Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kościół. Pokaż wszystkie posty

Na dobre i złe

Historia Izraela i Kościoła jest pasmem wzlotów i upadków. Jednego dnia Izrael w triumfalnym pochodzie przemierza Morze Czerwone. Za chwilę uśmiech znika z ich twarzy i pojawia się grymas niezadowolenia z powodu braku wody, cebuli i czosnku. Jednego dnia zdobywają potężną twierdzę, jaką jest Jerycho. Nie mija wiele czasu i przegrywają, pobici przez mieszkańców małego miasteczka Aj. Kościół nie wygląda wcale lepiej. Jak różne warstwy tortu, tak w historii Kościoła mamy okresy rozwoju, duchowego ożywienia, spektakularnych zwycięstw, by za chwilę doświadczać stagnacji, regresu, włącznie z totalną moralną degeneracją. 

W tym zmiennym i nieprzewidywalnym środowisku jedno pozostaje trwałą wartością - natura Stwórcy. Jego łaska i  miłosierdzie trwają na wieki. Jego wierność z pokolenia na pokolenie. Niewyczerpane są łaski Pana, bez końca trwa Jego dobroć, świeża i nowa każdego dnia. Nawet, gdy my przestajemy być wierni, On pozostaje wierny i niezmienny. 

Bóg jest miłosierny - oto najbardziej trafny opis Jego natury.
To znaczy nieograniczenie dobry. Miłosierdzie jest sumą wszystkich boskich zamiarów. W Nim jest sprawiedliwość, gniew, świętość, mądrość. Ale do nas dociera to wszystko w postaci miłosierdzia.  

Słońce mogłoby spalić Ziemię, ale do nas dochodzi w odpowiedniej dawce, dzięki okołoziemskiej atmosferze. Tą atmosferą w duchowym wymiarze jest boskie miłosierdzie. Wiara osadzona jest na pozytywnym fundamencie Bożej miłości. Miłosierdzie to nic innego jak miłość w praktyce.  

Skoro Stwórca jest miłosierny, czy to oznacza, że jest pobłażliwy i niekonsekwentny? Nic takiego. Jego sąd jest również formą miłosierdzia. Morskie perypetie Jonasza, kryzys Piotra, cierń Pawła, były przejawem boskiego miłosierdzia. Sąd ostateczny będzie aktem miłosierdzia. Stwórca wobec stworzenia jest zawsze i na wiele sposobów  miłosierny. 

Kościół jest demonstracją nieba na ziemi, a to oznacza, że jest idealnym miejscem do praktykowania miłosierdzia. Każda lokalna wspólnota jest historią Izraela i Kościoła w skali mikro. Jednej niedzieli jesteśmy tak naładowani, że prawie unosimy się nad wykładziną. Następna niedziela wydaje się zbiorowym nabożeństwem pogrzebowym. Doświadczamy cudowności Boga, gdy wspólnie celebrujemy Wieczerzę Pańską, gdy udzielamy chrztu wiary. Jednak niejednokrotnie w tym samym czasie przeżywamy ból spowodowany rozwodami, powrotami do nałogów i innymi ludzkimi kryzysami. 


W takich okolicznościach doświadczamy pokusy ucieczki. Stajemy przed wyborem porzucenia wspólnoty lub praktykowania miłosierdzia. Czasem to miłosierdzie ma wymiar dyscyplinarny, jednak zawsze ma na celu łaskę i uzdrowienie. Każdy ma aż nadto okazji, by uczyć się czym jest miłosierdzie. W ten sposób umacniamy wartości nieba na ziemi. Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny, naucza Chrystus. Miłosierdzie oznacza bycie z ludźmi kiedy im wychodzi i kiedy totalnie wszystko się wali. Kiedy się kochają i kiedy się rozwodzą. Kiedy są oddani i kiedy się buntują. Kiedy nas lubią i kiedy krytykują. Życie człowieka wierzącego to lekcja długoterminowego miłosierdzia, na wzór samego Boga. 

Pasterz, owczarnia i jedność

Nie żyjemy na bezludnej wyspie. Ziemia została skutecznie zaludniona, doprowadzając nas do konieczności spotkania z drugim człowiekiem. Długotrwała izolacja jest jedną z najbardziej bolesnych kar, jakich więzień doświadcza. 

W wymiarze wiary i podążania za Mesjaszem, kwestia wspólnotowości jest mocno zaakcentowana. Chrześcijaństwo jest ruchem prospołecznym, nacechowanym boską i międzyludzką integracją. Sam Bóg w obrębie swojej istoty stanowi źródło doskonałych więzi społecznych. Trójca to, mówiąc obrazowo, idealna wspólnota mieszkaniowa. Więzi pomiędzy Ojcem, Synem i Duchem Świętym są przykładem w najwyższym stopniu dojrzałej ekumenii. Bóg jest największym ekumenistą. 

W Ewangeliach kilkukrotnie zostaje przywołany obraz owczarni. Naśladowcy Mesjasza przyrównani są do owiec, a Jezus jest dobrym pasterzem. Owca jest umiejscowiona w stadzie. Nie powinna żyć w oddzieleniu od stada, z dała od owczarni. Zgubiona owca to ta, która jest poza stadem, która nie korzysta ze skutków wspólnotowości. 

Obraz owczarni dotyczy zbiorowości na kilku płaszczyznach. Pierwsza z nich to z pewnością płaszczyzna małżeństwa i rodziny, która stanowi pierwszą ekumeniczną wspólnotę. Rodzina to inaczej Kościół domowy, tworzący potrzebne środowisko duchowego rozwoju rodziców i dzieci oraz innych bliskich. To również najbardziej praktyczna ekumenia (od greckiego oikos, czyli domostwo). 

Drugą owczarnią, a zarazem płaszczyzną ekumenii jest lokalna wspólnota kościoła. Każda „owca” powinna być częścią grupy wierzących, celebrującej wartości Ewangelii oraz dającej przestrzeń duchowego rozwoju. Bycie poza wspólnotą oznacza zagubienie. Bycie we wspólnocie nie oznacza, że owce pozbawione są możliwości błądzenia, jednak znajdują się w zasięgu dynamicznej łaski - nikt nie wydrze ich z ręki mojej, zapewnia Mesjasz. Pocieszającym jest fakt boskiego zaangażowania w szukanie owiec zgubionych, o których Bóg nie zapomniał. 

Trzecim równie ważnym aspektem owczarni jest globalna wspólnota dzieci Bożych, mieszcząca w sobie naśladowców Mesjasza z różnych wyznań i denominacji. Nie bez przyczyny teksty o Pasterzu trzymającym nas w swej ręce występują w liczbie mnogiej. Żyjemy w epoce indywidualizmu oraz wielu podziałów wynikających z interpretacji Biblii. Mamy swojego „osobistego Zbawiciela” i „osobiste zbawienie”, które my, ewangelikalni chrześcijanie,  wynieśliśmy z protestanckiego kapitalizmu Ameryki Północnej, z czasów osadnictwa Metodystów.  

Doga Chrystusowa jest drogą wspólną. Zamiast palić flagi innych kościołów i wspólnot, uczmy się je prać i prasować. Nie chodzi o porzucenie i zatracenie własnej tożsamości, ale o okazywanie autentycznego szacunku wobec odmienności na każdym poziomie życia, w małżeństwie, rodzinie, lokalnej i ostatecznie globalnej wspólnocie.  


Pielęgnowanie w sobie „kultury podziału” jest sprzeczne z wolą Pasterza i osłabia autorytet Ewangelii. Pewnie nigdy nie stworzymy tak idealnej wspólnoty mieszkaniowej jaką jest Trójjedyny. Możemy jednak dojść do miejsca, w którym jest „dobrze i miło, ponieważ siostry i bracia w zgodzie mieszkają” na tej małej planecie, jaką jest Ziemia. 

Kościelna arytmia

Człowiek to istota jednocześnie duchowa i fizyczna. Dlatego posiadamy rożnego rodzaju głody - głód pożywienia, piękna, więzi z innymi ludźmi, stworzeniami i Bogiem. Istnieje również w człowieku coś takiego, jak głód zmiany. Pochodzi on z naturalnych procesów rozwoju życia. Mówimy, że dziecko się rozwija, czyli dąży do zmian. Od przewracania się na brzuszek, raczkowania, do samodzielnego chodzenia, biegania i wspinania się na szczyty drabinek na placu zabaw. 


Zmiana jest konieczna, w takim stopniu jak regularne odżywianie. Jednak ludzkie głody nie posiadają naturalnej granicy bezpieczeństwa. Konieczność jedzenia może zamienić się w obżarstwo lub anoreksję. Głód seksualny może doprowadzić do rozwiązłości. Głód więzi może się skończyć manipulacją. Tak samo możemy powiedzieć, że istnieje w obszarze zmian patologiczny głód absolutnej nowości. 


Oznacza to, że zachwiana zostaje naturalna równowaga między tym, co znane z przeszłości, a dążeniem do nowych celów. Stwórca dając człowiekowi rożnego rodzaju „głody” zatroszczył się o to, by równoważyć je potrzebą stałości. Połączenie zmiany i stałości możemy nazwać rytmem życia. Takim rytmem cechuje się małżeństwo, pory roku, cykl dnia i nocy, a w szerszej perspektywie ludzkie pokolenia. Kościół również cechuje się pewnym potrzebnym rytmem. 


Każda arytmia stanowi zagrożenie. Głód absolutnej nowości w małżeństwie bez docenienia tego, co stare i dobre prowadzi do zdrady. W Kościele efektem takiej żądzy nowości są bolesne podziały. Zwykle powtarza się do znudzenia ten sam argument, że to, co w Kościele stare jest beznadziejne, nieaktualne i musi być zastąpione czymś zupełnie nowym, świeżym, cudownie odkrywczym. 


Stwórca obdarzył nas szczęściem na drodze rytmu. Każdy dzień jest nowy, a zarazem stary. Każdy posiłek jest nowy, ale oparty na starych, znanych nam składnikach. Każdego roku przychodzi nowa wiosna, ale wszystko w niej jest stare jak świat. Kluczem do szczęścia (i zdrowia Kościoła) nie jest ślepa pogoń za nowością, ale mądre dążenie do zmian przy jednoczesnym rozkochaniu się w tym wszystkim, co pachnie starością. Tak, jak obżarstwo prowadzi do coraz mniejszej przyjemności jedzenia, tak samo głód absolutnej nowości w kontekście Kościoła doprowadza do zaburzeń. Pojawia się, między innymi, brak wdzięczności i satysfakcji, zgodnie z zasadą stale rosnącego pragnienia stale malejącej przyjemności. 


To pożądanie zmian wypatrzyło znaczenie stabilności. Ludzie traktują przyszłość jak ziemię obiecaną, zapominając, że już w niej żyją. Przyszłość nie jest wyjątkowym prezentem dla kilku bystrych. Przyszłość osiąga każdy, z prędkością sześćdziesięciu minut na godzinę. Osiągamy ją tylko i wyłącznie dzięki temu, że mieliśmy dzień wczorajszy. 

O kościele

Po co jest Kościół? Czy nie po to, by być wspólnotą poświadczającą fakt, że Bóg jest dla nas i z nami? (Czy nie macie wrażenia, że słyszymy w kościołach wręcz coś przeciwnego – ile to rzeczy my musimy zrobić dla Boga?). My, ludzie Kościoła, jesteśmy przeznaczeni by być światłem dla narodów, otwartym zaproszeniem dla każdego. Człowiek wierzący ma jedno, najważniejsze przeznaczenie – dobrowolnie wyrazić swoją wdzięczność miłosiernemu Stwórcy i stać się reprezentantem boskiej chwały na ziemi. Chodzi o to, by swoim życiem pokazać posłuszeństwo i zależność od Boga przez naśladowanie Mesjasza – Jezusa z Nazaretu. 


Kościół nie jest opakowaniem, w którym przechowujemy Boga. Stwórca nie może być zamknięty w ceremonii, liturgii i konkretnej formie. Historycznie Kościół sprawiał wrażenie, jakby przypisywał sobie wyłączne posiadanie obecności Chrystusa. Czyżby Mesjasz był ograniczony i zależny od ludzkich decyzji? Słoń prowadzony na smyczy. Taki nieśmieszny pokaz. Coś bardzo osobistego, stało się masową formą. Kościół powinien raczej zachęcać ludzi do intymnego wydarzenia – osobistego doświadczenia Boga, który postanowił być z człowiekiem. To boskie bycie z nami nie jest służbowe, sztywnie oficjalne. Mesjasz uczył, że relacja z Bogiem jest jak wspólne mieszkanie – „do człowieka przyjdziemy i u niego zamieszkamy”. Taka atmosfera studenckiej stancji, gdzie używa się nawet tej samej szczoteczki do zębów. 


Kościół ma sens wtedy, gdy praktycznie udowadnia, że Bóg zwraca się z miłością do człowieka, jak też w łasce zwraca człowieka do Boga. Duch Święty nagina ludzkość, jak rośliny, w kierunku Stwórcy. Kościół przewidywalny traci swoją oryginalną tożsamość. Kościół zbytnio zamknięty w tradycji zaprzecza dynamicznej łasce, która z natury wprowadza pozytywne poruszenie, co może wywołać konsternację. W sensie duchowym, Kościół nie może być zwyczajny, na wzór ludzkiej instytucji. To, co z naszej perspektywy normalne, może być obce aktywnej obecności Ducha Świętego. Wszędzie, gdzie pojawiał się Jezus z Nazaretu, rzeczy przestawały być zwyczajne i uporządkowane. Nigdy nie było wiadomo, co się za chwilę może wydarzyć. A jednak był w tym boski ład, pokój i bezpieczeństwo. Bóg jest Bogiem porządku, ale nie ludzkiego. 



Paradoksy życia

Wkrótce ukaże się moja kolejna książka pod tytułem Siła w słabości - paradoksy życia. Poniżej kilka refleksji w tym temacie. 

Blaise Pascal napisał, że niebezpieczeństwem jest pokazanie człowiekowi jak bardzo podobny jest do dzikich zwierząt bez ukazania mu jego wielkości. Równie niebezpiecznym jest pokazać mu jego wielkość bez jego nicości. Jednak najbardziej niebezpiecznym jest pozostawić go w nieświadomości wobec obu. 

Wiara to paradoksalność. Minęły czasy siedzenia okrakiem na ogrodzeniu. Kościoły trzymające się bezpiecznego środka zanikają. Mierność jest gorsza od rozpusty, stwierdził kiedyś Kierkegaard.

Życie wymaga równoczesnego ogarnięcia przeciwnych sobie biegunów. Najwięcej dobra dzieje się na obrzeżach. Te obrzeża tworzą współczesną rzeczywistość. Jesteśmy wezwani, by żyć w paradoksalnej harmonii – umieć się śmiać przez łzy, płakać ze śmiechu. Tańczyć bez ruchu i żyć w tańcu. Zaakceptować piękno i brzydotę w równym stopniu. Umieć żyć umierając.

Szczęśliwy środek nie istnieje. Nie ma nic bardziej śmiercionośnego niż religia środka, przeciętność. Im bliżej środka, tym dalej od Jezusa, który jest na obrzeżach, na ulicach, na rozdrożach. Poza ramą obrazu. 

Szesnastowieczna legenda mówi o kobiecie, która przyszła do mnicha z pytaniem, czy różowienie policzków jest grzechem? Mnich odpowiedział, że niektórzy uważają to za grzech, a inni odwrotnie. Ta ogólna odpowiedź jej nie zadowoliła, więc zaczęła na mnicha mocniej naciskać, domagając się konkretnej odpowiedzi. W końcu zapytał, dlaczego nie miałaby wybrać drogę środka i pokrywać różem tylko jeden policzek? 

Środkowa droga nie istnieje. Jest za to wiele różnych ścieżek, które nie wykluczają się wzajemnie. W minionych stuleciach sukces odnosiły te ruchy i denominacje, które balansowały jak najbliżej środka. Dzisiaj ta sama strategia powoduje, że niektóre chrześcijańskie wyznania są na wymarciu. Okazuje się, że biblijna narracja nie polega na usuwaniu niewygodnych sprzeczności i paradoksów – przeciwnie – chodzi o ich zaakceptowanie. 

Świat i Kościół potrzebują akceptacji różnorodności, zamiast umacniania podziałów. Każdy człowiek potrzebuje docenić swoje własne paradoksy, które się wcale nie sumują. Bądź zimny, albo gorący – byleby przypadkiem nie letni! Tak więc nie chodzi o to, by wyszła nam dobra średnia życiowa. Bilansowanie paradoksów ostatecznie tworzy letniość, rozwodnienie, nudę. Dwa jaskrawe kolory, gdy zostaną zmieszane, mogą stworzyć jeden mętny. Nie na tym polega życie. Zbyt długo i zbyt często celebrowaliśmy mętny kolor życia, wiary i religii. Czas zacząć cieszyć się wyraźnymi kolorami, choć są sobie przeciwne. 

Doceniać własną brzydotę tak samo, jak piękno.
Słabości tak samo, jak zdolności.
Porażki tak samo, jak zwycięstwa. 
Wątpliwości tak samo, jak wiarę. 
Śmierć tak samo, jak życie.
Strach tak samo, jak odwagę.
Człowieczeństwo tak samo, jak boskość. 

Paradoks jest integralną częścią ludzkiej tożsamości. Krzyż to największy ładunek paradoksu, jak też wizualny znak połączenia dwóch przeciwnych sobie kierunków. 

Chrzest

Chrzest jest osobistą decyzją każdego człowieka. 
Nigdzie w Nowym Testamencie nie czytamy, by komukolwiek odmówiono chrztu. Wręcz przeciwnie, mamy przykłady praktyki dość odległej od tej, którą dzisiaj widać w niektórych ewangelikalnych kościołach. 

Filip udzielił chrztu Eunuchowi z Etiopii, który był czarnoskórym kastratem (jaka płeć?), jak też Szymonowi w Samarii, którego serce nie było do końca szczere. W dzień Zielonych Świąt ochrzczono około trzy tysiące ludzi - czy ktoś był w stanie zweryfikować poziom ich wiary, moralność, życie rodzinne? 

Apostoł Paweł chrzcił całe domostwa, co oznaczało głowę domu, jego małżonkę, dzieci oraz wszystkich niewolników. Czy oni wszyscy byli jednakowo porządnie wierzący i przeszli przez skupulatną weryfikację? Apostoł Piotr ochrzcił Rzymian w domu Korneliusza, którzy pierwszy raz w życiu słyszeli o Mesjaszu i z pewnością ich życie pozostawiało wiele do życzenia. Inaczej nie mielibyśmy kilku ostrych listów Pawła. 

Jeśli my - jakakolwiek kościelna Komisja, Rada, Ciało, Ważna Grupa Decyzyjna, bierzemy na siebie odpowiedzialność za to, kto ma być ochrzczony, a kto nie, to czy przypadkiem w dobrej wierze nie wychodzimy poza ludzkie kompetencje i nie stawiamy siebie w miejscu samego Boga? Po części wynika to z umiłowania władzy. Czyż nie jest przyjemnie decydować o czyimś życiu? Czy przez to nie czujemy się ważni, potrzebni, wręcz niezbędni? Czy w ten sposób nie budujemy swojego ego? Wszyscy jesteśmy tym skażeni. Taka jest ludzka natura. Liderzy nie są wyjątkiem. Często nieświadomie. 

Z drugiej strony powodem jest próba kontroli czegoś, co jest poza ludzką kontrolą. Królestwo Boże nie jest z tego świata. Duch Święty łamie wszelkie konwenanse, kościelne procedury. Przykładem jest wyżej wspomniana wizyta Piotra w domu Korneliusza. Piotrowi gratuluję i współczuję. Stał się narzędziem w Bożym ręku, ale naraził się wszystkim, próbującym kontrolować Pana Boga. Królestwo Boże jest poza naszą kontrolą. To nie my decydujemy kto do niego wejdzie i w jaki sposób. Słynne słowa "ostatni będą pierwszymi" sugerują, że wszyscy kiedyś będziemy w szoku, widząc kto zasiądzie z Mesjaszem u stołu. 

Będąc pastorem bardzo różnorodnego kościoła, jestem szczęśliwy, że chrzcimy biednych i bogatych, wzgardzonych i poważanych, osoby mieszkające w ładnych domach i rezydentów opolskiej noclegowni. Ponieważ osobiście podjęli tę decyzję, którą ja chcę honorować. Poza moją kontrolą. 

Chrzest nie jest nagrodą za dobre sprawowanie. Jest prośbą do Boga o dobre sumienie, aktem wiary, że Bóg jest w stanie wziąć brudnego grzesznika i uczynić z niego nowe stworzenie. Poza kontrolą. Opamiętanie to nowa świadomość - chcę iść za Mesjaszem. Chrzest jest jednym z pierwszych kroków, a nie górską premią przed metą. 

Inną kwestią jest przynależność do lokalnej wspólnoty, co wiąże się ze świadomą odpowiedzialnością. Chrzest nie czyni z automatu odpowiedzialnych członków kościoła i nie powinno się stawiać znaku równości między chrztem, a świadomym członkostwem. Chrzest zobowiązuje do podążania drogą Mesjasza. Na tej drodze jest miejsce dla każdego łotra, grzesznika, obdartusa, dla wszystkich niedoskonałych. Oto woda, cóż stoi na przeszkodzie? 

W realu Superman nie istnieje


Tak się umownie przyjęło, że pastorzy w poniedziałki cierpią na depresję. Coś w tym jest, ale prawda jest taka, że wielu ma ją cały czas, łącznie z niedzielą. Kiedyś też tak było, ale nikt nie miał ochoty o tym rozmawiać, bo to by świadczyło, że taki pastor starcił wiarę, zaparł się Jezusa - co by stawiało go na równi z ekskomunikowanym cudzołożnikiem. Chociaż już w Biblii czytamy o depresji Eliasza, na przykład. Sukces nie wyklucza depresji, a często idzie z nią w parze, stany depresyjne są jakby jednym z efektów sukcesu. Historia pokazuje ludzi sukcesu zmagających się z depresją: John Wesley, Charles Spurgeon, Jan Kalwin, Marcin Luter, Abraham Lincoln, Winston Churchill, Martin Luther King, Nelson Mandela, Goethe, Bismarck, Tołstoj. Jeśli zatem dopada cię depresja, to zapewne jesteś człowiekiem sukcesu. Marne to w tym stanie pocieszenie, ale zawsze coś. 
Wielki kaznodzieja, Spurgeon, głosił wspaniałe kazania, jednak, jak przyznał, "czuł się często jak w głębokich lochach". Nie da się tego jakoś pięknie wyjaśnić, rozpisać na tablicy jak zadanie matematyczne, nie da się rozwiązać w kilku ładnych, amerykańskich, rymujących się lub zaczynających na tę samą literę punktach. To jest wszystko  skomplikowane, złożone, jak i całe życie. Nie próbuję tego rozwikłać, są od tego specjaliści. Ale myślę o kilku ważnych kwestiach. Choć piszę z perspektywy pastora i o pastorach, zasady i mechanizmy tu opisane odnoszą się do nas wszystkich i mogą okazać się pomocne w twoim życiu, gdziekolwiek jesteś i cokolwiek robisz. 

Po pierwsze myślę o naszych wątłych, przemijających ciałach. Nie jesteśmy niezniszczalni, kuloodporni, super silni. Nie jesteśmy zawsze tacy, jakimi nas ludzie widzą w niedzielę - pozytywni, uśmiechnięci, włosy na żel, wyprasowana koszula, dopasowana marynarka (pastorzy, pamiętajcie, że za duża marynarka jest anty świadectwem i może obniżyć noty kazania). Jesteśmy ludźmi, a to znaczy, że jesteśmy słabi, czasem jeszcze słabsi, a czasem trochę mniej słabi. Ktoś nam wkręcił bajkę o Supermanie. Paweł pisał, że moc przejawia się w słabości. Nie ma się czego wstydzić. Paweł też miał chwile depresji, wystarczy poczytać drugi Koryntian i drugi Tymoteusza. Kiedyś pastorzy mówili, że nie rozumieją co to wypalenie w służbie, a potem umierali nie będąc jeszcze starymi ludźmi. Chyba wolę nie być macho i dożyć starości. Zmęczenie emocjonalne nie świadczy o braku wiary, ale jest skutkiem naszego człowieczeństwa. Nie potrafimy też właściwie odpoczywać, regenerować się. Jeśli nosilibyśmy cały dzień cegły, to w końcu poczujemy zmęczenie, ciało będzie się domagać odpoczynku. Niestety pracując inaczej niż fizycznie, jest dużo trudniej dostrzec moment, kiedy trzeba się zatrzymać. Twoje słabe ciało potrzebuje troski, a czasem nawet twoja troska nie wystarczy. Zmęczenie emocjonalne jest dużo gorsze w skutkach od zmęczenia fizycznego. Wiem coś o tym, ponieważ w pewnym momencie mojej bardzo aktywnej pionierskiej służby, będąc jeszcze przed trzydziestką, wylądowałem w szpitalu z orzeczeniem po łacinie - nerwus! Moje serce dało wyraźny sygnał, że zlekceważyłem swoje zdrowie. Teraz jestem człowiekiem świadomie wierzącym i świadomie słabym. 

Po drugie myślę o kościele. Jestem w nim wystarczająco długo, by wiedzieć, że kościół jest piękny, boski, jak też może być, wybaczcie szczerość, trochę śmierdzący. Podobnie jak ludzkie ciało, które wystarczy pozbawić na jakiś czas higieny. Jest to wynik różnych czynników duchowych i społecznych. Jednym z nich są brzemiona, z jakimi ludzie przychodzą. Inne wyzwanie to różny poziom kultury osobistej ludzi w kościele. 
Zacznę od ludzkich brzemion. Ponieważ kościół przyciąga ludzi szukających pomocy, jest szpitalem dla życiowo i duchowo chorych. Naturalnie problemy ludzi spadają na liderów i przywódców społeczności. Zresztą, to jest jedna z podstawowych cech Chrześcijaństwa. Jezus powiedział, przyjdźcie do mnie wszyscy potrzebujący pomocy, utrudzeni, obciążeni, a Ja wam dam ukojenie. Tak więc jesteśmy w miejscu styku między cierpiącym człowiekiem, a miłosiernym Bogiem. Staramy się ludziom pomóc, wysłuchać, zrozumieć, umiejętnie pokierować, praktycznie wesprzeć. To wszystko kosztuje bardzo dużo energii, emocji, siły psychicznej. 
Nie możemy zapomnieć, że tak naprawdę naszą rolą nie jest rozwiązać wszystkie problemy wszystkich ludzi, ale kierować ich do Jezusa, który jedynie to potrafi. Efektem długotrwałej empatii jest emocjonalne wyczerpanie, które jeśli zlekceważone może doprowadzić do depresji. 
Pojawił się już w fachowych opracowaniach medycznych zwrot mercy fatigue (wyczerpanie w efekcie miłosierdzia). Ponieważ nasze powołanie nie pozwala nam na wyzbycie się empatii (co czynią np niektórzy lekarze, by chronić swoje zdrowie), należy się umiejętnie regenerować, duchowo, emocjonalnie i fizycznie. Jeśli zlekceważymy takie formy regeneracji jak osobisty szabat, dobrą dietę, fizyczny ruch, duchową refleksję, to narażamy się na poważne problemy. Kościół zawsze będzie składał się z ludzi zmagających się z przeszłością, uzależnieniem, zranieniami, życiowymi porażkami, brakiem bezpieczeństwa, nadwrażliwością. Nie możemy się od tego odizolować, żyć tak, jakby tych wyzwań nie było, ale też nie możemy upaść pod ciężarem czyichś problemów. Kolejne rozpadające się małżeństwo może nas kosztować zbyt dużo zdrowia. Inna rzecz to głoszenie kazań, co jest czynnością wyjątkowo ekscytującą, ale i  wyczerpującą, a czego świadomi są jedynie ci, którzy to robią. Następna sprawa to kultura osobista. To coś, co wynosi się z domu. Czasami spotykamy w kościele ludzi, którzy nie reprezentują wymaganej kultury osobistej. Brakuje im takich podstawowych zwrotów jak dziękuję i przepraszam. Jeśli pastor oczekuje, że wszyscy wierni będą go dobrze traktować i że wszyscy będą go regularnie zachęcać, motywować, okazywać wdzięczność, to raczej tylko pogłębi swoje stany depresyjne. Problem polega na tym, że zamiast myśleć o wielu wspaniałych i życzliwych nam ludziach, myślimy o tym jednym kochanym bracie, który nam zatruł krew. Nie warto. Nie wystawiajmy złej oceny pysznej potrawie z powodu jednego znalezionego w niej włosa. W każdym kościele znajdzie się taki włos. 

Podsumowując, jeśli masz takie symptomy jak niepokój, przygnębienie, nagłe impulsy złości, bezsenność, ogólna apatia, to znaczy, że twoje ciało desperacko woła o pomoc. Jeśli nie zadbamy o zdrową regenerację, jest realne zagrożenie ucieczki w złym kierunku, w uzależnienia, niemoralność, nawet rezygnację ze służby.  
Tak być nie musi. Wystarczy regularnie praktykować proste czynności jak odpoczynek, wolne dni, spacery, randki z żoną, dobry sen, sport lub inny dobry wysiłek fizyczny, dobra książka, spotkanie z kimś bliskim, osobista modlitwa. Potrzebujemy regularnie uzupełniać nasze zbiorniki - emocjonalny, fizyczny i duchowy. Bo przecież nawet Salomon z pustego nie naleje.