Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie Jezusa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie Jezusa. Pokaż wszystkie posty

Naśladowanie

Jeśli chcesz się dowiedzieć kto jest chrześcijaninem zapytaj  biednych - tak powiedział kiedyś Gandhi. W ewangeliach są pewne niewygodne dla nas słowa, na przykład, „Nie każdy, kto mówi Panie, Panie, wejdzie do królestwa Bożego, ale ten, kto czyni wolę Ojca”. 

Tej wypowiedzi oczywiście nie można wyciągnąć z kontekstu całej Biblii, po to, by ogłaszać sąd nad innymi (ciekawe, że nikt wtedy nie myśli o sobie, tylko o ludziach innych „heretyckich” denominacji). Nie jest to jednak wyrok śmierci. 

Kluczowe do zrozumienia w wypowiedzi Jezusa są dwa słowa: mówi i czyni. Mesjasz chce przypomnieć za pomocą hiperboli, że jest między tymi słowami wielka różnica. To odnosi się do całego życia, jak też naszej więzi z Bogiem.  

My, chrześcijanie, mamy swoje definicje wiary. Czasem cytujemy apostoła Pawła: „jeśli ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem i uwierzysz sercem (...) zbawiony będziesz”. To wspaniale, ale Mesjasz nigdy nie mówił ludziom: „wyznaj kim jestem”! Raczej, często powtarzał: „chodź za mną”.  

Wyznanie też ma swoje znaczenie, ale nie tym się zaczyna ani kończy wiara i naśladowanie Jezusa. Wyobraź sobie, że zapisujesz się na kurs prawa jazdy, obsługi komputera, wózka widłowego. „Wyznajesz” swoje uczestnictwo w kursie, składając podpis, wypełniając formularze. Jednak to dopiero wstęp do wstępu. Ważne co się dzieje potem. 

Jak więc definiujemy nawrócenie? Jakich owoców oczekujemy? 
Po pierwsze, możemy je definiować religijnie - czy wierzysz w Jezusa? Czy właściwie rozumiesz? Czy wyznajesz odpowiednie doktryny i dekrety kościelne? Dla wielu wiara  stała się kwestią „właściwego wyznania”, mentalnej zgody, intelektualnego przekonania. 

Po drugie, możemy oczekiwać od nawróconego zaprzestania robienia czegoś złego - nie upija się, nie kradnie, nie przeklina. Dobrze tego nie robić, jest jednak wielu porządnych ateistów, żyjących niekiedy bardziej moralnie od chrześcijan. 

Według słów Jezusa, nie tylko chodzi o wyznanie, lecz wolę Ojca, nie tyle czego nie robimy, ale o to, co robimy. Dobrym przykładem jest Zacheusz, który po spotkaniu z Jezusem postanowił oddać połowę swojego majątku ubogim. 

Jednym z najważniejszych owców wiary i dowodów  nawrócenia jest postawa wobec pieniędzy. Mesjasz nazwał po imieniu tylko jedną duchową warownię, a jest nią mamona. Dlaczego Jezus tak dużo mówił o pieniądzach? 
Historia o bogaczu i Łazarzu, uchu igielnym, synu i majątku ojca, talentach, właścicielu spichlerzy, ptakach i liliach.  
Pieniądze są największym rywalem Boga w życiu człowieka. Nie można służyć Bogu i mamonie.  

Dlatego każdy, kto kiedykolwiek miał kontakt z pieniądzem jest winny słów „Panie, Panie”... Postawa Zacheusza jest normalnym owocem nawrócenia, a nie ewenementem. Nawrócenie nie tyle dotyczy stanu umysłu co postawy względem zgubionego świata. Czynienie woli Ojca najlepiej widać w Jezusie Chrystusie, który stał się sługą i przyjacielem wszystkich w potrzebie. Dlatego Gandhi miał rację. 

W ukryciu

Człowiek, szczególnie w pierwszej połowie życia,  naturalnie dąży do tego, co spektakularne, godne chwały, wzniosłe w oczach świata. W świecie biznesu, sportu, rozrywki, liczy się prestiż, wielkie osiągnięcia, sława, podziw, popularność. Niejeden chce się wypromować, jak paw na wybiegu. Już małe dzieci mają swoje kanały na YouTube.  

Jak w kulturze rozgłosu zdefiniować służbę Bogu? Na jakich wartościach opiera się życie naśladowcy Jezusa? 
Co praktycznie dla nas znaczy zmieniać świat na lepsze? 
Jakimi metodami powinniśmy to czynić? 

Jezus swoim życiem i nauczaniem pokazuje ważność niezauważalnej codziennej dobroci (Mat.6:1-6). Trzy razy w tym kontekście mówi, że Ojciec w niebie zwraca uwagę na to, co ukryte i wyróżnia to. Wynika z tego, że to, co ukryte jest ważniejsze od tego, co widoczne. 

Ukryte nie znaczy anonimowe, ale z wypływające z dobrych motywacji, bez szukania przy tym poklasku i uznania innych. Ukryta hojność i modlitwa oznaczają służbę nie dla pokazania się, ale dla dobra innych.  

Co Jezus robił przez pierwszych trzydzieści lat swojego życia? Czy przesiedział całą młodość przed komputerem, a potem nagle zaczął głosić i uzdrawiać? Z Jego postawy i słów możemy wywnioskować, że przez wiele lat służył w ukryciu - tak zwyczajnie. Pomagał rodzicom, produkował wyroby najlepiej jak potrafił, pocieszał, rozmawiał, modlił się o innych, zachęcał. Dlaczego tak mało o tym okresie wiemy? Ponieważ na tym polega codzienna służba, która nie jest widowiskowa.  

Gdy Jezus został ochrzczony w Jordanie, Ojciec z nieba przemówił słowami miłości i pełnej akceptacji. Zwykle zwracamy w tym uwagę na bezinteresowną miłość - Syn jeszcze nic nie uczynił, a Ojciec już Go aprobuje, docenia, miłuje. To prawda. Jednak jest w tym coś więcej. Ojciec również widział to, co Jezus do tej pory czynił w ukryciu, docenił trzydzieści lat Jego codziennej, cichej dobroci.   

Jestem dzisiaj dumny z muzycznych osiągnięć moich dzieci, ale najbardziej doceniam lata ich ćwiczeń w domu. 
To było w ukryciu, ale rodzice słyszeli.   

Kiedy Jezus nauczył się modlić całe noce? 
Kiedy nauczył się brać dzieci w ramiona? 
Kiedy nauczył się troski o chorych i biednych? 
Kiedy nauczył się opowiadać ciekawe historie? 
Kiedy zaczął kochać grzeszników? 
Kiedy stał się hojnym? 

To wszystko miało miejsce podczas pierwszych trzydziestu  lat życia. Pewnie nie raz oddał biedakowi kieszonkowe.  
Okres publicznej służby to jedynie dziesięć procent Jego życia. Ostatnie trzy lata były bez wątpienia wyjątkowe. Ale nie mogą być oderwane od Jego wcześniejszego życia.  
Jezus nie pojawił się znikąd na trzy lata. Jego publiczna służba była oparta na fundamencie służby w codzienności, z pokorą i zwyczajnie. 

To jest ważna biblijna zasada - droga w górę prowadzi w dół. Trzeba umieć „nie być”. Nie żyje się na scenie.  

Dziewięćdziesiąt procent życia to służenie w ukryciu. Gdy nikt nie wie i nie widzi, Ojciec docenia i w odpowiedni sposób wynagradza. 

Zmieniać świat na lepsze

Są dwa sposoby, jakimi ludzkość pozbywa się wpływu Jezusa na świat. Pierwszym jest ukrzyżowanie. Jest ono próbą zaprzeczenia Jego siły. Chęcią pokazania supremacji człowieka. Ukrzyżowanie jest manifestacją niewiary w boskość i bliskość Mesjasza. Ateizm jest formą ukrzyżowana, ogłasza niemoc i nieobecność Boga.


Jak widać z opisów ewangelii, próba zabicia Jezusa zakończyła się skutkiem wręcz odwrotnym. Im bardziej człowiek chce się Boga pozbyć, tym więcej będzie mieć z Nim do czynienia. Każde ukrzyżowanie rodzi zmartwychwstanie. Każda próba wymazania Boga z historii kończy się jeszcze większą religijnym odnową. 


Skoro nie da się Go zabić, włożyć do niszczarki i na zawsze o Nim zapomnieć, ludzkość znalazła inny sposób ograniczania wpływu Jezusa. Tym sposobem jest oddawanie Mu czci. Jezus ubrany w złote szaty, spoglądający wśród dymu kadzideł z ołtarzy, wyśpiewywany w rytmicznych piosenkach stał się tak cudowny, że przestał intrygować i oddziaływać na życie. 


Jeśli nie można Go było usunąć z ludzkiej egzystencji, to może da się zrobić z Niego kogoś innego, niż naprawdę jest? Kogoś nieszkodliwego dla ludzkich ideologii? Może da się odwrócić ludzką uwagę od tego, co w Nim najważniejsze? Oddawanie Mu czci może wyciszyć sumienia wiernych i odciągnąć Kościół od właściwego celu. 


Ciekawe, że Jezus nigdy nie powiedział, by oddawać Mu cześć, a czasem wręcz się od tej idei odcinał. Gdy ktoś nazwał Go dobrym, powiedział, że dobry jest tylko sam Bóg. Czy to oznacza, że nie mamy o Nim śpiewać, opowiadać i wyznawać Jego wielkość? Oczywiście, że powinniśmy to czynić. Nie jest to jednak główny powód, dla którego Mesjasz pojawił się na ziemi i powołał Kościół. 


Jezus nie zachęcał by oddawać Mu cześć, ale by iść za Nim. To oznacza uczenie się poświęcenia i miłosierdzia, jakie On posiadał. Samo oddawanie Mu czci może stać się tanim zastępnikiem stawania się Jego naśladowcami. 


Jezusowi dużo bardziej zależało na praktycznym życiu niż na formie religijnej. Niestety można Go czcić i równocześnie nie mieć nic wspólnego z Jego życiem. Historia zna ludzi, którzy pisali piękne hymny o Jezusie, a równocześnie wspierali niewolnictwo, dyskryminowali osoby czarnoskóre i kobiety. Kościół to przede wszystkim wpływ, nie ceremonia.


Być może właśnie to Mesjasz miał na myśli, gdy powiedział, że nie robi na Bogu wrażenia ten, kto woła Panie, Panie, ale ten, kto pełni Jego wolę. Dzisiaj stoimy przed tym samym wyzwaniem. Nie musimy Go krzyżować. Wystarczy, że zamieni się praktyczne naśladowanie na nabożne religijne praktyki. 


Jakie znaczenie mają pieśni, kazania i ceremonie, jeśli nie zmienia się świata ludzi ubogich, odrzuconych, chorych i wykluczonych? Jezus jest nie tylko godny czci, ale naśladowania. Przyszedł, by zmienić świat. Ostatecznym miernikiem naszej wiary nie są piękne nabożeństwa, ale zmienianie na lepsze swojego kawałka świata. 

Uczta już trwa

Jezus był na ziemi tylko tysiąc dni. Wnioskuję więc, że każdy dzień był niesamowicie ważny, by mógł w tym czasie nauczać, uzdrawiać, manifestować miłość Boga. 


Dowiadujemy się z relacji ewangelii Jana, że Mesjasz poświecił tydzień swojego cennego czasu na jakieś tam wesele w Kanie Galilejskiej. Na radość, jedzenie, relacje. To o czymś świadczy.  


Przez całą Biblię przewija się motyw „Bóg i przyjęcia”. Pierwsze to historia o ogrodzie Eden - jedzcie wszystko, co tam rośnie. Hebrajskie słowa Gan Eden znaczą ogród rozkoszy.  


Potem czytamy, że Józef, namiestnik Egiptu, zamiast na gilotynę, zaprasza zazdrosnych i brutalnych wobec niego braci na przyjęcie. Prorok Samuel organizuje przyjęcie w domu Jessego, szukając następcy Saula wśród jego synów.  


W psalmie 23 pojawia się symbol uczty, zastawionych stołów dla każdego, kto idzie za Pasterzem. W ewangelii ktoś pyta Jezusa dlaczego Jego uczniowe nie poszczą? Ponieważ są na weselu… odpowiada. 

 

Czytamy też, że dobry Ojciec szykuje zgubionemu i odzyskanemu synowi przyjęcie. Wieczność była w kulturze żydowskiej określana za pomocą symbolu uczty, na której będziemy przy jednym stole z Jezusem, Abrahamem i innymi celebrytami Biblii. 


Jezus opowiada przypowieści o ucztach, bierze udział w przyjęciach i ucztach. Był nawet nazywany „żarłokiem i pijakiem” (czyżby coś Go łączyło z Polakami?). 


Możemy zatem powiedzieć, że życie z Jezusem to nigdy niekończące się wesele. Nie wiem kto wymyślił taką religię chrześcijańską, która jest grobowo poważna i nudna. Nie ma ona wiele wspólnego z pozytywnym przekazem ewangelii. 


Pełna ciekawych symboli Księga Apokalipsy pokazuje, że już jesteśmy na weselu. Już trwa tzw Wesele Baranka, czyli Mesjasza i nas. To taki symbol naszego zbawienia, połączenia z Nim. Każdy, kto trwa w tej więzi, uczestniczy w wielkim weselu, na którym wina dla nikogo nie zabraknie. Można przez utarte schematy myślenia tak się zapatrzyć w przyszłość, że straci się coś, co jest tu i teraz. Nie czekaj, ale korzystaj. Nie narzekaj, ale śpiewaj i tańcz. 


Paradoksy życia

Wkrótce ukaże się moja kolejna książka pod tytułem Siła w słabości - paradoksy życia. Poniżej kilka refleksji w tym temacie. 

Blaise Pascal napisał, że niebezpieczeństwem jest pokazanie człowiekowi jak bardzo podobny jest do dzikich zwierząt bez ukazania mu jego wielkości. Równie niebezpiecznym jest pokazać mu jego wielkość bez jego nicości. Jednak najbardziej niebezpiecznym jest pozostawić go w nieświadomości wobec obu. 

Wiara to paradoksalność. Minęły czasy siedzenia okrakiem na ogrodzeniu. Kościoły trzymające się bezpiecznego środka zanikają. Mierność jest gorsza od rozpusty, stwierdził kiedyś Kierkegaard.

Życie wymaga równoczesnego ogarnięcia przeciwnych sobie biegunów. Najwięcej dobra dzieje się na obrzeżach. Te obrzeża tworzą współczesną rzeczywistość. Jesteśmy wezwani, by żyć w paradoksalnej harmonii – umieć się śmiać przez łzy, płakać ze śmiechu. Tańczyć bez ruchu i żyć w tańcu. Zaakceptować piękno i brzydotę w równym stopniu. Umieć żyć umierając.

Szczęśliwy środek nie istnieje. Nie ma nic bardziej śmiercionośnego niż religia środka, przeciętność. Im bliżej środka, tym dalej od Jezusa, który jest na obrzeżach, na ulicach, na rozdrożach. Poza ramą obrazu. 

Szesnastowieczna legenda mówi o kobiecie, która przyszła do mnicha z pytaniem, czy różowienie policzków jest grzechem? Mnich odpowiedział, że niektórzy uważają to za grzech, a inni odwrotnie. Ta ogólna odpowiedź jej nie zadowoliła, więc zaczęła na mnicha mocniej naciskać, domagając się konkretnej odpowiedzi. W końcu zapytał, dlaczego nie miałaby wybrać drogę środka i pokrywać różem tylko jeden policzek? 

Środkowa droga nie istnieje. Jest za to wiele różnych ścieżek, które nie wykluczają się wzajemnie. W minionych stuleciach sukces odnosiły te ruchy i denominacje, które balansowały jak najbliżej środka. Dzisiaj ta sama strategia powoduje, że niektóre chrześcijańskie wyznania są na wymarciu. Okazuje się, że biblijna narracja nie polega na usuwaniu niewygodnych sprzeczności i paradoksów – przeciwnie – chodzi o ich zaakceptowanie. 

Świat i Kościół potrzebują akceptacji różnorodności, zamiast umacniania podziałów. Każdy człowiek potrzebuje docenić swoje własne paradoksy, które się wcale nie sumują. Bądź zimny, albo gorący – byleby przypadkiem nie letni! Tak więc nie chodzi o to, by wyszła nam dobra średnia życiowa. Bilansowanie paradoksów ostatecznie tworzy letniość, rozwodnienie, nudę. Dwa jaskrawe kolory, gdy zostaną zmieszane, mogą stworzyć jeden mętny. Nie na tym polega życie. Zbyt długo i zbyt często celebrowaliśmy mętny kolor życia, wiary i religii. Czas zacząć cieszyć się wyraźnymi kolorami, choć są sobie przeciwne. 

Doceniać własną brzydotę tak samo, jak piękno.
Słabości tak samo, jak zdolności.
Porażki tak samo, jak zwycięstwa. 
Wątpliwości tak samo, jak wiarę. 
Śmierć tak samo, jak życie.
Strach tak samo, jak odwagę.
Człowieczeństwo tak samo, jak boskość. 

Paradoks jest integralną częścią ludzkiej tożsamości. Krzyż to największy ładunek paradoksu, jak też wizualny znak połączenia dwóch przeciwnych sobie kierunków. 

Zejdź z drzewa

Aby zejść z drzewa trzeba najpierw na nie wejść. 
Wejście na drzewo nie zbawiło Zacheusza, ale zwróciło uwagę Jezusa. Nasze wysiłki dużo o nas mówią. Tradycja ewangeliczna odrzuca wartość uczynków w osiąganiu zbawienia na korzyść łaski. Czy jednak dobre uczynki poprzedzające zbawienie są bez znaczenia? 

Może spróbujmy na tę historię popatrzeć inaczej. Bardziej obrazowo. Jezus wchodzi do Jerycha. Zauważa w tłumie dwóch ludzi - Żyda i Protestanta. Żyd wdrapał się na drzewo i usilnie wypatruje nadchodzącego Nauczyciela. Protestant natomiast leży w cieniu, oparty o pień, a z ust wystaje mu źdźbło trawy. Leży pod drzewem, bo ma wszystko z łaski i nic nie musi robić. Jezus sam do niego przyjdzie, weźmie na ręce i zaniesie do swojego królestwa. Mesjasz zbliża się do drzewa i wygłasza mowę: błogosławiony jesteś, Protestancie, albowiem nic nie robisz, o nic nie dbasz i leżysz. Za to dostaniesz wszystko. Przeklęty jesteś Żydzie, albowiem wlazłeś na drzewo i myślałeś, że sam coś osiągniesz! 

Prawdziwa wersja brzmi na szczęście lepiej. Mesjasz zwrócił uwagę na człowieka, który wszedł o własnych siłach na drzewo. Jakiś czas później przychodzi anioł do pewnego Rzymianina o imieniu Korneliusz. To musiało go trochę zaskoczyć, w końcu niecodziennie rozmawia się z aniołem. 
Korneliuszu - modlitwy i jałmużny twoje, jako ofiara dotarły przed oblicze Boże... Zanim usłyszał o Jezusie? Kościele? Chrzcie? Znów dobre uczynki (tym razem poganina) zwróciły uwagę nieba. 

Podobnie ma się rzecz w przypadku innego rzymskiego żołnierza (Łukasza 7). Ludzie wstawiają się za nim u Jezusa, argumentując tym, że miłuje lud żydowski i sam zbudował im synagogę. Warto pamietać, że chodziło o okupanta - tak jakby w trakcie holokaustu nazista kochał Żydów. Czy to ważne? Okazuje się, że tak. 

Wracając do Korneliusza, w trakcie wizyty w jego domu, apostoł Piotr wypowiada ciekawe słowa: Bóg nie ma względu na osobę, w każdym narodzie miły mu jest ten, kto się go boi i sprawiedliwe postępuje. Mam wrażenie, że Piotr nie wie co mówi. Naraża się nie tylko swoim żydowskim braciom, ale i większości chrześcijan, którzy nie potrafią dostrzec boskiej łaski działającej poza granicami  chrześcijaństwa. Czy to nie wyraźna sugestia, że Stwórca zwraca uwagę na dobrych i pobożnych wyznawców judaizmu, islamu, buddyzmu? Jak w każdym narodzie, to w każdym, na mój rozum. 

Jesteśmy za niscy, by sami spotkać Boga. Możemy jednak  pokazać swoim życiem, że nam zależy. Niebo jest poruszone każdym, kto wspina się na drzewo. Łaska to przecież o wiele więcej niż wesołe chrześcijaństwo w kraju, gdzie w każdej księgarni można kupić kilkanaście przekładów Biblii.  

Łaska jest najważniejszym składnikiem ziemskiej atmosfery. Dociera wszędzie tam, gdzie ktoś oddycha, myśli, modli się. Ku oburzeniu religijnych ekspertów od typowania kto dobry, a kto zły, Mesjasz zagościł w domu Zacheusza. Ciekawy jestem w ilu niechrześcijańskich domach Mesjasz gości dzisiaj? Z iloma ludźmi innych religii dzisiaj nawiązuje kontakt? Ile obcych nam serc dotyka? Na te pytania nie sposób odpowiedzieć z tej strony wieczności. Jedno jest pewne - Mesjasz nie przestał szukać i zbawiać. 

Opowieść o dwóch kuzynach

Jochanan i Jeszua, czyli Jan Chrzciciel i Jezus. Dwaj kuzyni. Jan był od Jezusa starszy o pół roku. Obaj narodzili się w nietypowych okolicznościach. Obaj mieli ważną misję do spełnienia. Ktoś pewnie od razu zauważył, że to było kumoterstwo, nepotyzm. Owszem - byli tak dobrze rodzinnie ustawieni, że obaj stracili życie w młodości, w sposób tragiczny. Pierwszy został ścięty, a drugi ukrzyżowany. 

Biblia pokazuje, że zarówno Jan jak i Jezus przejawiali silne zainteresowanie duchowością, okazywali gorliwość wobec Stwórcy, oczekiwali duchowej odnowy swojego narodu. Jan żył na odludziu, ubierał się jak prorok i skromnie się odżywiał. Opis dotyczący szarańczy wskazuje raczej na popularną w tamtym regionie roślinę o nazwie szarańczyn strąkowy lub drzewo karobowe, którego strąki są nazywane chlebem świętojańskim. Jest to bardzo pożywna roślina, która pozwala na przeżycie w trudnych pustynnych warunkach. 

Istnieją pewne poszlaki, wskazujące na to, że przez pewien czas Jezus mógł być jednym z uczniów Jana. Być może też między innymi z tego powodu był przez Jana ochrzczony. Z czasem jednak ich drogi zaczęły się rozchodzić. Było to związane ze sposobem, w jaki dążyli do upragnionego celu, którym było widoczne wśród ludzi królestwo Boże. 

Jan Chrzciciel, zachowywał się jak typowy prorok. Z jego wypowiedzi i kazań wnioskujemy, że  wyznawał klasyczną starotestamentową zasadę biblijnego żalu za grzechy: najpierw nawrócenie, a potem wspólnota, czyli włączenie do grupy. Stąd nazywamy go chrzcicielem - kładł główny nacisk na pokutę i chrzest. Jego kluczowym słowem był "grzech". Proces przemiany zaczynał się dla Jana od uznania grzechów i nawrócenia. Potrafił skutecznie motywować do pokuty mówiąc o ostrej boskiej siekierze i płomieniach piekielnych. To były obrazy dość przekonujące, utrwalone na średniowiecznych malowidłach. 

Jezus natomiast zaprezentował innego rodzaju śmiałość. Unikalność inicjatywy Jezusa polegała na odwróceniu starotestamentowej konstrukcji: najpierw wspólnota, potem nawrócenie. Czytamy w ewangeliach, że Jezus jadał z celnikami i grzesznikami, zanim zaczynał głosić nawrócenie. Możemy te różnice podsumować w następujący sposób: Jan głosił, że do nawrócenia prowadzą pokuta i przemiana serca; Jezus praktykował relację miłości i akceptacji, która prowadzi do pokuty i nawrócenia.

W odróżnieniu od Jana, Mesjasz był wielkoduszny. Choć nie raz rzucał tłumom wyzwanie, nie żywił wobec nich żadnej niechęci. Głosił przecież „dobrą nowinę”, dosłownie i w przenośni. Wyrażenie to odnosi się do nadejścia czasu łaski i boskiego miłosierdzia. Podczas gdy Jan był głosem (samotnym) na pustyni, Jezus był Logosem - odwieczną boską relacją miłości. Duchowość zaczyna się od relacji, moralność - od przepisów (głoszonych przez wielu religijnych Janów). Człowiek potrzebuje do nawrócenia miłości do Stwórcy. Każdy wie jaką przemianą skutkuje zakochanie - nie trzeba do tego instrukcji!   

Przesłanie Mesjasza o łasce jest silnie kontrastujące z „niegasnącym ogniem” w nauczaniu Jana Chrzciciela. A jednak tłum garnął się do Jana, a Mesjasza wydał Rzymowi na ukrzyżowanie. Ludzka natura woli pokutę niż łaskę, woli płacić niż brać za darmo, spełniać uczynki niż po prostu wierzyć. Łaska pozbawia ludzkie ego wszystkich przywilejów, a zarazem najbardziej obdarowuje. Wybierając drogę Mesjasza decydujemy się na relację miłości, w której inne wartości przestają być istotne w porównaniu z Tym, którego kochamy nad własne życie. 

Jezus charyzmatyk


Źródła historyczne pomagają nam zrozumieć kontekst w jakim Jezus z Nazaretu żył i prowadził misyjną działalność. Wnioskujemy na tej podstawie, że Jezus był judaistycznym charyzmatykiem. Jego życie cechowała nadzwyczajna relacja z Bogiem, spektakularne cuda i olbrzymie współczucie wobec słabych i poszkodowanych. 

Jeden z pierwszych naśladowców, apostoł Piotr podsumowuje życie swego Mistrza w następujący sposób:
"Wiecie zapewne, że Bóg w szczególny sposób obdarzył Duchem Świętym i mocą Jezusa z Nazaretu. On, żyjąc na ziemi, czynił dobro i uzdrawiał wszystkich zniewolonych przez diabła, ponieważ wspierał Go Bóg" (Dzieje Apostolskie 10:38 PSZ). 

Kluczem do zrozumienia charyzmatycznej posługi Jezusa jest zaangażowanie w czynienie dobra. Jezus był człowiekiem czynu. Cuda były efektem bezpośrednim lub pośrednim zaangażowania w sprawy ludzi. 

Żydowskie pisma potwierdzają tę tezę. Za świętych uważano nie tych, co się izolowali i gdzieś na odludziu szukali doznań, raczej byli to ci, którzy szli między chorych, głodnych i skrzywdzonych, niosąc pomoc i pocieszenie. Sympatię wśród ludzi zdobywali poprzez swą dobroczynność. To wyraźnie odróżniało Jezusa od większości uczonych w Piśmie tamtych czasów. 

Znaki i cuda, których dokonywał Jezus były następstwem jego miłosierdzia, uwagi jaką poświęcał ludziom, praktycznego niesienia pomocy. Nie byłoby pomnożenia żywności, gdyby Jezus nie był poruszony głodem drugiego człowieka. Nie byłoby wskrzeszeń i uzdrowień gdyby Jezus nie był wstrząśnięty tragediami ludzi. Jego aktywne zaangażowanie w niesienie pomocy często kończyło się nadnaturalnym incydentem. 

Myślę, że Jezus nie wstawał rano z wizją kilkunastu uzdrowień, ale wstawał z pragnieniem polepszania świata, wspierania potrzebujących i niesienia przesłania miłości Bożej. Bycie charyzmatykiem, w tym kontekście oznacza coś więcej niż przejawianie duchowych charyzmatów. To przede wszystkim bycie człowiekiem czynu. Dobrego czynu. Jezus czynił dobrze, z tego powodu opisanych mamy w ewangeliach wiele fajnych historii. 

Dzisiaj spora część ruchu charyzmatycznego kojarzy mi się głównie z "ekspozycją" charyzmatów na konferencjach, w kościołach i na innych chrześciajńskich imprezach. 
Podczas gdy chrześcijanie charyzmatyczni prezentują swoje charyzmaty głównie w obecności innych charyzmatycznych chrześcijan, świat dalej umiera z głodu, z AIDS, z braku czystej wody. 

Gdyby chrześcijanie byli bardziej zaangażowani w karmienie głodnych, czy być może nie doświadczyliby czasem cudu pomnożenia żywności? 
Gdyby chrześcijanie byli bardziej zaangażowani w niesienie pomocy chorym na AIDS, malarię, trąd i inne choroby, czy być może nie zobaczyliby czasem cudu uzdrowienia? 
Gdyby byli bardziej obecni tam, gdzie są najbardziej potrzebni, czy być może nie doznaliby nadnaturalnego prowadzenia i niezwykłej Bożej ingerencji? 

Może jednak powinno się być bardziej charyzma-czynnym niż jedynie charyzma-tycznym? 
Oby się nam jak najszybciej znudziła gonitwa za samymi charyzmatami w oderwaniu od realiów chorego świata. Pan Bóg, jak zawsze, jest gotowy wspierać swą mocą tych, którzy idą do świata, by czynić dobro. Celem jednak musi być potrzebujący człowiek. 

Tylko w kontekście służby światu można mówić o właściwej służbie Bogu. Izolacja od świata jest aresztem dla osobistego rozwoju. Rozwinięte życie społeczne, codzienne oddanie się Duchowi Świętemu, dobre czyny motywowane współczuciem i sympatią to warunek pozytywnego kształtowania osobowości oraz prawdziwie charyzmatycznego chrześcijaństwa.