Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchowość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchowość. Pokaż wszystkie posty

Top trzy 2017

Woodrow Wilson, amerykański prezydent i laureat Nobla, powiedział, „Nie tylko używam całego swojego mózgu, ale wszystkie, które mogę pożyczyć, a pożyczyłem ich wiele”. Czytanie książek, to właśnie pożyczanie cudzych mózgów. 

Spośród kilkudziesięciu książek, które w tym roku przeczytałem (nie licząc swojej, którą podczas edycji czyta się na okrągło), postanowiłem wybrać własne „top trzy”, z książek polskojęzycznych oraz anglojęzycznych. Moje top trzy są oczywiście wybrane subiektywnie, były książkami dla mnie, w tym czasie. Mogę jednak spokojnie powiedzieć, że stanowią wartość uniwersalną i z pewnością nie tylko ja miałem możliwość wiele z nich wyciągnąć. 

„Top trzy” z książek polskojęzycznych (tak się składa, że akurat autorów zagranicznych, w tłumaczeniu). 

 1 Spadać w górę - duchowość na obie połowy życia. Autor Richard Rohr, wydawnictwo WAM. Dla mnie to nie tylko jedna z najlepszych książek tego roku, ale mogę powiedzieć, ostatnich kilku lat. Bardzo głębokie studium chrześcijańskiej duchowości, zawierajace mnóstwo myśli - perełek. Są w niej wątki miłości, wiary, nieba i piekła, przywództwa. Przede wszystkim jednak pokazuje jaką wielką wartość ma pokora i cierpienie. Rohr, który ma ponad siedemdziesiąt lat pisze pięknie, ale również w wyjątkowo mądry sposób potrafi ukazać całe życie, od młodości do dojrzałej starości. Książka niesie też zachętę dla osób w drugiej piołowie życia, pokazując piękno dojrzewania, a nie popularną w naszym społeczeństwie grozę starości, na której prosperują apteki.  
 2 Milczenie, autor Shusaku Endo, wydawnictwo Znak. Powieść, na podstawie której powstał film Martina Scorsese po tym samym tytułem. Jedna z najlepszych powieści, jakie czytałem. Intrygująca, szokująca, pozostawiająca czytelnika z pytaniami bez odpowiedzi. Piękny styl japońskiego pisarza. Ciekawa tematyka, bo dotycząca wiary, chrześcijaństwa, cierpienia, Boga, który wydaje się milczeć. Więcej nie będę zdradzać. Obejrzałem film i przeczytałem książkę. Polecam obie wersje, ale jak zawsze, książka wprowadza głębiej. 
 3 W imię Jezusa, autor Henri Nouwen, wydawnictwo Salwator. Niewielka objętościowo, ale poruszająca refleksja nad chrześcijańskim przywództwem. W moim odczuciu jedna z najlepszych książek w tym temacie. Autor był teologiem, myślicielem oraz praktykiem. Nie da się przejść obok tej książki obojętnie. Lektura obowiązkowa dla każdego chrześcijańskiego lidera. 

„Top trzy” w kategorii anglojęzycznych. 
 1. Karl Barth in plain English, autor Stephen D. Morrison, eBook na Amazon. Każdy, kto się amatorsko zajmuje teologią, będzie mile zaskoczony. Dla teologów i oduchownych, ta pozycja jest świetnym wprowadzeniem w teologię Bartha. Po przeczytaniu chce się więcej. 
 2. Courage to think differently, edytor George S. Johnson. Zbiór myśli wielu znanych autorów w tematyce troski o świat. Praktyczny podręcznik jak misyjnie kochać i jak kochając, stajemy się wrogami systemów politycznych oraz religijnych. Szokująco szczera i praktyczna. 
 3. Threat of life: sermons on pain, power and weakness. Autor Walter Brueggemann, eBook dostępny na Amazon. Zbiór kazań znanego teologa. Brueggemanna nie czyta się łatwo, ale to, co pisze jest głębokie i warte wysiłku. 

Nikt nie wie wszystkiego, ale każdy wie coś. Dlatego pożyczajmy od innych i od siebie nawzajem. 


Ukryty sens cierpienia

Teolog Lesslie Newbigin pisał o obecności „ukrytego Królestwa” przenikającego historię. Sens wiary chrześcijańskiej, często ukryty, z czasem objawia się w życiu społecznym. Dzieje się to za sprawą zmartwychwstałego Chrystusa. Możemy powiedzieć, że ostatecznie wszystko kiedyś będzie mieć sens i znaczenie, nawet jeśli dzisiaj jeszcze tego nie widzimy.

Jedną z kwestii, będącą jak dotąd głęboką tajemnicą jest cierpienie. Należy podejść do problemu cierpienia z dużą pokorą, ponieważ otacza go jakiś sekret. Ukryty sens cierpienia pozostaje w dużej mierze ukryty. 

Prędzej czy później przychodzi w życiu każdego z nas jakieś wydarzenie, spotkanie, osoba, relacja, okoliczność, tragedia, śmierć, z którymi nie umiemy sobie poradzić. 
Dochodzimy do miejsca, w którym kończą się nasze siły, pomysły, ludzkie możliwości. Gdy wiemy, że nic nie wiemy.  

Jesteśmy jak Titanic zderzający się niespodziewanie ze skałą i czujemy, że idziemy na samo dno. Dla ludzi wiary tą „podwodną skałą” może być dorosłe dziecko poza kościołem, separacja, rozwód, przewlekła choroba, trudne relacje, utrata pracy, wypadki losowe.  

Z drugiej strony nie muszą to być aż takie tragedie. Każdy dzień niesie z sobą „własne troski”, jakąś dozę cierpienia.  
Dlaczego tak jest i czy to ma jakiś głębszy sens? 

Na podstawie życia wielu biblijnych i poza biblijnych postaci możemy wywnioskować, że dobrze przyjęte cierpienie jest sposobem pokonywania buntowniczego „ja”, ludzkiego egocentryzmu. Dobra postawa wobec cierpienia prowadzi do zmiany naszego życia i umożliwia przejście do głębszej duchowości. 

To oczywiste, że gdy wszystko idzie po naszej myśli, utwierdzamy się w przekonaniu o własnej świetności.  
Nikt z nas nie decyduje się na trudne zmiany, jeśli nie jesteśmy do tego zmuszeni. Szukamy raczej azylu, pod kocem, przy kominku (piszę akurat późną jesienią). 

Nikt, kto odnosi sukcesy nie ma ochoty zmieniać swojego życia. Jest nam wtedy ze sobą bardzo dobrze. Czujemy się pewnie, pod kontrolą. Gdyby nie bardzo trudne wydarzenia, sami z siebie nie stalibyśmy się innymi ludźmi.  

Człowiek naturalnie dąży do celów na własnych warunkach, a w ten sposób rozrasta się egoizm pod przykrywką duchowości, bohaterstwa, hojności, służby w kościele. 
Wszyscy lubimy mieć pełną kontrolę nad życiem. Jedynie Bóg wie, jak pokonać nasze ego. Niestety nigdy nie odbywa się to bezboleśnie. 

Harde „ja” musi być upokorzone, złamane, rozłożone na łopatki, musi poczuć, że dostaje baty, że umiera. Nikt nie lubi być upokorzonym. Dlatego fizyczna śmierć ma głęboki sens, ponieważ jest największą szansą dla człowieka, by się w końcu poddać i przegrać. 

Nasze życie jest zbyt cenne, by Bóg pozostawił je na pastwę twojego i mojego egoizmu. On coś w nas rozpoczął i obiecał, że doprowadzi to do końca. Efekt kiedyś będzie cudowny. Obecnie dopiero się stajemy. Nie wiemy jeszcze kim będziemy, gdy przejdziemy całą drogę. Nie wiemy kim byśmy byli, gdyby nie droga, którą On nas prowadzi.  

Drugie dzieciństwo

Życie można podzielić na dwie naturalne części, które nazwiemy pierwszym i drugim dzieciństwem. Pierwsze dzieciństwo to okres fizycznego rozwoju, od dziecka do osoby dorosłej. Drugie dzieciństwo to czas rozwoju własnego wnętrza, które zwykle zaczyna się w czasie dorosłości i trwa do końca życia. Pierwsze jest wspinaczką w górę, drugie schodzeniem w dół. 

Pierwsze dzieciństwo charakteryzuje się uczeniem się wszystkiego. Uczymy się chodzić, mówić, pisać, czytać, jeździć rowerem i trafiać kamieniem w cel. W tym czasie również uczymy się podstawowej moralności, tego, co dobre i złe. Dlatego pierwsze dzieciństwo posiada silne elitarne poczucie. Uczymy się własnej tożsamości przez porównanie z innymi, przez rywalizację i podział. 

Pierwsze dzieciństwo uczy nas oddzielania dobra od zła, wprowadza w kontekst religii, w której fundamenty dotyczą bycia lepszymi od innych, bardziej oddanymi, świętymi, lepiej wypełniającymi religijne obrzędy. Człowiek w ten sposób staje się religijnym i społecznym biurokratą. Buduje swoją tożsamość na wypełnianiu obowiązków, posłuszeństwie przykazaniom. Pierwsze dzieciństwo tworzy silne ego, pozostające w rywalizacji z otaczającym je  światem.   

Jak zapewne zauważyliśmy, niektórzy ludzie pozostają na tym etapie do końca życia. Mimo upływu lat funkcjonują w trybie kłótliwości o to „co wolno, a czego nie wolno”, kierowani ideałami młodości. Do końca życia rywalizują o doskonałość i osiąganie nieba. Nie przestają żyć w izolacji od „innych” i określać życia wyłącznie czarno i biało. 

Drugie dzieciństwo, mające na celu osiąganie duchowej głębi, polega na oduczaniu się większości tego, czego uczyliśmy się w pierwszym dzieciństwie. Jezus to potwierdził: „Jeśli się nie zmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego”. Silne ego, które słusznie budujemy w pierwszym dzieciństwie musi zostać złamane i poddane Chrystusowi w drugiej części życia. 

Trzeba się ostatecznie wielu postaw oduczyć, by w końcu nauczyć się niewiedzy. Wszyscy zaczynamy duchową podróż od przynależności do elity, od ekskluzywności. Jeśli chcemy posiąść królestwo Boże, którym jest głęboka i szeroka harmonia w Duchu Świętym, potrzebujemy przygarniać, przyjmować i akceptować - ludzi, siebie i wydarzenia - mimo całego bólu, tajemnicy i złożoności. 

Oduczamy się elitaryzmu, by stać się egalitarnymi. Oduczamy się pogardy, by nieść miłość. Oduczamy się poczucia wyższości, by poznać czym jest ludzka wartość. Oduczamy się potępiania, by okazywać miłosierdzie. Oduczamy się uporczywego i utopijnego dążenia do doskonałości, by przyjąć własne i cudze człowieczeństwo. 

Niebo jest tu i teraz, jest zejściem do mistycznego świata dziecka, które tym razem bierze ze sobą wszystkie  doświadczenia życiowe, rozczarowania, wstydliwe porażki, czyniące nas uczciwymi i pokornymi. Niebo zaczyna się już na ziemi, a dokładniej w drugim dzieciństwie. 

W ten sposób dziecko staje się ojcem dorosłego. Pierwsze dzieciństwo to niezbędna lecz błędna tożsamość. Jest rusztowaniem, wymagającym demontażu. Drugie dzieciństwo jest odkryciem siebie i Boga, niebem w naszych sercach. 


Drżenie duszy

Zacznę to rozważanie od niepojętej dla człowieka natury Boga. Warto pamiętać, że nasze współczesne rozumienie Jego istoty jest pod silnym wpływem kultury greckiej. Wczesne chrześcijaństwo było już tym naznaczone. 

Augustyn nauczał, że Trójca, to trzy osoby jednej substancji pozostające w jedności. Tomasz z Akwinu w XIII wieku pisał, że Bóg jest substancją, w obrębie której jest wspólnota. Bez wchodzenia w szczegóły teologii i filozofii, mówiąc skrótowo, ta "substancja" to coś, co jest niezależne od wszystkiego innego, coś co stanowi własne istnienie. 

Jeśli Bóg jest substancją i ja jestem substancją, to jesteśmy od siebie oddzieleni - jak ja od mojego tabletu. Między mną, a tabletem istnieje jakaś forma kontaktu, która jednak nie jest głęboka. Tablet nie jest we mnie, ani ja w nim. 

Przez wieki wykształtowały się wokół nas przekonania, nacechowane silną odrębnością. Szczególnie współcześnie cenimy sobie indywidualność, bardziej od przyjaźni, od jedności. To wszystko spowodowało, że dzisiaj patrzymy na Boga, podobnie jak ja na tablet. Czasem wydaje się nam, że jesteśmy od Stwórcy oddzieleni, niedopasowani, a jeśli wierzymy, że On jest, to bardziej w kategoriach, że jest z nami, niż w nas. Efektem takiego myślenia jest brak większego wpływu wiary na nasze życie. 

Kiedy Mesjasz rozmawiał z Samarytanką, powiedział, że Bóg jest duchem. Jednocześnie jest osobą - choć to jest poza naszym rozumem. Duch przenika wszystko cały czas. Dlatego Jezus mówił, że jest jedno z Ojcem. 

Może czas przypomnieć sobie słowa Mesjasza - Bóg jest duchem przenikającym każdą komórkę naszych ciał, każdą ludzką myśl, każdy atom we wszechświecie. Jeśli sobie uświadamiamy, że istotą Boga jest przenikanie, wtedy naturalny jest Jego wpływ na naszego ducha, duszę i ciało - na całe życie.  

W pierwszym rozdziale Biblii, w historii stworzenia, Bóg wszystko nazywa dobrym oprócz oddzielenia. Istotą Stwórcy jest przenikanie, nie oddzielanie. Dlatego jedność i wspólnota jest owocem Ducha. Podziały i nieprzyjaźń to postawy przeciwne Stwórcy.  

Teraz przejdźmy do natury człowieka. Nasz stan emocjonalny jest ustawicznie zmienny, jak kurs waluty, jak pogoda. W ciągu jednego dnia doświadczamy większości popularnych dzisiaj "buziek". Mają na to wpływ dobre i złe okoliczności, ale przede wszystkim nasze własne myśli. Zdrowie nie oznacza posiadania jednego stałego nastroju. Stwórca stworzył nas z wieloma emocjami (co szczególnie pięknie widać u kobiet).

Na czym więc polega emocjonalne uzdrowienie? Nikt tego do końca nie wie. Ale możemy mówić o harmonii - myśli, uczuć i zachowań. Zdrowie duszy, z biblijnego punktu widzenia, to umiejetność powrotów do nadziei, wiary, miłości. Czemu drżysz we mnie, duszo moja... Ufaj Bogu, gdyż jeszcze chwalić Go będę! (Psalm 42:6,12). 

Kiedy z podróży wracasz do domu 
Kiedy po pracy możesz odpocząć 
Kiedy po długim dniu kładziesz się spać 
Kiedy po szczerym płaczu lub śmiechu, wyciszysz się 

Świadomość Jego obecności w nas, jest źródłem zdrowia. Myślenie o Tym, który wszystko przenika, jest sensem wiary. Niekiedy bardziej dbamy o kontakt z kotem i psem, niż z Mesjaszem. Im większa świadomość Jego przenikającej obecności, tym spokojniejsza nasza dusza. 

Religijne lenistwo

Z religią jest trochę jak z nieudanym małżeństwem (w czym nie mam doświadczenia, ale coś widziałem i słyszałem), gdy razem jest źle, ale osobno jeszcze gorzej. Zanim przeanalizujemy kłopoty, coś na pocieszenie - pozytywnym aspektem jest możliwość kultywowania otwartości na łaskę, nawet w najbardziej tradycyjnym religijnym środowisku. Łaska zwycięża. To znaczy, że każdy, na swój sposób religijny człowiek, może pójść o wiele dalej, poza samą świadomość istnienia Stwórcy. 

Ale zacznijmy od trudności. Jedną z nich jest leniwe podejście do kwestii wiary, gdy człowiek zatrzymuje się na poziomie, że "coś lub ktoś tam na górze istnieje". Taka minimalistyczna teologiczna koncepcja. Wielu ludziom ten rodzaj wiary w zupełności wystarcza. Przynajmniej nie muszą sobie zawracać głowy jakimiś niuansami doktrynalnymi. Wierzą w istnienie Boga, na takiej samej zasadzie jak wierzą w Układ Słoneczny czy w cztery pory roku. 

Takie proste podejście wydaje się logiczne, ale jedynie z pozoru. Prowadzi donikąd. Sprowadza Stwórcę do abstrakcyjnej religijnej koncepcji. Nie daje człowiekowi szansy na nadprzyrodzone spotkanie, doświadczenie objawienia. Jeśli Bóg jedynie sobie gdzieś istnieje, to jaka to różnica, czy On jest, czy Go nie ma? W takim razie nie ma to znaczenia, więc równie dobrze można być ateistą. Jeśli ograniczamy działanie Stwórcy do bezużytecznego istnienia, nadajemy Mu status martwego kamiennego bożka. Zamiast Wszechmocnego, mamy Impotenta, w miejsce Najwyższej Inteligencji wchodzi Do Niczego Nie Przydatny obiekt religijnego kultu. 

Z tego powodu religia chrześcijańska staje się największą przeszkodą w poznawaniu istoty Boga. Religia, która w swej naturze oddziela świętego Boga od grzesznego człowieka, pozostawia ludzi na poziomie leniwego akceptowania Bożego istnienia. Innym hamulcem może być teologia, próbująca kontrolować Tego, który jest poza wszelką kontrolą. Problemem religii jest uspakajanie sumienia za pomocą wiary w Boże istnienie. Problemem teologii jest uspakajanie sumienia na poziomie umysłowego zrozumienia tajemnicy Boga. Obie drogi są tylko marną ludzką próbą, pozbawioną czynnika łaski i objawienia. 

W pewnym sensie łatwiej by nam było mówić o żywym Bogu, gdyby ludzkość cofnęła się do czasów prymitywnego pogaństwa. Wtedy przynajmniej wierzono w świat duchowy - niby bogowie byli nader aktywni, ciagle wtrącali się w życie ludzi. Inaczej niż dzisiaj, gdy wiara jest generalnie jedynie symbolem narodowym lub kulturowym. Współczesne formy neopogaństwa dają nadzieję na dobre efekty misyjne za jakiś czas. 

Z drugiej strony chrześcijaństwo ma ciągle potencjał pójścia dużo dalej - w kierunku słuchania i posłuszeństwa wobec Stwórcy. Wiara chrześcijańska to coś daleko większego, niż świadomość istnienia Boga. Wiara nie jest wiedzą, tradycją ani przekonaniem - jest duchowym spotkaniem. 

Istotą wiary jest łaska spotkania, gdy człowiek widzi Boga w osobie Mesjasza, Jezusa z Nazaretu. Jeśli zrezygnujemy z leniwej religijności, mamy możliwość spotkania z aktywnym Bogiem. To może się zdarzyć w każdej chwili. Mając otwarte serce, natkniemy się na Rzeczywistość szybciej, niż się spodziewamy. Ponieważ łaska zwycięża. 

Słuchanie Boga

Kiedy byłem bardzo młody, wśród charyzmatyków modne było szukanie żony na hasło "Bóg mi powiedział" - że masz być moją żoną. Zwykle taką przynętą wabili faceci, chociaż być może zdarzały się też tak sprytne młode niewiasty. 

Po pierwsze, jeśli Bóg musi komuś powiedzieć o czymś tak oczywistym jak potrzeba znalezienia żony czy męża, to coś jest nie tak. Gdzie się podział dar zdrowego rozsądku i własna inicjatywa? Po drugie, to wygląda tak, jakby ktoś poszedł kupić samochód i powiedział sprzedawcy, że go kupuje, bo mama mu kazała... Jeśli uznajesz, że twój wybór jest odgórnie zaakceptowany, czy nie lepiej powiedzieć, ja  wybrałem! Ja chcę! Po trzecie, to jest zwykła manipulacja ubrana w religijne słowa.  

Dziewczyny, jeśli ktoś super święty złoży wam tego typu propozycję, popartą głosem z nieba, zapytajcie: 
Czy jesteś tak nierozgarnięty, że Bóg musi ci podpowiadać? 
Czy nie potrafisz sam podjąć dobrej decyzji? 
Czy chcesz wywrzeć na mnie presję, żebym się zgodziła? 

Jednak słuchanie Boga to ważna rzecz. To coś, czego się uczymy i bardzo potrzebujemy w rozwoju naszej wiary. W ewangeliach mamy piękną przypowieść Jezusa o siewcy. Jest uznawana za prolog wszystkich przypowieści. Jest prosta i bardzo wymowna. Jezus mówi o czterech rodzajach gleby, na którą pada ziarno. W dzisiejszych czasach należałoby chyba tę historię nieco zmodyfikować - wyjechał rolnik na pole, by rozsiewać sztuczne nawozy... Niestety. No cóż, takie czasy. Wolę jednak wersję oryginalną. 

Przed wszystkim historia ta pokazuje, że Bóg przemawia do wszystkich ludzi na ziemi. Jakby nic nadzwyczajnego, fakt. A jednak to cud, który ma miejsce cały czas. Bóg mówi.
Siewca rozsiewa słowo - wszędzie. Wysyła delikatne sygnały, czasem alarmuje. Glebą jest cały świat. Bóg ustawicznie przemawia - do wszystkich ateistów, muzułmanów, hinduistów, animistów, buddystów, chrześcijan, wyznawców judaizmu. Do małych i dużych. Biednych i bogatych. 

Bóg mówi do każdego z nas. Boskie echo się roznosi, cichy szept przenika myśli. Dzień dniowi przekazuje wieść. W ciszy, w muzyce, w szumie fal, w dzwonach kościelnych. W cichej kontemplacji i eksplozji radości. 

Niedawno sobie siedzę w przerwie między wykładami. Zastanawiam się co powiedzieć na koniec, na ostatniej sesji. Przeglądam notatki. Wyciszam się. Wsłuchuję się w swoje serce i myśli. Popijam zieloną herbatę. Mam kilka opcji, ale moje serce idzie w kierunku jednego tematu. Tak więc tą refleksją kończę dwudniowe spotkanie. Podchodzi młoda kobieta i zadaje mi pytanie: dlaczego wybrałeś akurat ten temat na zakończenie? Odpowiadam, że za bardzo to nie wiem, ale tak serce pokierowało. Ona zaczyna płakać. Być może coś dobrego się wydarzyło. 
 
Niektórzy zrobili z Bożego głosu towar rzadko spotykany. Luksusowy. Jak Ferrari. Jak produkt firmy Michael Kors. Coś, co jest dostępne tylko dla śmietanki, dla VIP-ów. Ci "słyszący" mogą całą głuchą resztę czasem uświadomić. To się nijak ma do tekstów Biblii, które mówią, że
Wszyscy mamy namaszczenie i wiemy wszystko
Jesteśmy myśli Chrystusowej
Jesteśmy świątynią Bożego Ducha 
Słowo mieszka w nas
Mamy uszy do słuchania 

Możesz słyszeć samodzielnie. Popatrz w twarz dziecka. Wyjdź do ogrodu. Wycisz się w fotelu. Przeczytaj Psalm. Głos Boga rozbrzmiewa cały czas, w sercach i myślach wszystkich mieszkańców naszej pięknej planety. 


Rodzaj wierzącej wątpliwości

Rzekł do Tomasza: Podnieś swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś. Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli (Jan 20: 26-30).

Jeśli Bóg chce by w Niego wierzyć, to czemu się chowa? Skoro nigdy nie doświadczyłem czegoś co można nazwać Bogiem, dlaczego mam to przyjąć? Czy idea Dobrego Pasterza, który kryje swoją obecność w obliczu Auschwitz, Word Trade Center i Tsunami jest do przyjęcia? Jak nazwałbyś Ojca który tak kocha swoje dzieci, że się nigdy im nie pokazuje? To są pytania francuskiego filozofa Andre Comta Sponvilla, które wielu ludziom chodzą po głowie. 

Wątpliwości są częścią ludzkiej natury. Jeśli nie wątpimy, to też nie wierzymy. Wiara zawiera wątpliwości. Jak napisałem we wstępie do mojej książki, która niedługo ujrzy światło dzienne:  
Tam gdzie jest wiara, tam są też wątpliwości. Jedno bez drugiego nie istnieje. Jedno nie szkodzi drugiemu. Wierzący przypomina naukowca próbującego zdefiniować wszechświat, który zdaje sobie sprawę, że ma tyle samo wątpliwości co pewności. To jest taki rodzaj wierzącej wątpliwości - wiara, która jest pewnością mimo niepewności, jak u człowieka, który woła: "Wierzę, pomóż mojemu niedowiarstwu!" 

Wiara przestaje być wiarą, gdy dotyczy faktów. Wierzę, że podniesiesz sto kilogramów. Po fakcie: wiem, że potrafisz podnieść sto kilogramów. Czy zatem powinno się Stwórcę „kupować w ciemno”? Mamy tak naprawdę dwie pary oczu - niebieskie, zielone, piwne i oczy serca. Pierwsze widzą świat materialny, drugie - duchowy.  

Można widzieć sercem. Zrezygnować z patrzenia wyłącznie fizycznie. Szczęśliwi, którzy wierzą, choć nie widzieli. Jeśli zamkniemy oczy to możemy wyobrazić sobie dużo... Lody z owocami i bitą śmietaną z polewą czekoladową! Potrafimy widzieć nie widząc. Wiara to coś o wiele więcej niż wyobraźnia, to głębokie duchowe przekonanie.  

Duch Święty przeprowadza operację naszych oczu. Efezjan 1:17-18 ...aby Bóg oświecił oczy serca waszego... Christopher Hitchens, autor książki "Bóg nie jest wielki", do końca życia zaciekły ateista, przyznawał, że ulega „urokowi i powabowi cudu, tajemnicy objawienia i bogobojnej trwogi”.

Około dwadzieścia pięć procent ateistów i agnostyków uważa się za głęboko uduchowionych - Duch Święty nie przestaje leczyć oczy. Uczymy się używać obydwu par oczu bez zawrotów głowy. Kochać Stwórcę sercem i umysłem. 

Patrząc sercem, zaczynamy też lepiej widzieć zwykłymi oczami. Widzimy Boga w stworzeniu, wokół siebie. Oczy serca korygują nasz fizyczny wzrok. Zaczynamy czytać ze zrozumieniem pierwszą Biblię - którą jest stworzenie. Każdy kryzys wiary jest okazją dla nowego zmartwychwstania. Każda wątpliwość jest motywacją do głębszej wiary. 

Opowieść o dwóch kuzynach

Jochanan i Jeszua, czyli Jan Chrzciciel i Jezus. Dwaj kuzyni. Jan był od Jezusa starszy o pół roku. Obaj narodzili się w nietypowych okolicznościach. Obaj mieli ważną misję do spełnienia. Ktoś pewnie od razu zauważył, że to było kumoterstwo, nepotyzm. Owszem - byli tak dobrze rodzinnie ustawieni, że obaj stracili życie w młodości, w sposób tragiczny. Pierwszy został ścięty, a drugi ukrzyżowany. 

Biblia pokazuje, że zarówno Jan jak i Jezus przejawiali silne zainteresowanie duchowością, okazywali gorliwość wobec Stwórcy, oczekiwali duchowej odnowy swojego narodu. Jan żył na odludziu, ubierał się jak prorok i skromnie się odżywiał. Opis dotyczący szarańczy wskazuje raczej na popularną w tamtym regionie roślinę o nazwie szarańczyn strąkowy lub drzewo karobowe, którego strąki są nazywane chlebem świętojańskim. Jest to bardzo pożywna roślina, która pozwala na przeżycie w trudnych pustynnych warunkach. 

Istnieją pewne poszlaki, wskazujące na to, że przez pewien czas Jezus mógł być jednym z uczniów Jana. Być może też między innymi z tego powodu był przez Jana ochrzczony. Z czasem jednak ich drogi zaczęły się rozchodzić. Było to związane ze sposobem, w jaki dążyli do upragnionego celu, którym było widoczne wśród ludzi królestwo Boże. 

Jan Chrzciciel, zachowywał się jak typowy prorok. Z jego wypowiedzi i kazań wnioskujemy, że  wyznawał klasyczną starotestamentową zasadę biblijnego żalu za grzechy: najpierw nawrócenie, a potem wspólnota, czyli włączenie do grupy. Stąd nazywamy go chrzcicielem - kładł główny nacisk na pokutę i chrzest. Jego kluczowym słowem był "grzech". Proces przemiany zaczynał się dla Jana od uznania grzechów i nawrócenia. Potrafił skutecznie motywować do pokuty mówiąc o ostrej boskiej siekierze i płomieniach piekielnych. To były obrazy dość przekonujące, utrwalone na średniowiecznych malowidłach. 

Jezus natomiast zaprezentował innego rodzaju śmiałość. Unikalność inicjatywy Jezusa polegała na odwróceniu starotestamentowej konstrukcji: najpierw wspólnota, potem nawrócenie. Czytamy w ewangeliach, że Jezus jadał z celnikami i grzesznikami, zanim zaczynał głosić nawrócenie. Możemy te różnice podsumować w następujący sposób: Jan głosił, że do nawrócenia prowadzą pokuta i przemiana serca; Jezus praktykował relację miłości i akceptacji, która prowadzi do pokuty i nawrócenia.

W odróżnieniu od Jana, Mesjasz był wielkoduszny. Choć nie raz rzucał tłumom wyzwanie, nie żywił wobec nich żadnej niechęci. Głosił przecież „dobrą nowinę”, dosłownie i w przenośni. Wyrażenie to odnosi się do nadejścia czasu łaski i boskiego miłosierdzia. Podczas gdy Jan był głosem (samotnym) na pustyni, Jezus był Logosem - odwieczną boską relacją miłości. Duchowość zaczyna się od relacji, moralność - od przepisów (głoszonych przez wielu religijnych Janów). Człowiek potrzebuje do nawrócenia miłości do Stwórcy. Każdy wie jaką przemianą skutkuje zakochanie - nie trzeba do tego instrukcji!   

Przesłanie Mesjasza o łasce jest silnie kontrastujące z „niegasnącym ogniem” w nauczaniu Jana Chrzciciela. A jednak tłum garnął się do Jana, a Mesjasza wydał Rzymowi na ukrzyżowanie. Ludzka natura woli pokutę niż łaskę, woli płacić niż brać za darmo, spełniać uczynki niż po prostu wierzyć. Łaska pozbawia ludzkie ego wszystkich przywilejów, a zarazem najbardziej obdarowuje. Wybierając drogę Mesjasza decydujemy się na relację miłości, w której inne wartości przestają być istotne w porównaniu z Tym, którego kochamy nad własne życie. 

Nie musisz być drugim Małyszem

Ostatnio napisałem, że zamiast nawoływania by "być jak Jezus", powinniśmy chcieć "być z Jezusem". 

Adam Małysz. Przypuszczam, że każdy Polak przynajmniej słyszał o tym człowieku, a większość ma przed oczami uśmiechniętą twarz z wąsikiem. Adam Małysz jest jeden - niepowtarzalny mistrz skoków narciarskich. Głupotą byłoby sądzić, że będziemy mieli wysyp kolejnych Adamów Małyszów. 

Mesjasz też jest jeden. Nie będzie drugiego i nie trzeba. On jeden w zupełności wystarczy. Jezus nikomu nie powiedział: bądźcie tacy jak Ja. Za to często mówił: idźcie za mną i uczcie się ode mnie. 

Kazania, nauczania, konferencje, których hasłem i treścią jest: "stań się jak Jezus" wprowadzają wielu wierzących z powrotem pod jarzmo zakonu i przykazań. Powodują wewnętrzną frustrację, niechęć do samego siebie, ponieważ cel jest praktycznie nieosiągalny. 

Z tego typu kościelnej mentalności rodzi się obłudny, faryzejski behawioryzm. Wiem, że nie jestem jak Jezus, ale będę takiego udawał, ponieważ wszyscy chcą mnie takim widzieć. 

Stwórca nazywa siebie "Ja jestem". Mesjasz też mówi o sobie - "Ja jestem". Ja, zwykły człowiek, naśladowca Jezusa też więc mogę powiedzieć: jestem tym, kim jestem! Moim celem w życiu nie jest stać się Jezusem, ale prawdziwie sobą. Być w pełni tym, kim On chce bym się stał. Być na wskroś, w stu procentach Mariuszem Muszczyńskim - naśladowcą Mesjasza. 

"Ja jestem" - oznacza, że imię Boga jest przyzwalające, nierestrykcyjne. Stwórca siebie nie nazywa: Ja nie jestem - nie mogę, nie wolno Mi tego, czy tamtego. "Ja jestem" w kontekście życia ludzkiego to wolność od zakonu, to życie w łasce i miłości do samego siebie, Stwórcy i całego świata. 

Zbyt wiele kościołów jest nakierowanych na produkcję tanich imitacji Jezusa własnymi wysiłkami. Na przemianę ludzi w pomalowane złotą farbą podróbki. Na szczęście Duch Święty jest nam dany po to, byśmy dzięki łasce stawali się w pełni sobą - ludźmi idącymi za Mesjaszem. Nasze własne wysiłki, by być jak Jezus, prowadzą do ludzkiej moralności. Łaska prowadzi do duchowości. Nie wystarczy być człowiekiem moralnym. Ojciec szuka tych, którzy chwalą Go w duchu i w prawdzie, a nie w zwykłej moralności. 
 
Czy mamy w kościołach głosić takie rzeczy jak: seksualność, świętość, oddanie, moralność, uczciwość, hojność? Jeśli pominiemy konieczność bycia z Jezusem, to głosimy jedynie uczynki zakonu. Bez obecności Jezusa mamy nowe jarzmo uczynków dla chrześcijan, a nie Nowe Przymierze łaski. Ewangelia nie mówi, rób coś, a będziesz jak Jezus, ale najpierw bądź z Jezusem, a będziesz inaczej żyć. Moralność jest jednym z wielu owoców duchowości. 

Zamiast moralność, należy głosić Jezusa, który powoduje przemianę i duchowość. Zaproszenie do bycia z Jezusem to oferta przemiany poprzez łaskę. Głoszenie upodobnienia się do Jezusa, to powrót do zakonu w nowoczesnej chrześcijańskiej wersji. Nowe zachowanie przychodzi jedynie przez osobiste przebywanie z Jezusem. Czego więc potrzebujemy? Osobistych spotkań z Nim. Życia świadomego Jego obecności. Żywej duchowości. Po tej stronie życia nie będziemy jak Mesjasz. Wystarczy stawać się coraz bardziej sobą dzięki Jego obecności.



W poszukiwaniu Ducha

Penetkostalizm jest największym fenomenem kościoła od czasów Reformacji. Zapoczątkowany ponad sto lat temu w kilku małych grupach, jest dzisiaj dynamicznym skrzydłem chrześcijaństwa. Obecnie 20-30% chrześcijan to charyzmatycy i zielonoświątkowcy. Czyli co 15 osoba na ziemi! Nie można nie zauważyć tego faktu. Im większą wagę przywiązujemy do osoby Ducha Świętego, tym bardziej cieszymy się Jego cudownym działaniem. Nie musimy być ekspertami pneumatologii, wystarczy, że Ekspert - Duch Boży - działa w naszym życiu. 

Naukowcy próbują dojść co było początkiem kosmosu, jaka energia, jaka siła. Po prostu Duch Święty. On był obecny i aktywny od początku (Gen.1:2). Dlatego Ducha Świętego możemy wyczuć i rozpoznać w świecie. W nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy... To jak wyprawa na grzyby - kto szuka, ten znajdzie!  

Skoro Duch Święty jest wszędzie, nie ma podziału na to co duchowe i świeckie, na miejsca święte i pospolite. Albo cała ziemia jest Boża, albo wcale do niego nie należy. Badania w zakresie fizyki kwantowej są dowodem jedności materii i energii, tak też świat jest połączeniem duchowej i ziemskiej rzeczywistości.   

Religie zwykle dążą do podziału życia na aspekty zwykłe i duchowe. Dzielimy nasze czynności na mniej i bardziej duchowe, w pewne dni zachowujemy się super duchowo, na przykład podczas liturgicznych postów. Stwórca jednak mówi przez proroka Izajasza, że całe nasze życie powinno być "wielkim postem". Czy nie chodzi raczej o styl życia, kiedy rezygnujemy z wygody i jesteśmy zawsze gotowi na wyrzeczenia dla dobra innych? 
Być może zapominamy, że Duch Święty jest cały czas wszędzie i że wszystko co robimy ma wymiar duchowy. 

Dlaczego ludzie opowiadają dowcipy na parkingu kościoła, a kiedy wejdą do środka, milkną? Jeśli dowcip jest dobry, to nadaje się wszędzie. Parking, park, przystanek jest tak samo święty jak budynek kościoła. Cały świat jest pełen Ducha. 

Można na własne otoczenie patrzeć oczami wiary lub strachu, widzieć w nim Stwórcę lub Jego brak. Pewna kobieta urodziła niewidomego syna i postanowiła go wychować tak, jakby był zdrowy. Nie wiedział o kalectwie. To było jedyne życie jakie znał. Do dnia, gdy ktoś wszedł na ich posesję i wytłumaczył chłopcu, że jest niewidomy. To, co dla jednego jest widzeniem, może się okazać ślepotą. Problemem Kościoła jest niedostrzeganie Stwórcy w świecie. Wielu chrześcijan zamknęło Ducha Świętego w kościołach, a świat oddali diabłu i demonom. Zamiast wszędzie wokół widzieć cudowne działanie Ducha, wielu widzi jedynie demony. Wygląda na to, że po części sami zdemonizowaliśmy ten świat. 

Mesjasz kiedy przyszedł, ogłaszał Królestwo Boże - mówił, że wszędzie jest obecny Stwórca! Dlaczego tak często posługiwał się światem naturalnym? Stągwie z wodą, chleby i ryby, błoto, dotyk, ziarno, chleb, wino... ponieważ wszystko wokół nosi w sobie ślad Stwórcy. Apostoł Paweł dodaje, że wszystko, co czynimy jest na chwałę Bożą. Tak więc praca zawodowa, macierzyństwo, odpoczynek, spacer z rodziną - wszystko oddaje Stwórcy chwałę. Świadomość obecności Ducha Świętego wnosi w nasze codzienne obowiązki dużo radości i czyni je świętymi. Wystarczy otworzyć oczy. 

Na cały świat


Chrześcijanie mają bardzo różne podejście do świata. Niektórzy panicznie się boją, dla nich świat jest zły i zdemonizowany, więc trzeba się trzymać od niego jak najdalej. Tego typu postawę przyjmuje ogólnie chrześcijańska konserwatywna prawica. Najważniejszym motorem dla ludzi tak myślących jest sprzeciw. Budują swoją chrześcijańską tożsamość w oparciu o kwestie, z którymi się nie zgadzają - aborcja, homoseksualizm, eutanazja i wiele innych, a w skrajnych przypadkach sprzeciw wobec biżuterii, dżinsów w kościele, celebrowania Bożego Narodzenia. Istnieje tu wyraźny podział na dobrych i złych, na kościół i świat. Wszystko, co jest związane z daną tradycją kościelną jest dobre, reszta jest czymś złym. Główną wizją jest walka ze złem, kontakt ze światem poprzez pracę i edukację jest postrzegany jak zło konieczne. Takie postawy naturalnie prowadzą do izolacji, a z czasem do zachowań sekciarskich. Misja polega w takim wypadku na czymś w rodzaju polowania. Wychodzi się na chwilę ze swojej bezpiecznej kryjówki (kościół) i próbuje się zdobyć łup (ludzie ze świata), by szybko z powrotem wrócić do miejsca bezpieczeństwa. Innym sposobem może być głośna negacja zła. Bycie światłością oznacza zwyczajnie oślepianie złych i grzesznych ludzi prawdą. Należy wyrazić głośno i zdecydowanie swój sprzeciw wobec grzechów świata. Niektóre grupy w tym celu organizują pikiety pod klinikami aborcji, marsze protestacyjne lub po prostu krytykują inaczej wierzących lub tych niewierzących. Pobożność polega na negacji, walce i krytyce, a przybiera jedynie inne formy i metody. 

Zupełnie inne podejście do świata reprezentuje chrześcijańska liberalna lewica. Dla nich problemem nie jest tyle świat co kościół. To kościół jest zbyt wyizolowany, zbyt obojętny, zbyt tradycyjny i oderwany od rzeczywistości. Nie toczą walki ze światem, ale z instytucją kościoła. Utożsamiają się z problemami społecznymi, z ubóstwem, dyskryminacją rasową, płciową, wspierają grupy, które są napiętnowane i poszkodowane. W swojej afirmacji świata mogą czasem zatracić chrześcijańską inność, wyrazistość. W niektórych przypadkach wspierają kontrowersyjne inicjatywy. To może prowadzić do zatarcia granic między dobrem i złem. Ich tożsamość budowana jest nie na walce i negacji, ale na akceptacji i tolerancji kultury świata. Są progresywni, współcześni i globalni. Świat dla nich nie stanowi zagrożenia, ale raczej wyzwanie do zaangażowania, które w wielu przypadkach jest bardzo pozytywne i właściwe. Misja dla nich oznacza przede wszystkim działania społeczne i dialog międzyreligijny. 

Pomiędzy nurtem konserwatywnym i liberalnym jest jeszcze mniej wyraźny, ale też zauważalny nurt uświęceniowy. W odniesieniu do omawianej kwestii cechuje się najmniejszym zainteresowaniem światem zewnętrznym. Większość uwagi poświęcona jest na osobisty rozwój duchowy, osobistą modlitwę, post, pogłębianie swojego duchowego życia. Świat, tak naprawdę mógłby nie istnieć. Wystarczyłby kościół i osobista relacja z Bogiem. Głównym celem jest czystość, uświęcenie, zachowanie siebie nieskalanymi przez świat. Taka tożsamość nie jest budowana na negacji, ani akceptacji, ale raczej na pewnej obojętności i ignorancji wobec świata. Kościół jest wystarczającym środowiskiem życia i osobistego rozwoju. Świat jest innym wymiarem, z którym im nie po drodze, korzystają z jego dobrodziejstw i unikają świadomego zaangażowania. Przejawem takich postaw jest odradzający się współczesny monastycyzm oraz kościelno - konferencyjny styl życia wielu charyzmatyków i zielonoświątkowców. W tym wypadku misja to przede wszystkim działania w strefie kościoła. Misja jest jedynie skromnym dodatkiem, a świadome przenikanie do świata jest raczej nie rozumiane i przyjmowane bez entuzjazmu. 

Podsumowując tę część rozważania chcę zauważyć, że każda z trzech postaw zawiera pewne właściwe elementy, ale sama w sobie pokazuje niepełny i nie raz zdeformowany obraz wiary. Kościół powinien popatrzeć szerzej na relację my - świat. 

Mamy w Ewangelii wyraźne polecenie Chrystusa, by iść na cały świat. Nie tylko w sensie geograficznym, ale również społecznym. Poprzez wartości Królestwa Bożego powinniśmy przenikać wszystkie sfery społeczeństwa - w sąsiedztwie, w świecie edukacji, biznesu, kultury, sztuki, wśród najbiedniejszych i rządzących, imigrantów i więźniów. 

Taka misja jest możliwa jedynie wtedy, gdy nasz stosunek do świata nie będzie ani agresywny, ani obojętny. 

Zamiast krytyki, podobieństwa lub obojętności, można przyjąć wobec świata postawę zdrowej, konstruktywnej pochwały. To widzę w Pawle, przemawiającym do Ateńczyków, widzę ją w Jezusie wobec zagubionych ludzi. 
Świata nie trzeba się bać, bezkrytycznie akceptować, ani udawać, że nie istnieje. Należy w nim być. O tym więcej innym razem. 

Tańczący z Bogiem

Jest coś wyjątkowego w trzymaniu kogoś za rękę.
Małe dziecko ma potrzebę trzymania osoby bliskiej. Kiedy człowiek odkrywa piękno romantycznej relacji, towarzyszy temu ekscytujące przeżycie trzymania się za ręce.
Pewien czas temu został przeprowadzony eksperyment: grupę kobiet poddano lekkiemu elektrowstrząsowi. Za pomocą mądrych urządzeń mierzono kobietom strach i ból jakie odczuwały podczas eksperymentu. Tomograf rejestrował aktywność ich mózgu. Jeśli podczas eksperymentu kobieta pozostawiona była sama sobie, to bardzo się bała i doznawała fizycznego bólu. Jej emocjonalna część mózgu była aktywna. Jeśli pracownik laboratorium którego kobieta nie znała (nawet nie widziała jego twarzy), po prostu trzymał ją za rękę, odczuwała mniejszy strach, ale mimo wszystko mózg wciąż reagował na ból. Natomiast kiedy za rękę trzymał ją mąż, nie odczuwała bólu, mózg był spokojny na wszystkich swoich poziomach! Panowie, kiedy następnym razem żonę rozboli głowa, wystarczy wziąć za rękę!!