyś stwierdził, że nasze teologie pochodzą z przeszłości, są sumą przemyśleń poprzednich pokoleń. Teologia podlega ciągłej przemianie. Nigdy nie jest statyczna. 

Marcin Luter przybił pięćset lat temu dziewięćdziesiąt pięć tez do drzwi swojego kościoła. Był to efekt z jednej strony frustracji, a z drugiej nowego zrozumienia Biblii. Średniowieczny Kościół poniósł klęskę, Reformacja była niezbędną kroplówką, ratującą życie. Jednak od tego czasu takich kroplówek było dużo więcej. Każde pokolenie potrzebuje doceniać duchową przeszłość, a równocześnie w oparciu o nią tworzyć nowe życiodajne teologie. 

Teologia, podobnie jak sztuka, architektura, muzyka, podlega ciągłej przemianie. Jest twórcza i nieskończenie głęboka. Wszystko, co chcemy zatrzymać w miejscu i w stanie, w jakim się dziś znajduje, pokryje się ostatecznie kurzem, rdzą i przestanie mieć pozytywny wpływ na świat. 

Reformacja służy nam za historyczny przykład dynamiki teologicznej. Słowo przemawia cały czas, na nowo, w nowym społecznym kontekście. Teologia wcale nie jest tak systematyczna. Dzisiaj my, protestanci cieszymy się z tego, że kiedyś miała miejsce Reformacja. Trudno byłoby sobie wyobrazić jakby dzisiaj wyglądał Kościół, gdyby nie Luter, Kalwin i inni reformatorzy. 

Z drugiej strony powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że Reformacja oznacza, że to, co się zaczęło, nigdy nie powinno się zakończyć - potrzebna jest ciągła przemiana. Mam wrażenie, że dużo łatwiej nam zaakceptować przemiany, które zaszły w dalekiej przeszłości, a trudniej inicjować lub uczestniczyć w tym procesie dzisiaj. Chwalimy reformatorów, ale sami nie mamy ochoty nimi być. Lubimy czytać piękne biografie, ale czy jesteśmy gotowi tak żyć, by przyszłe pokolenia inspirowały się nami? 

Jeżeli uważamy, że za tydzień będzie koniec świata, to rzeczywiście nie ma czym sobie zawracać głowy. Ale jeśli rozumiemy, że jesteśmy cząstką boskiej historii, która będzie trwać tak długo, jak Bóg zechce (może kolejne tysiące lat), to zdajemy sobie sprawę ze swojej jakże ważnej roli. My też reformujemy, tworzymy, myślimy, piszemy. Przybijamy nasze tezy poprzez kazania, książki, internet. 

Luter i Kalwin mocno by się zdziwili, gdyby dzisiaj wstali z grobu. Ich reformacja nie była ostateczna, ale dała początek kolejnym dynamicznym przemianom. Podobnie zresztą tamte, przybite do drzwi tezy, były wynikiem odważnych przemyśleń ich poprzedników, niektórych ojców Kościoła. Jestem pewien, że my również byśmy się zdziwili, gdyby dane nam było zobaczyć jak Kościół będzie wyglądać w przyszłości, za dwieście, trzysta lat, gdzieś w 2300 roku. 

Chrześcijańska teologia nie polega na powtarzaniu tych samych obrzędów i zwyczajów z przeszłości. Nie może pozostać niezmienną, ponieważ chrześcijaństwo jest żywym organizmem. Jedynym niezmiennym pozostaje na zawsze Chrystus. A z relacji z Nim rodzi się mnóstwo nowych, ciekawych, życiodajnych słów, tez i inicjatyw. Widać, że tak ma być. Przemiana jest gwarancją rozwoju. Reformacja musi trwać. 

Dlaczego na nowo polubiłem księgę Hioba

Ponieważ obala stereotypy. Człowiek dobry cierpi, a zły ma się dobrze. Choroba dopada najbardziej wierzącego, giną niewinni, a Stwórca z niczego się nie tłumaczy. 

Nie ma w tej mądrej księdze historii jednostronnej, nie ma tak zwanej teologii systematycznej. W życiu Hioba są lata bardzo dobre i bardzo złe. Jednak nie ma w tym żadnego wyznacznika, schematu, żadnej reguły typu, jeśli będziesz robić to i to, wtedy napewno będzie tak i tak... Stwórca wymyka się ludzkiej kalkulacji. Podobnie Chrystus, gdy przebaczył grzechy sparaliżowanemu, który o to nie prosił, gdy wskrzesił syna wdowy, gdy nikt się do niego nie zwrócił o pomoc. Dlatego, że Stwórca jest Bogiem. 

Ponieważ w "przyjaciołach" Hioba zobaczyłem siebie oraz rzesze chrześcijańskich moralistów i kaznodziejów. Wydaje się, że wiele współczesnych kazań to plagiat z wypowiedzi "przyjaciół" Hioba. Ciągłe oskarżanie ludzi, jacy są źli, grzeszni i co muszą zrobić, żeby było lepiej. Dzielenie, segregowanie, kto jest dobry, a kto jest zły, kto jest grzeszny, a kto święty, kto na właściwej drodze, a kto na manowcach. Oczywiście kaznodzieja moralista jest zawsze na tej właściwej, tak też o sobie myśleli "przyjaciele" Hioba. 

Ponieważ uczy, jak cenne jest milczenie, współczucie i szacunek wobec drugiego człowieka. Jedyną dobrą rzecz jaką uczynili "przyjaciele" było milczenie przez pierwszych siedem dni. Potem jednak słysząc bolesne wypowiedzi Hioba dali upust swoim moralizatorskim kazaniom. Gdyby chrześcijanie mniej mówili, mniej osądzali, a więcej współczuli cierpiącym. Gdyby okazywali więcej szacunku wobec innych, inaczej wyglądających, inaczej wierzących. Gdyby traktowali chorych i bezdomnych Hiobów z należytym szacunkiem. Świat byłby dużo lepszy. 

Ponieważ na koniec pokazuje wielkie wybawienie wszystkich aktorów tego dramatu. Ostatecznie Stwórca w swojej łasce ratuje Hioba, jego rozgoryczoną żonę i kompletnie zagubionych, twardogłowych towarzyszy. Stwórca ma wystarczająco łaski dla nich wszystkich. 
Nigdy nie ogarnę ogromu łaski. To jak próba zrozumienia wszechświata. Jednak dobrze, że o wieczności Stwórca decyduje, a nie my.  

Na wiele pytań nie ma łatwych odpowiedzi. Pytania Hioba pozostają bez odpowiedzi. Ale również Stwórca zadaje Hiobowi siedemdziesiąt pytań, na które Hiob nie jest w stanie odpowiedzieć. 
Nie można znaleźć odpowiedzi dlaczego rodzą się dzieci z zespołem Downa, z autyzmem, z porażeniem. Dlaczego huragany i tsunami zabijają tysiące ludzi. 

Stwórca nie tłumaczy się z tego, co czyni. Niektórzy traktują go jak osobistą sekretarkę, jak ucznia przy tablicy. Mam wrażenie, że codziennie Stwórca im się ze wszystkiego tłumaczy. Słychać historie typu, szedłem chodnikiem, skręciłem kostkę, wróciłem do domu, otworzyłem Biblię i Pan Bóg mi pokazał dlaczego to się stało... Podczas, gdy chcemy wyciągać lekcje z tego, co nas spotyka, nie oznacza to jednak, że Stwórca wszystko wyjaśnia. Zwykle jest to raczej nasza własna chęć zrozumienia życia.
Czy potrafimy żyć z niewiadomą? Czy wiara nie na tym polega, że teraz wszystkiego nie widzimy i nie do końca rozumiemy, a jednak ufamy i mamy nadzieję? 
Jedyna odpowiedź jaką otrzymuje Hiob, to sam Stwórca, Jego bliskość i majestat. Moje oko ujrzało Go... Tu nic nie zostaje wyjaśnione, a jednak to wystarcza, Hiob wie, że ma coś większego niż racjonalne argumenty. Bo zło służy dobru w sposób dla nas niepojęty. Może zamiast szukać odpowiedzi, powinniśmy szukać nowych spotkań ze Stwórcą?  

Historia Hioba jest świadectwem, że ostatnie słowo należy do Stwórcy i że ostatecznie wszystko będzie dobrze. Wiara to nie krzyżówka z hasłem, gdzie wszystko nam pasuje i wszystko rozumiemy. Wiara to zaufanie i doświadczanie obecności Stwórcy, to odkrywanie jego miłosierdzia w codzienności, nawet w najgorszych okolicznościach życia. 

Era mesjańska w dobie fb?


Kapitan Kloss - kim był naprawdę? Polskim oficerem.
W przebraniu. Niektórzy się domyślali, przypuszczali, podejrzewali, inni byli zupełnie nieświadomi. Kim jest Jezus? Niektórzy uważają, że był zwyczajnie żydowskim rabinem, inni widzą w Nim proroka, jeszcze inni wierzą, że był ucieleśnieniem Boga na ziemi. Co się wydarzyło dzięki Jego przyjściu na świat? Czy rzeczywiście urodził się największy władca, czy jedynie bezbronne dziecko? Czy już nastąpiła inwazja nieba na ziemię, czy dopiero nastąpi w przyszłości? Wielu ma problem z odpowiedziami.


Spojrzenie na chorobę i uzdrowienie


Wierzę w Uzdrowienie 
Uzdrowienie jest aktem Bożego miłosierdzia. Jest też zapowiedzią doskonałości, Pan Bóg daje nam czasem poczuć odrobinę nieba. Uzdrowienie jest dostępne dla wierzących jak i niewierzących. Jezus uzdrowił wielu, którzy za Nim nie poszli. Widać to wyraźnie w Dziejach Apostolskich, dużo więcej uzdrowień miało miejsce na ulicach. To wskazuje na fakt, że uzdrowienie jest częścią głoszenia Ewangelii ludziom niewierzącym. Jakub  pisze o uzdrowieniu dla wierzących przez modlitwę Kościoła i namaszczenie olejem przez przywódców. Na początku lat osiemdziesiątych mój tata, wówczas pastor zboru, zachorował na płuca, w wyniku czego zdiagnozowano nowotwór złośliwy, wykryto na płucu guz o średnicy 10 cm. Jego stan szybko się pogarszał i pewnego dnia usłyszał wyrok: trzy miesiące życia. Wypisał się ze szpitala i czekał na to, co zrobi Pan Bóg - zabierze go, czy uleczy. Nie zdecydował się na operację. Półtora roku później poszedł się przebadać i okazało się, że po guzie nie ma śladu. Lekarz skomentował, "pański Bóg pana uleczył". Tata przeżył jeszcze 28 lat. W kręgu lekarzy w Opolu było to nie lada wydarzenie, w wyniku czego jeden z lekarzy weterynarii, po zbadaniu dokumentacji nawrócił się. 

Tańczący z Bogiem

Jest coś wyjątkowego w trzymaniu kogoś za rękę.
Małe dziecko ma potrzebę trzymania osoby bliskiej. Kiedy człowiek odkrywa piękno romantycznej relacji, towarzyszy temu ekscytujące przeżycie trzymania się za ręce.
Pewien czas temu został przeprowadzony eksperyment: grupę kobiet poddano lekkiemu elektrowstrząsowi. Za pomocą mądrych urządzeń mierzono kobietom strach i ból jakie odczuwały podczas eksperymentu. Tomograf rejestrował aktywność ich mózgu. Jeśli podczas eksperymentu kobieta pozostawiona była sama sobie, to bardzo się bała i doznawała fizycznego bólu. Jej emocjonalna część mózgu była aktywna. Jeśli pracownik laboratorium którego kobieta nie znała (nawet nie widziała jego twarzy), po prostu trzymał ją za rękę, odczuwała mniejszy strach, ale mimo wszystko mózg wciąż reagował na ból. Natomiast kiedy za rękę trzymał ją mąż, nie odczuwała bólu, mózg był spokojny na wszystkich swoich poziomach! Panowie, kiedy następnym razem żonę rozboli głowa, wystarczy wziąć za rękę!!