Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty

Na dobre i złe

Historia Izraela i Kościoła jest pasmem wzlotów i upadków. Jednego dnia Izrael w triumfalnym pochodzie przemierza Morze Czerwone. Za chwilę uśmiech znika z ich twarzy i pojawia się grymas niezadowolenia z powodu braku wody, cebuli i czosnku. Jednego dnia zdobywają potężną twierdzę, jaką jest Jerycho. Nie mija wiele czasu i przegrywają, pobici przez mieszkańców małego miasteczka Aj. Kościół nie wygląda wcale lepiej. Jak różne warstwy tortu, tak w historii Kościoła mamy okresy rozwoju, duchowego ożywienia, spektakularnych zwycięstw, by za chwilę doświadczać stagnacji, regresu, włącznie z totalną moralną degeneracją. 

W tym zmiennym i nieprzewidywalnym środowisku jedno pozostaje trwałą wartością - natura Stwórcy. Jego łaska i  miłosierdzie trwają na wieki. Jego wierność z pokolenia na pokolenie. Niewyczerpane są łaski Pana, bez końca trwa Jego dobroć, świeża i nowa każdego dnia. Nawet, gdy my przestajemy być wierni, On pozostaje wierny i niezmienny. 

Bóg jest miłosierny - oto najbardziej trafny opis Jego natury.
To znaczy nieograniczenie dobry. Miłosierdzie jest sumą wszystkich boskich zamiarów. W Nim jest sprawiedliwość, gniew, świętość, mądrość. Ale do nas dociera to wszystko w postaci miłosierdzia.  

Słońce mogłoby spalić Ziemię, ale do nas dochodzi w odpowiedniej dawce, dzięki okołoziemskiej atmosferze. Tą atmosferą w duchowym wymiarze jest boskie miłosierdzie. Wiara osadzona jest na pozytywnym fundamencie Bożej miłości. Miłosierdzie to nic innego jak miłość w praktyce.  

Skoro Stwórca jest miłosierny, czy to oznacza, że jest pobłażliwy i niekonsekwentny? Nic takiego. Jego sąd jest również formą miłosierdzia. Morskie perypetie Jonasza, kryzys Piotra, cierń Pawła, były przejawem boskiego miłosierdzia. Sąd ostateczny będzie aktem miłosierdzia. Stwórca wobec stworzenia jest zawsze i na wiele sposobów  miłosierny. 

Kościół jest demonstracją nieba na ziemi, a to oznacza, że jest idealnym miejscem do praktykowania miłosierdzia. Każda lokalna wspólnota jest historią Izraela i Kościoła w skali mikro. Jednej niedzieli jesteśmy tak naładowani, że prawie unosimy się nad wykładziną. Następna niedziela wydaje się zbiorowym nabożeństwem pogrzebowym. Doświadczamy cudowności Boga, gdy wspólnie celebrujemy Wieczerzę Pańską, gdy udzielamy chrztu wiary. Jednak niejednokrotnie w tym samym czasie przeżywamy ból spowodowany rozwodami, powrotami do nałogów i innymi ludzkimi kryzysami. 


W takich okolicznościach doświadczamy pokusy ucieczki. Stajemy przed wyborem porzucenia wspólnoty lub praktykowania miłosierdzia. Czasem to miłosierdzie ma wymiar dyscyplinarny, jednak zawsze ma na celu łaskę i uzdrowienie. Każdy ma aż nadto okazji, by uczyć się czym jest miłosierdzie. W ten sposób umacniamy wartości nieba na ziemi. Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny, naucza Chrystus. Miłosierdzie oznacza bycie z ludźmi kiedy im wychodzi i kiedy totalnie wszystko się wali. Kiedy się kochają i kiedy się rozwodzą. Kiedy są oddani i kiedy się buntują. Kiedy nas lubią i kiedy krytykują. Życie człowieka wierzącego to lekcja długoterminowego miłosierdzia, na wzór samego Boga. 

Potęga miłosierdzia

Dobro i zło koegzystują w świecie oraz w sercach ludzkich. Która wartość ostatecznie zwycięża? Leszek Kołakowski zauważa, że z każdego dobra można zło przyrządzić i nie zauważać samemu, że się cokolwiek stało, że nie można żądać ani życzyć sobie, by wszyscy byli doskonali. To prowadzi do wniosku trafnie sformułowanego przez Reinholda Niebuhra, że najgłębsza wiara w dobro życia nie może opierać się na wierze w dobro człowieka. 

Niebuhr pisze, że jeśli fundamentem jest ludzkie dobro, to taki optymizm dozna głębokiego rozczarowania. Wtedy romantyzm zmienia się w cynizm, jak to miało zawsze  miejsce w historii świata. Wiara chrześcijańska jest zupełnie  odmienna od takiego optymizmu. Jest ona zawierzeniem Bogu, który stworzył dobry świat – choć obecnie świat nie jest dobry – dobremu Bogu, wystarczająco potężnemu i dobremu, by zniweczyć zło wyrządzone przez ludzi i wybawić ich od grzechów, podsumowuje autor. 

Nadzieja pokładana w tym, że ludzka egzystencja ma sens, musi sięgać dużo głębiej niż wiara w ludzką nieskazitelność. Niepodważalnym faktem jest zepsucie każdej ludzkiej wartości. Z drugiej strony powinniśmy odrzucić  tendencję odrzucenia złego życia na korzyść dobrej wieczności. Radykalne rozróżnienie między dobrem pozaziemskim a złym życiem na ziemi jest sprzeczne z wiarą chrześcijańską. 

Boża dobroć jest obecna i widoczna w świecie. Dlatego życie jest warte przeżycia, a świat nie jest wyłącznie zły. Ponieważ Bóg jest zarówno Stwórcą jak i Zbawicielem, zło ostatecznie nie może zatryumfować nad dobrem. 

Najlepszym lekarstwem na gorycz zawiedzionej wiary w człowieka jest rozwianie złudzeń co do własnego „ja”. Na tym polega prawdziwa skrucha. Rodzi się w człowieku refleksja, że zło, jakie wyrządzają inni ludzie nie różni się bardzo od zła, jakie on sam wyrządza innym. Ostatecznie, jak stwierdza św. Paweł, wszyscy potrzebujemy Bożego miłosierdzia. Dopiero wtedy człowiek sięga do fundamentu wiary w zwycięską dobroć Boga. Rezygnacja z chluby z własnego dobra otwiera drzwi do prawdziwej dobroci Boga. 

Wiara osadzona jest na fundamencie pozytywnej natury Boga – Jego miłosierdziu. Idea Boga miłosiernego słusznie dzisiaj wyrasta ponad inne prawdy wiary. Trzeba światu pokazywać Boga bogatego w miłosierdzie. Miłosierdzie maluje ostateczną wizję człowieka, odkupionego przez Chrystusa. Teologia zatem to nie tylko nauka o Bogu, ale również o człowieku w odniesieniu do Boga. Wiara jest wypełniona nadzieją – buduje wizję człowieka odwołującego się do miłosiernego Boga. 
  
Wiara w zwycięstwo dobra nad złem jest oparta na praktycznym Bożym miłosierdziu ukazanym w śmierci i  zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. Kochaj Boga aż do utraty samego siebie – ta sentencja Augustyna jest sensem krzyża Chrystusa, w którym nastąpiło utożsamienie się całej grzesznej ludzkości z Jezusem z Nazaretu. Krzyż jest zarówno objawieniem ludzkiej grzeszności jak i Bożej miłości. W Chrystusie wszyscy na nowo staliśmy się „posłusznym Adamem”. Na krzyżu dokonał się sąd i ułaskawienie człowieka i świata.


Krzyż ma zbawczy sens, gdy budzi się świadomość własnej winy i boskiego miłosierdzia. W tym momencie grzech przestaje być barierą, a jego iluzoryczna moc znika. Krzyż jest znakiem miłości, przez którą Bóg jest oddany misji zbawienia świata. Modlitwa „zbaw nas ode złego” nie jest pustym religijnym sloganem, ale ma swoje oparcie w wydarzeniu krzyża. Pod chwilowym szaleństwem ludzkiego grzechu ukryte jest odwieczne boskie miłosierdzie, które już zwyciężyło i ostatecznie zatryumfuje. 

Przepis na życie

Życie jest największym darem jaki posiadamy. Jest naszym najcenniejszym kapitałem, bogactwem i przywilejem. Jest też jedyną okazją. Każdy dzień to niepowtarzalny prezent, którego drugi raz nie przeżyjemy. Kształt stopionej świeczki jest dzisiaj jedyny w ciągu milionów lat. Nasze rozmowy, posiłki, wydarzenia zastygają w przeszłości. 

Dlatego tak ważna jest zasada pełnego życia. To oznacza, abyśmy na obecnym etapie dali to, co najlepsze i żyli jak najbardziej pozytywnie. Dajmy z siebie wszystko, co w naszej mocy, aby to, co teraz, było pełne satysfakcji. 

Kiedy idę na basen, nie chcę by interesowało mnie nic innego. Moim celem jest jak najlepiej wykorzystać tę godzinę pływania. Ponieważ jestem mężem, ojcem, teologiem, pisarzem, pastorem, chcę to robić jak najlepiej.  
Jeśli mam wolny dzień, swój osobisty „szabat”, chcę go w pełni wykorzystać. Dlaczego nie zawsze mi to wychodzi? Ponieważ daję się złapać w pułapkę złego myślenia. 

Najgorsza rzecz to żyć w osaczeniu złymi myślami. Kiedy mówimy o tak zwanym pozytywnym myśleniu zwykle kojarzy się to z czymś sentymentalnym lub ze sztucznym uśmiechem sprzedawcy ubezpieczeń. Nie do końca zdajemy sobie sprawę jak ważna i poważna to sprawa.  

Okazuje się, że nasz sposób myślenia jest ważniejszy, niż może się to wydawać. Wyobraźmy sobie śmieszą sytuację, że nagle w parku spotykamy na swojej drodze niedźwiedzia. W tym momencie ponieważ jesteśmy przerażeni, włącza się w naszej głowie instynkt przetrwania i robimy jedną rzecz, czyli uciekamy. Badania potwierdzają, że człowiek w sytuacji stresu przestaje myśleć perspektywicznie. Negatywne impulsy redukują myślenie do podstawowych odruchów. 

To oznacza, że choć nie spotykamy się z niedźwiedziem, w sytuacjach gdy pozwalamy, by dominowały w nas negatywne myśli i uczucia, następuje selektywne ograniczenie zdolności i możliwości. Negatywne myślenie oznacza życie w bardzo zawężonym świecie, opartym na podstawowych instynktach przetrwania. Wtedy ma miejsce degradacja naszej kreatywności i zmniejszenie potencjału. 

Oczywiście w przypadku dobrego, optymistycznego myślenia, proces przebiega dokładnie odwrotnie. Ludzie myślący pozytywnie spotykając swojego „niedźwiedzia” będą mieć do wyboru szereg opcji, których nie bierze pod uwagę człowiek przestraszony.  

Kiedyś uczono, że droga do efektywności jest trudna i bolesna. Okazuje się, że nie jest to uniwersalną prawdą. Cele osiągają ci, którzy są szczęśliwi, zanim je osiągnęli. Dobre wewnętrze nastawienie jest zarówno drogą jaki i celem. Bycie pozytywnym przynosi dobre efekty, a w rezultacie stajemy się jeszcze bardziej pozytywni. Kto już ma szczęście, temu będzie dane więcej. 


Życie jest tym momentem. Jeśli nie korzystamy z tej chwili, to nie korzystamy z życia. Istnieje tylko teraz. Jak stać się człowiekiem bardziej pozytywnym? Szukaj sposobów na podnoszenie poziomu szczęścia - napisz wiersz, zagraj na gitarze, wyśpij się, wyjdź na spacer, wyjedź na weekend, zjedz coś smacznego, wycisz serce przed Bogiem, namaluj obraz, wyjdź do teatru. Twoje serce to nie tylko zwykła pompa. Dawaj jej regularnie coś więcej, a się odwdzięczy. 

Upokorzenia

Upokorzenia są częścią życia. Niedawno w przeciągu kilku minut trzykrotnie przy ruszaniu zgasł mi samochód. W środku siedzieli pasażerowie, których na codzień nie wożę. Mam prawo jazdy od trzydziestu trzech lat. Poczułem się upokorzony. Nie takie umiejętności chciałem zaprezentować. Ich przemilczenie faktu było wymowne. 

Jak reagujemy na upokorzenia? Buntujemy się przeciw nim. Mesjasz powiedział do upokorzonego Saula z Tarsu:  „Trudno będzie ci wierzgać przeciw ościeniowi”.  

Oścień to ostre widełki osadzone na drewnianym trzonku, służące w dawnych czasach do połowu ryb. Konstrukcja ościenia na tym polegała, że im mocniej ryba złapana w oścień wierzgała, tym bardziej cierpiała i traciła siły. 

Walka przeciw własnemu cierpieniu powoduje jeszcze więcej cierpienia. Oto wniosek, do którego doszli współcześni naukowcy. Twierdzą, że powodem nerwic, stresów i depresji jest fakt, że ludzie dzisiaj nie chcą zaakceptować żadnego cierpienia. Żyjemy w kulturze wypierającej cierpienie, ale efekt jest odwrotny - gromadzimy go w sobie coraz więcej. 

Zauważam dwa powody „wierzgania” u wierzących: teologiczny (duchowy) i psychologiczny (emocjonalny). 

Po pierwsze, całym cierpieniem bezrefleksyjnie obarczamy szatana i chcemy przez modlitwę jak najszybciej się tego pozbyć. Nawet apostoł Paweł najpierw poszedł w tym kierunku, a być może chciał wykluczyć tę przyczynę. (2 Kor.12,7-10). Paweł modlił się trzy razy przeciw swojemu cierpieniu, ale w końcu zdobył się na głębszą refleksję. Wsłuchał się w Boże serce. Wydaje się, że ostatecznie zrozumiał, że stoi za tym większy, nie do końca rozumiany, Boży plan. 

Brakuje nam pozytywnej teologii koniecznego cierpienia. Zbyt często z automatu łączymy cierpienie z atakiem na nasze życie. Czytamy księgę Hioba zbyt dosłownie, nie zauważając pewnej starożytnej symboliki, jak choćby targowania się szatana z Bogiem. Autorzy tej księgi też przecież próbowali zrozumieć istotę cierpienia. 

W naszym cierpieniu jest coś głębszego, niż się wydaje. Jesteśmy złączeni z Chrystusem w Jego cierpieniach i śmierci. Powstaliśmy do nowego życia. Ta duchowa prawda materializuje się w naszym życiu poprzez szereg dziwnych sytuacji, które prowadzą do śmierci naszego „ja”. 
Nasze ego potrzebuje być regularnie upokarzane. 

Jeden z moich ulubionych autorów pisze, że modli się o jedno upokorzenie dziennie, by móc zobaczyć własną reakcję. Upokorzenia zostają przez Ducha pozytywnie wykorzystane. Prowadzą do zdetronizowania „ja” pełnego dumy i posadzenia na tronie Chrystusa. Aby człowiek mógł powiedzieć, że żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus. Drugi powód omówimy przy innej okazji. 


Życzę każdemu naśladowcy Mesjasza wielu wspaniałych upokorzeń

Ukryty sens cierpienia

Teolog Lesslie Newbigin pisał o obecności „ukrytego Królestwa” przenikającego historię. Sens wiary chrześcijańskiej, często ukryty, z czasem objawia się w życiu społecznym. Dzieje się to za sprawą zmartwychwstałego Chrystusa. Możemy powiedzieć, że ostatecznie wszystko kiedyś będzie mieć sens i znaczenie, nawet jeśli dzisiaj jeszcze tego nie widzimy.

Jedną z kwestii, będącą jak dotąd głęboką tajemnicą jest cierpienie. Należy podejść do problemu cierpienia z dużą pokorą, ponieważ otacza go jakiś sekret. Ukryty sens cierpienia pozostaje w dużej mierze ukryty. 

Prędzej czy później przychodzi w życiu każdego z nas jakieś wydarzenie, spotkanie, osoba, relacja, okoliczność, tragedia, śmierć, z którymi nie umiemy sobie poradzić. 
Dochodzimy do miejsca, w którym kończą się nasze siły, pomysły, ludzkie możliwości. Gdy wiemy, że nic nie wiemy.  

Jesteśmy jak Titanic zderzający się niespodziewanie ze skałą i czujemy, że idziemy na samo dno. Dla ludzi wiary tą „podwodną skałą” może być dorosłe dziecko poza kościołem, separacja, rozwód, przewlekła choroba, trudne relacje, utrata pracy, wypadki losowe.  

Z drugiej strony nie muszą to być aż takie tragedie. Każdy dzień niesie z sobą „własne troski”, jakąś dozę cierpienia.  
Dlaczego tak jest i czy to ma jakiś głębszy sens? 

Na podstawie życia wielu biblijnych i poza biblijnych postaci możemy wywnioskować, że dobrze przyjęte cierpienie jest sposobem pokonywania buntowniczego „ja”, ludzkiego egocentryzmu. Dobra postawa wobec cierpienia prowadzi do zmiany naszego życia i umożliwia przejście do głębszej duchowości. 

To oczywiste, że gdy wszystko idzie po naszej myśli, utwierdzamy się w przekonaniu o własnej świetności.  
Nikt z nas nie decyduje się na trudne zmiany, jeśli nie jesteśmy do tego zmuszeni. Szukamy raczej azylu, pod kocem, przy kominku (piszę akurat późną jesienią). 

Nikt, kto odnosi sukcesy nie ma ochoty zmieniać swojego życia. Jest nam wtedy ze sobą bardzo dobrze. Czujemy się pewnie, pod kontrolą. Gdyby nie bardzo trudne wydarzenia, sami z siebie nie stalibyśmy się innymi ludźmi.  

Człowiek naturalnie dąży do celów na własnych warunkach, a w ten sposób rozrasta się egoizm pod przykrywką duchowości, bohaterstwa, hojności, służby w kościele. 
Wszyscy lubimy mieć pełną kontrolę nad życiem. Jedynie Bóg wie, jak pokonać nasze ego. Niestety nigdy nie odbywa się to bezboleśnie. 

Harde „ja” musi być upokorzone, złamane, rozłożone na łopatki, musi poczuć, że dostaje baty, że umiera. Nikt nie lubi być upokorzonym. Dlatego fizyczna śmierć ma głęboki sens, ponieważ jest największą szansą dla człowieka, by się w końcu poddać i przegrać. 

Nasze życie jest zbyt cenne, by Bóg pozostawił je na pastwę twojego i mojego egoizmu. On coś w nas rozpoczął i obiecał, że doprowadzi to do końca. Efekt kiedyś będzie cudowny. Obecnie dopiero się stajemy. Nie wiemy jeszcze kim będziemy, gdy przejdziemy całą drogę. Nie wiemy kim byśmy byli, gdyby nie droga, którą On nas prowadzi.  

Nowe narodzenie

Cechą dorosłości jest obecność życia i śmierci. Dojrzałość to rozwój życia, a równocześnie jego zanik. Człowiek dorosły ma pełniejsze życie niż dziecko, posiada większą wiedzę, głębsze rozumienie życia, bogate doświadczenie, mądrość. 


Jednak równocześnie ma miejsce utrata życia. Człowiek dojrzewa, ale się starzeje. Zanika coś z wyobraźni, pogody ducha, umiera dziecięca prostolinijność i pasja rozwoju. W ich miejsce pojawia się stres, cynizm, katalog rozczarowań, nieufność, ironia, tradycja i zahamowanie rozwoju. 


Ponieważ dojrzałość powoduje ogólny zanik życia, trzeba coś odzyskać i utrzymać z geniuszu dziecka. Dlatego Jezus mówił o pewnego rodzaju narodzeniu się na nowo. To nowe narodzenie jest symbolem zupełnie innego stylu życia. 


Jezus rozmawiał z wieloma ludźmi, a jedynie podczas spotkania z Nikodemem posłużył się obrazem narodzenia na nowo. Dlaczego? Być może z tego powodu, że tamtej nocy Jezus spotkał człowieka za bardzo dorosłego. Wydaje się, że Nikodem potrzebował odzyskać coś z dziecka. 

 

Narodzenie na nowo dla wielu chrześcijan kojarzy się przede wszystkim z jednorazowym duchowym przeżyciem - takim osobistym oświeceniem, nawróceniem. Mówimy o momencie narodzin z Ducha. Jest to jeden z wielu biblijnych obrazów, ilustrujących relację człowieka z Bogiem. Obraz stania się dzieckiem Bożym często pojawia się w Biblii. 


Jednak w szerszym kontekście, chodzi również o coś życiowego - odzyskanie natury dziecka. Jezus powiedział, że jeśli nie staniemy się jak dzieci, nie wejdziemy do Jego królestwa. Nowe narodzenie staje się stylem życia. Nie można pozostać osobą infantylną, ale trzeba w pewnym sensie stać się jak dziecko, będąc dojrzałym człowiekiem.


Nikodem z pewnością potrzebował odzyskać prostotę dziecka. Jego poziom wiedzy skomplikował mu życie i utrudniał relację z Bogiem. Być może brakowało mu również radości dziecka. Rozwój intelektualny, praca zawodowa, zmienia wielu radosnych nastolatków w śmiertelnie poważnych dorosłych. 


Wydaje się, że skoro Nikodem szukał rady u Jezusa, potrzebował odzyskać dziecięcy wewnętrzny spokój. Dziecko nie wojuje z samym sobą, żyje w harmonii. Im bardziej rozwija się rozum, tym mniej spokoju w człowieku. Nasila się egoizm, napięcie, wewnętrzny konflikt. Człowiek z wiekiem zniechęca się też do samego siebie. Dziecięcy egocentryzm zmienia się w poważny egoizm.  


Ten znany żydowski nauczyciel bardzo potrzebował odzyskać szczerość dziecka. Osoba dorosła zdaje sobie sprawę z własnych słabości, stąd uczy się mieć dobrą minę do złej gry. Dojrzałość jest trwale skażona nieszczerością. To jest droga każdego Adama i każdej Ewy. Wszyscy rodzimy się w raju niewinności i dojrzewając wpadamy w obłudę, zasłaniając swoje wady czym się tylko da.  


Przesadna dorosłość jest równie zła jak chorobowy infantylizm. Dojrzałość pozbawiona cech dziecka, wpędza ludzi w fanatyzm, w małostkowość, nadętą powagę, egoizm. Jednak przede wszystkim zaślepia na życiodajną relację ze Stwórcą, który jest kochającym Ojcem. Tylko dziecko może doświadczyć tej zbawczej miłości. 


Bez zapowiedzi

Kilka tygodni po śmierci Jezusa w Jerozolimie zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Pojawiły się incydenty, które jednych ucieszyły, innych zdziwiły, a niektórych nawet zaniepokoiły. Ewidentne działo się coś nowego.  


Jednym z pierwszych takich wydarzeń była sprawa pewnego sparaliżowanego żebraka, znanego w mieście, ponieważ okupował najlepsze żebracze stanowisko. Zbierał datki przy samej bramie świątyni. Gdzie człowiek jest bardziej skłonny dać ubogiemu, jak nie w takim miejscu? 


Dwóch ludzi (jak się potem okazało, wyznawców zabitego niedawno Jezusa z Nazaretu), wchodziło do świątyni. Zaczepieni przez żebraka, dokonali autentycznego cudu. Człowiek sparaliżowany zaczął normalnie chodzić. Zrobiło się spore zamieszanie, dużo śmiechu, komentarzy, wielu zdziwionych, ale znalazło się też jak zwykle kilku niezadowolonych, którzy donieśli o całym zajściu kapłanom. W rezultacie dwóch "cudotwórców" ląduje w areszcie, aż do wyjaśnienia sprawy. 


Według relacji Łukasza, powodem niezadowolenia było opowiadanie o tak zwanym zmartwychwstaniu Jezusa. W sumie było to słuszne oburzenie, gdyż rzeczywiście Bóg wkroczył w historię ludzkości w wyjątkowy sposób, bez zapowiedzi.   


Bóg wszedł w naszą historię w dziwny, zaskakujący, nieprzewidywalny sposób. Ta nowa moc zmartwychwstania zakłóca ludzki porządek, narusza nasze zasady, zwyczaje, jest intruzem, który wciska się do naszego fajnego życia. Bóg porusza się łamiąc ludzkie ograniczenia. Wpada na nas bez zapowiedzi. 


Obecność Zmartwychwstałego jest na tyle realna, by wierzyć i na tyle subtelna, że można ją zlekceważyć. Gdybym wybrał się z myśliwym na polowanie, miałbym trudniej, ponieważ nie mam nawyków myśliwego, który dostrzega dużo więcej, niż zwykły człowiek. On widzi subtelne znaki, gdy dla mnie to jeden wielki las. Rozpoznaje ślady stóp, nadłamane gałęzie, czarne kulki (które nie są do jedzenia), jest wyczulony na nieoczywiste sygnały. 


Dlatego kto szuka, ten znajdzie. Ale trzeba chcieć szukać. To, co dla niektórych jest sygnałem o Bogu, dla innych jest zwykłym zbiegiem okoliczności. Subtelna obecność mocy zmartwychwstania czyni na świecie dziwne rzeczy. Sprawia życie tam gdzie jest śmierć, niesie uzdrowienie, daje nadzieję w miejsce rezygnacji. 


Ta moc jest w świecie, choć w sposób mało oczywisty. Pociesza, przynosząc światło w tunelu. Zadziwia, gdyż rzeczy nie dzieją się według schematu. Przeraża, burząc nasze bezpieczne, spokojne życie. Jest jak dziecko, które nagle wyskakuje przy gościach z nieuzgodnionym wcześniej komentarzem. Świat nie jest w stanie tego zatrzymać. 


Człowiek chce dobra, ale tego, które sam osiągnie. Nasze ego obawia się czegoś większego od nas, poza naszą kontrolą. Zmartwychwstanie wskazuje na fakt, że to nie człowiek rządzi światem i historią. Jest coś ponad i poza nami. To doprowadza nas do niepewności. Zabiera prawo kontroli nad życiem. Bóg w każdej chwili może wejść w nasze życie bez zapowiedzi. Nikt i nic tego nie zatrzyma.  


Tak, wierzę! Cz.4


Jednym z zarzutów nowego ateizmu wobec wiary, jest nieokreśloność przekonań religijnych. Jeśli osoba wierząca mówi ateiście: "Wierzę, gdyż mam rację. Bóg mi to pokazał. Mam coś, czego ty nie masz" - to są to argumenty nie do obalenia, ale też uniemożliwiające rzetelną komunikację. 

Troska o ludzkość motywuje więc nas do prezentowania postawy poszukiwania zamiast posiadania prawdy. Człowiek wiary to człowiek w drodze. Prawdę odkrywamy cały czas, dzień po dniu, uczymy się przez całe życie. Jeśli ktoś chce posiąść całą prawdę na raz - znajdzie ją w pierwszej lepszej sekcie. Wiara w Stwórcę wymaga pokory, by móc wyznać "wiem, że nie wiem". W tym zawarta jest nie tyle ślepa ignorancja, co raczej zaufanie do Stwórcy, który jest ukryty, tylko częściowo odkodowany w stworzeniu, fizycznie objawiony w Mesjaszu, a zarazem tak wielki i wszechobecny, że stoimy zbyt blisko, by Go zobaczyć. Augustyn powiedział: "Jeśli rozumiesz, to znaczy, że nie jest to Bóg" (Si comprehenderis, non est Deus). Przesłanie wiary nie może być prezentacją arogancji, że wiemy wszystko. Tak więc, pomiędzy relatywizmem (nie istnieje najwyższa prawda), a absolutyzmem (moja prawda jest najwyższa), istnieje pokorne podążanie za prawdą, która jest zawarta nie w jednej religii, ale jednej osobie - w Chrystusie.  

Na koniec, warto pamiętać, że wiara w Boga nie jest ustanowionym raz na zawsze zbiorem zasad. Droga wiary nie jest sztywnym kodeksem, ale opowiadaniem, które trwa i jeszcze się nie skończyło. Dopiero kiedyś nadejdzie ostatni rozdział i zostanie powiedziane ostatnie słowo tego opowiadania. W ciągu ostatnich dwóch tysięcy lat zrobiono z opowiadania wiary zbiory paragrafów, przeciwnych sobie, które podzieliły naśladowców Chrystusa na tysiące frakcji. Każda oczywiście uważa, że kodeks ich "plemienia" jest jedynie słuszny. W rezultacie chrześcijaństwo stało się platformą ścierania się różnych od siebie kodeksów, powodując zamieszanie, zamiast być światłem w świecie. Czy zdołamy powrócić do prostego opowiadania o Jezusie?  

Wiara w Stwórcę jest najbardziej logicznym wytłumaczeniem sensu życia i istnienia świata. Takie cechy jak miłość, kreatywność, rozwój intelektualny, sumienie, wskazują na Inteligentną Osobę. Według nauk fizyki mamy kilkanaście stałych, dzięki którym istnieje życie. Wystarczyłoby bardzo małe odchylenie jednej z nich, by wszystko runęło. Zbieg okoliczności? Bycie ateistą też wymaga wiary, ponieważ nie można udowodnić, że Boga nie ma. Można zdecydować, że Go nie ma, ale tego nie da się potwierdzić. To nie jest kwestia obliczeń, jak na przykład czy ziemia jest płaska czy okrągła. Ateizm jest tak samo formą wiary, jak każda religia, (która jest określonym zestawem wierzeń, wyjaśniającym sens życia). Dlatego ateista też jest na swój sposób osobą religijną. Ateizm, tak samo jak teizm, jest wyborem serca, niepodlegającym naukowej weryfikacji.

W poszukiwaniu sensu życia warto zastanowić się nad wiarą w niewidzialnego Stwórcę, który uchyla rąbek swojej Istoty w otaczającym nas świecie. W końcu wiara to pewnego rodzaju loteria. Jednak, jak powiedział Blaise Pascal: "Lepiej wierzyć w coś, czego nie ma, niż nie wierzyć w coś, co jest". Ostatecznie, jeśliby się kiedyś okazało, że Stwórca nie istnieje, nic nie tracimy. Jeśli jednak okaże się, że On istnieje? 

Tak, wierzę! Cz.2

W jaki sposób chrześcijanie mogą praktycznie bronić i promować wiarę w obliczu współczesnej fali nowego ateizmu? Między innymi poprzez inwestowanie w obszary tworzące kulturę. Europejskie chrześcijaństwo funkcjonuje coraz bardziej na marginesie kultury świata. Można przejść bliżej centrum, nie wstydząc się swojej wiary, ale potrafiąc komunikować się w środowiskach świeckich. Według Jamesa Davisona Huntera, autora książki To change the world - The Irony, Tragedy, and Possibility of Christianity in the Late Modern World  (Zmienić świat - ironia, tragedia i możliwość chrześcijaństwa w dalece nowoczesnym świecie), istnieją trzy główne obszary tworzenia kultury. 

Pierwszy, to obszar prawdy. Oznacza to, co jest teraz, czyli wiedza, edukacja, informacja, media. Można się bardziej zaangażować w ten obszar na poziomie akademickim, globalnie oraz lokalnie, w mediach społecznościowych, lokalnej prasie, telewizji. Istnieją dzisiaj wpływowe stacje telewizyjne i radiowe, wpływowe blogi, które kształtują kulturę. Chrześcijanie nie powinni się wstydzić swojej prawdy. Istnieje na przykład bogata literatura, która potwierdza historyczną autentyczność Ewangelii. Naukowe artykuły, książki, programy telewizyjne, portale internetowe są dobrymi kanałami promowania wiary. 

Podobnie ma się rzecz z dowodami na istnienie Jezusa, co próbują podważyć ateiści. Żydowski historyk Józef Flawiusz oraz inni kronikarze tamtych czasów opisują postać Jezusa. Żyli oni w czasach Jezusa, albo wkrótce po Nim. Nikt z nich nie był chrześcijaninem. Nie mieli więc żadnego interesu, by informować ludzkość o Jezusie. Robili to z prostej przyczyny - opisywali zaistniałe fakty. Skoro nikt z nas wtedy nie żył, aby osobiście sprawdzić istnienie Jezusa, musimy w tej sprawie polegać na świadectwach historycznych, które są aż nadto przekonujące. Również fakt, że nie istnieje żaden spisany dokument z tamtych czasów, który negowałby życie Jezusa, stanowi dowód historyczny, że On na prawdę żył na ziemi. Pierwsi chrześcijanie byli gotowi za tę prawdę męczeńsko umierać.  

Drugi, to obszar dobra. Oznacza, co powinno być, czyli moralność, prawo, psychologia, filozofia, aktywność społeczna. W tym obszarze również można być aktywnym zarówno na uczelniach, w środowiskach wymiaru sprawiedliwości, ale też oddolnie pomagając ludziom poszkodowanym, poprzez profilaktykę społeczną, tworząc inicjatywy charytatywne, działania wolontariatu. Co by nie mówić o Jurku Owsiaku, bezsprzecznie stworzył coś wspaniałego w obszarze dobra społecznego. Chrześcijanie są i nadal powinni być takim głosem w świecie. Czy nie jest to wypełnieniem zadania, by być solą i światłością świata?

Jednym z argumentów nowego ateizmu jest powszechna szkodliwość społeczna religii. Rozumiemy oczywiście, że ani Bóg, ani religia nie mogą być pretekstem do usprawiedliwiania przemocy, czy powodowania krzywdy. Tak jak jest prawdziwa wiara, tak też jest pseudowiara, fałszywa forma religijna, toksyczna w praktyce. Nie zmienia to jednak faktu, że prawdziwa wiara jest społecznie pożyteczna. Ludzie wierzący czynią wiele dobra, ponieważ są umotywowani religijnie. Można być moralnym i odpowiedzialnym człowiekiem nie będąc osobą wierzącą, jednak znacznie częściej akty miłosierdzia na świecie mają podłoże wiary. Współcześni ateiści nie chcą zauważyć, jak wiele dobra ludzkość zawdzięcza religii. Szpitale, domy opieki, jadłodajnie, sierocińce, szkoły. To tylko przykład ogromnego wkładu, jaki chrześcijanie i ludzie innych religii włożyli w społeczeństwa. 

Trzeci, to obszar piękna. Oznacza to, co można sobie wyobrazić, czyli sztuka, literatura, poezja, teatr, taniec, muzyka, muzea, galerie. To niesamowita przestrzeń, w którą mogą wejść ludzie wierzący, oddani innym, praktykujący swoją wiarę w piękny sposób. Takie zespoły muzyczne na polskiej scenie jak Arka Noego, TGD są przykładem wspaniałych działań w obszarze piękna. Wiara w wieczność nie sprawia, że chrześcijanie przestają się interesować życiem na ziemi. Właśnie z powodu wiary w życie wieczne, tym bardziej się interesujemy losem i pomyślnością człowieka. Prawdziwa wiara nie ma nic wspólnego z eskapizmem, ale cechuje się tym, by "oddać cesarzowi to, co cesarskie, a Bogu to, co boskie" (Mt 22,21). W przypadku podejścia materialistycznego, moralność, empatia i piękno nie mają takiego znaczenia, gdyż i tak za chwilę umrzemy i znikniemy na zawsze. Jednak dzięki wierze postrzeganie życia i piękna ma wymiar dużo szerszy - chcemy żyć dobrze, ponieważ nasze uczynki idą z nami do wieczności. W ten sposób wiara tworzy więcej piękna na ziemi. Mimo porażek, wiara chrześcijańska wciąż jest siłą, prowadzącą świat ku dobru. 

Historia pokazuje wiele inspirujących przykładów zaangażowania w tworzenie kultury. Święty Paweł - przemawiał w Atenach na wzgórzu Marsa, w samym centrum produkcji kultury. Mikołaj Kopernik - łączył wiarę i naukę, współtworzył kulturę. Wpływ takich postaci nie spowodował szybkiej zmiany świata, ale przyczynił się do zapoczątkowania przemian oraz powstania ruchów, które w końcu doprowadziły do nowej społecznej rzeczywistości. Dzisiaj Grecja jest krajem chrześcijańskim, a dzieła Kopernika okazały się bezcenne. 

Drżenie duszy

Zacznę to rozważanie od niepojętej dla człowieka natury Boga. Warto pamiętać, że nasze współczesne rozumienie Jego istoty jest pod silnym wpływem kultury greckiej. Wczesne chrześcijaństwo było już tym naznaczone. 

Augustyn nauczał, że Trójca, to trzy osoby jednej substancji pozostające w jedności. Tomasz z Akwinu w XIII wieku pisał, że Bóg jest substancją, w obrębie której jest wspólnota. Bez wchodzenia w szczegóły teologii i filozofii, mówiąc skrótowo, ta "substancja" to coś, co jest niezależne od wszystkiego innego, coś co stanowi własne istnienie. 

Jeśli Bóg jest substancją i ja jestem substancją, to jesteśmy od siebie oddzieleni - jak ja od mojego tabletu. Między mną, a tabletem istnieje jakaś forma kontaktu, która jednak nie jest głęboka. Tablet nie jest we mnie, ani ja w nim. 

Przez wieki wykształtowały się wokół nas przekonania, nacechowane silną odrębnością. Szczególnie współcześnie cenimy sobie indywidualność, bardziej od przyjaźni, od jedności. To wszystko spowodowało, że dzisiaj patrzymy na Boga, podobnie jak ja na tablet. Czasem wydaje się nam, że jesteśmy od Stwórcy oddzieleni, niedopasowani, a jeśli wierzymy, że On jest, to bardziej w kategoriach, że jest z nami, niż w nas. Efektem takiego myślenia jest brak większego wpływu wiary na nasze życie. 

Kiedy Mesjasz rozmawiał z Samarytanką, powiedział, że Bóg jest duchem. Jednocześnie jest osobą - choć to jest poza naszym rozumem. Duch przenika wszystko cały czas. Dlatego Jezus mówił, że jest jedno z Ojcem. 

Może czas przypomnieć sobie słowa Mesjasza - Bóg jest duchem przenikającym każdą komórkę naszych ciał, każdą ludzką myśl, każdy atom we wszechświecie. Jeśli sobie uświadamiamy, że istotą Boga jest przenikanie, wtedy naturalny jest Jego wpływ na naszego ducha, duszę i ciało - na całe życie.  

W pierwszym rozdziale Biblii, w historii stworzenia, Bóg wszystko nazywa dobrym oprócz oddzielenia. Istotą Stwórcy jest przenikanie, nie oddzielanie. Dlatego jedność i wspólnota jest owocem Ducha. Podziały i nieprzyjaźń to postawy przeciwne Stwórcy.  

Teraz przejdźmy do natury człowieka. Nasz stan emocjonalny jest ustawicznie zmienny, jak kurs waluty, jak pogoda. W ciągu jednego dnia doświadczamy większości popularnych dzisiaj "buziek". Mają na to wpływ dobre i złe okoliczności, ale przede wszystkim nasze własne myśli. Zdrowie nie oznacza posiadania jednego stałego nastroju. Stwórca stworzył nas z wieloma emocjami (co szczególnie pięknie widać u kobiet).

Na czym więc polega emocjonalne uzdrowienie? Nikt tego do końca nie wie. Ale możemy mówić o harmonii - myśli, uczuć i zachowań. Zdrowie duszy, z biblijnego punktu widzenia, to umiejetność powrotów do nadziei, wiary, miłości. Czemu drżysz we mnie, duszo moja... Ufaj Bogu, gdyż jeszcze chwalić Go będę! (Psalm 42:6,12). 

Kiedy z podróży wracasz do domu 
Kiedy po pracy możesz odpocząć 
Kiedy po długim dniu kładziesz się spać 
Kiedy po szczerym płaczu lub śmiechu, wyciszysz się 

Świadomość Jego obecności w nas, jest źródłem zdrowia. Myślenie o Tym, który wszystko przenika, jest sensem wiary. Niekiedy bardziej dbamy o kontakt z kotem i psem, niż z Mesjaszem. Im większa świadomość Jego przenikającej obecności, tym spokojniejsza nasza dusza. 

Sztuka życia

Stanley Hauerwas, który przez magazyn "Time" został uznany w 2001 roku za najlepszego teologa Ameryki, powiedział, że powinniśmy tak żyć i tak umierać, by nie było widać w tym sensu, jeśli Jezus nie zmartwychwstał. 

Podobnie ponad sto lat temu wyraził się duński myśliciel, Soren Kierkegaard: "Czyż jest coś bardziej niepraktycznego, niż śmierć za prawdę? Czyż jest coś bardziej głupiego niż rezygnacja z własnych korzyści? Czyż jest coś bardziej ośmieszającego niż utrudnianie sobie życia i bycie wynagradzanym cierpieniem? Oszukujemy siebie mówiąc, że bierność jest skromnością. Nie, nie! Nie iść na przód to robić z Boga głupca - ponieważ to, na co czeka Bóg, to twoje kroki do przodu."

Tak więc życie wiary, to misyjny artyzm, totalna awangarda, życie nie tyle pod prąd, co wręcz tworzenie nowego koryta rzeki. Naśladowanie Mesjasza wymaga od nas nieprzywiązywania się do dotychczasowego stylu życia, a w zamian kreowania własnego świata, nienaśladowania religijno - kościelnej rzeczywistości, ale szukania odrębnego języka wyrazu naszej wiary (I Piotra 2:9-12).  

Każdy chrześcijanin jest powołany do artystycznego życia wiary. Nie chodzi jedynie o smak, estetykę, piękno. To też ważne. Ale ważniejsze jest odważne i twórcze tworzenie nowej rzeczywistości. Dzięki Mesjaszowi otrzymaliśmy, nowy status - Lud Boży. To oznacza, że zostaliśmy przyłączeni do wspólnoty Izraela, by być razem z Żydami boskim neonem - reklamą nieba na ziemi. Staliśmy się dla zagubionego świata specjalną jednostką informacyjno - ratunkową. Nie mówimy więc ludziom jak mają żyć, ale pokazujemy, jak my żyjemy - nie jesteśmy wykładowcami, ale modelami.  

Zbyt często Kościół zapominał o swoim przeznaczeniu i bardziej chciał pouczać niż prezentować. Chciał zbawiać i potępiać, zamiast kierować w stronę Zbawiciela. Naszą odpowiedzialnością jest świadectwo, a nie jego efekt.  

Jesteśmy powołani do innego standardu pracy, małżeństwa, wychowania dzieci, miłosierdzia. Dlatego argumentem wierzących nie tyle są wersety z Biblii, co sztuka życia. Żyjemy w czasach, w których ludzie coraz bardziej szukają duchowości, a równocześnie odwracają się od instytucji kościelnych. Nie chcą moralizowania, ale spotkania z niebiem na ziemi. 

Boga ani świata interesuje tak bardzo nasza interpretacja Apokalipsy - czy wierzymy dosłownie lub symbolicznie. Dzisiaj ważne jest co pokazujemy swoim życiem. Czy ogłaszamy pojednanie zamiast potępienia? Czy współpracujemy z Bogiem w dziele ratowania świata? 

Żyć tak, by nie było widać w tym sensu, jeśli Jezus nie zmartwychwstał. Żyć niepoprawnie politycznie. Żyć na przekór ludzkiej zachłanności. Umieć umierać, by żyć pełniej. Umieć dawać, by przy zmartwychwstaniu coś wziąć. 

Wiara jest sztuką narysowania Boga barwami swojego życia. Jest tańcem niebiańskiej radości, odgrywaniem swojej roli na scenie świata. Wierzę w zmartwychwstania - Jezusa i nasze. Dlatego chyba warto zainwestować wszystko co się ma i kim się jest. 

Pod obłokiem

Naśladowanie Mesjasza przypomina wędrówkę Izraela z Egiptu do ziemi obiecanej - był czas marszu i czas postoju. 

...A ilekroć obłok wznosił się znad Namiotu, to synowie izraelscy wyruszali za nim, a w miejscu, gdzie obłok się zatrzymał, tam synowie izraelscy stawali obozem. Synowie izraelscy wyruszali na rozkaz Pana i na rozkaz Pana stawali obozem, i przez cały czas, gdy obłok pozostawał nad przybytkiem, również i oni stali obozem. Nawet wtedy, gdy obłok przez długi czas pozostawał nad przybytkiem, synowie izraelscy przestrzegali wskazań Pana i nie wyruszali... (4 Mojżeszowa 9:17-19). 

Życie wiary składa się z tych dwóch czynników - działania i zatrzymywania się, dążenia do celu i pozostawania w miejscu. Obydwie postawy są równie ważne. Nie można ustawicznie maszerować, nie powinno się też całe życie siedzieć w tym samym miejscu. Potrzebna jest zarówno aktywność jak i pasywność, działanie oraz zatrzymanie się. 

Czym jest czas marszu? Jest wyjściem poza to, co znane - krokiem wiary na pograniczu ryzyka. Wchodzeniem na nową przestrzeń, w której Bóg ma nieznane dla nas wcześniej dary, lekcje i zwycięstwa. Marszem jest apostolstwo - nasze misyjne przeznaczenie. Idziemy do świata z przesłaniem miłości i pojednania - w miejsce Chrystusa sprawujemy służbę ogłaszania i manifestowania królestwa Bożego. Wchodzimy w nowe relacje, odwiedzamy kolejne rodziny, inicjujemy nowe wspólnoty wiary. Kiedy obłok się podnosi, nie możemy pozostać w miejscu. Należy wyruszyć, iść, działać. Jesteśmy powołani, by przebywać, przenikać i przemieniać. Krok za krokiem. Dzień za dniem. 

Czym jest czas postoju? Jest tak samo potrzebny jak działanie. Bóg zatrzymuje nas z różnych powodów. Na przykład po to, byśmy uniknęli moralizatorskiej pychy. Działanie łatwo zamienia się w samouwielbienie. Do tego dochodzi pogarda wobec innych, mniej aktywnych. Moralizowanie kładzie nacisk na ludzkie osiagnięcia. Bóg schodzi na dalszy plan. Rodzi się przekonanie, że jesteśmy w stanie dać sobie radę i słusznie ocenić każdą sytuację i każdego człowieka. Lubimy działać. Kochamy sukces. Ale im większy sukces, tym dłuższy cień. Czasem obłok się nie unosi - należy się zatrzymać, pozostać w miejscu. Zatrzymanie pomaga wrócić do łaski, uporządkować życie, skrócić cień. 

Bóg zatrzymuje, ponieważ chce do nas mówić. Jesteśmy  tak zajęci, że nie słyszymy. A przecież Duch Święty nie tylko posyła, ale również uczy, wprowadza w prawdę, udziela instrukcji - trzeba się wyciszyć, zatrzymać i słuchać. 

Bóg zatrzymuje, gdyż mamy innych póścić przodem. Jak policjant kierujący ruchem na skrzyżowaniu - Duch Święty jednych zatrzymuje, by innych zaangażować. Nasze zatrzymanie jest częścią większego Bożego działania na ziemi. Jeśli się zatrzymamy, nie nastąpi żadna katastrofa - w tym czasie Bóg uruchomi tych, którzy mają uczynić coś więcej i inaczej. 

Kluczem jest nasza wrażliwość - by żyć ze świadmością boskiego obłoku. Codziennie uczymy się kiedy iść i kiedy stać. Potrzebujemy odwagi, by ruszać w nieznane i pokornej cierpliwości, by się zatrzymać, szczególnie na dłuższy czas. Żyć pod obłokiem - wbrew oczekiwaniom innych i własnego ego. 


Religijne lenistwo

Z religią jest trochę jak z nieudanym małżeństwem (w czym nie mam doświadczenia, ale coś widziałem i słyszałem), gdy razem jest źle, ale osobno jeszcze gorzej. Zanim przeanalizujemy kłopoty, coś na pocieszenie - pozytywnym aspektem jest możliwość kultywowania otwartości na łaskę, nawet w najbardziej tradycyjnym religijnym środowisku. Łaska zwycięża. To znaczy, że każdy, na swój sposób religijny człowiek, może pójść o wiele dalej, poza samą świadomość istnienia Stwórcy. 

Ale zacznijmy od trudności. Jedną z nich jest leniwe podejście do kwestii wiary, gdy człowiek zatrzymuje się na poziomie, że "coś lub ktoś tam na górze istnieje". Taka minimalistyczna teologiczna koncepcja. Wielu ludziom ten rodzaj wiary w zupełności wystarcza. Przynajmniej nie muszą sobie zawracać głowy jakimiś niuansami doktrynalnymi. Wierzą w istnienie Boga, na takiej samej zasadzie jak wierzą w Układ Słoneczny czy w cztery pory roku. 

Takie proste podejście wydaje się logiczne, ale jedynie z pozoru. Prowadzi donikąd. Sprowadza Stwórcę do abstrakcyjnej religijnej koncepcji. Nie daje człowiekowi szansy na nadprzyrodzone spotkanie, doświadczenie objawienia. Jeśli Bóg jedynie sobie gdzieś istnieje, to jaka to różnica, czy On jest, czy Go nie ma? W takim razie nie ma to znaczenia, więc równie dobrze można być ateistą. Jeśli ograniczamy działanie Stwórcy do bezużytecznego istnienia, nadajemy Mu status martwego kamiennego bożka. Zamiast Wszechmocnego, mamy Impotenta, w miejsce Najwyższej Inteligencji wchodzi Do Niczego Nie Przydatny obiekt religijnego kultu. 

Z tego powodu religia chrześcijańska staje się największą przeszkodą w poznawaniu istoty Boga. Religia, która w swej naturze oddziela świętego Boga od grzesznego człowieka, pozostawia ludzi na poziomie leniwego akceptowania Bożego istnienia. Innym hamulcem może być teologia, próbująca kontrolować Tego, który jest poza wszelką kontrolą. Problemem religii jest uspakajanie sumienia za pomocą wiary w Boże istnienie. Problemem teologii jest uspakajanie sumienia na poziomie umysłowego zrozumienia tajemnicy Boga. Obie drogi są tylko marną ludzką próbą, pozbawioną czynnika łaski i objawienia. 

W pewnym sensie łatwiej by nam było mówić o żywym Bogu, gdyby ludzkość cofnęła się do czasów prymitywnego pogaństwa. Wtedy przynajmniej wierzono w świat duchowy - niby bogowie byli nader aktywni, ciagle wtrącali się w życie ludzi. Inaczej niż dzisiaj, gdy wiara jest generalnie jedynie symbolem narodowym lub kulturowym. Współczesne formy neopogaństwa dają nadzieję na dobre efekty misyjne za jakiś czas. 

Z drugiej strony chrześcijaństwo ma ciągle potencjał pójścia dużo dalej - w kierunku słuchania i posłuszeństwa wobec Stwórcy. Wiara chrześcijańska to coś daleko większego, niż świadomość istnienia Boga. Wiara nie jest wiedzą, tradycją ani przekonaniem - jest duchowym spotkaniem. 

Istotą wiary jest łaska spotkania, gdy człowiek widzi Boga w osobie Mesjasza, Jezusa z Nazaretu. Jeśli zrezygnujemy z leniwej religijności, mamy możliwość spotkania z aktywnym Bogiem. To może się zdarzyć w każdej chwili. Mając otwarte serce, natkniemy się na Rzeczywistość szybciej, niż się spodziewamy. Ponieważ łaska zwycięża. 

Jestem

Kiedy Mojżesz miał swoje pierwsze spotkanie ze Stwórcą, zadał dość oczywiste pytania: jak masz na imię i kim jesteś? W starożytności każdy bożek był dokładnie określony - kim jest i za co jest odpowiedzialny. Nic dziwnego zatem, że Mojżesz chce wiedzieć z kim ma do czynienia oraz co powiedzieć ludziom o nowo poznanym Bogu. 

Odpowiedź Stwórcy jest tajemnicza, niepełna, może trochę dziwna. Spędza teologom sen z powiek. Zastanawiamy się, co może znaczyć stwierdzenie "Jestem, który Jestem". 
Stwórca nie mówi o sobie wszystkiego na raz, jak to zresztą jest do dziś, w kontekście naszej wiary. Ale równocześnie mówi wystarczająco, by Mu zaufać. 

Martin Buber pisze o boskim imieniu: "Jestem i będę tym, który istnieje i będzie istniał." Hebrajskie znaczenie istnienia (słowa "jestem") nieco różni się od greckiego odpowiednika. W języku greckim chodzi głównie o czystą egzystencję. Po prostu coś jest, istnieje, żyje. Wydaje się, że w przypadku hebrajskiego znaczenia nie chodzi o samą egzystencję, ale raczej o celowe bycie. Jestem, by aktywnie być.

Bóg nie tylko istnieje. On istnieje dla nas. Dla relacji. Dla miłości. Będę waszym Bogiem, a wy będziecie moim ludem... Jestem by być - z wami. Tak więc Mojżesz poznaje Boga, który przyszedł, by mieć z nim relację. Boga, który widzi ludzkie cierpienie i nad nim się pochyla. Jest - nie tylko w sensie jakiejś teologicznej koncepcji, abstrakcji. Nie jest jedynie miłą ideologią, pokazywaną światu w formie obrazów, rzeźb, ikon. 

Stwórca jest miłością w sposób namacalny, odczuwalny i doświadczalny. Istnieje tak, jak woda dla roślin, mąż dla żony, matka dla dziecka. 

"Jestem" to coś dużo wspanialszego, niż możemy pojąć. 
"Jestem" oznacza, że nigdy Go nie zabraknie. Nie będzie takiej chwili, kiedy być przestanie. On się nie skończy i nie wyczerpie.
"Jestem" to najwspanialsza obietnica Jego towarzystwa. Nie ma mowy o samotności. Nie ma we wszechświecie miejsca pustki. 

Ale to "Jestem" nie jest nachalne. Nie wciska się do naszego życia jak piasek do oczu na plaży. Jest, ale często jakby Go nie było. Kto mówi, że Boga nie ma, żyje w Jego świecie, w Jego obecności bez posmakowania jej. Czyż piekło już za życia nie polega właśnie na tej dobrowolnej rezygnacji, mimo boskiej obecności? Czyż niewiara nie jest iluzją? 

"Jestem" znaczy, że w Nim jest cały wszechświat. W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy... Jeśli mówimy, że wszechświat jest niemożliwy do ogarnięcia naszym rozumem i teleskopem, to kim On jest? 

Ale "Jestem" to równocześnie Jego bliskość. On przenika nasze DNA, delikatnie głaszcze, przytula swój policzek do naszego. Nosi nas na rękach i ochrania od złego. Patrzy naszymi oczami po to, byśmy mogli widzieć jak On. Słucha naszymi uszami, byśmy mogli słyszeć Jego myśli. Nasz duch jest z Nim połączony, spleciony w chemii i energii. 

Kto uwierzył i zaufał, wie, że wszedł w relację, której nie da się już rozczepić. Nasz ludzki duch jest zlany z Jego obecnością. Jak dwie substancje wymieszane w powietrzu i wodzie. Jestem z tobą... Jestem w tobie... Jestem dla ciebie... Jesteś moja... Jesteś nowym stworzeniem... Jesteś moją własnością. 

Na ringu wiary

Praktyka chrześcijańska jest pod ciągłym wpływem dwóch nurtów, które zobrazuję na podstawie dwóch postaci z historii kościoła. Augustyn i Pelagiusz. Są oni jak bokserzy na ringu naszego umysłu. Który zwycięży? Wytyczają kierunek i sposób życia jak znani celebryci. Którego głosu posłuchamy? Budują nowoczesne struktury na fundamencie wiary jak światowej sławy architekci. Którą konstrukcją się zachwycimy? Są skrajnie różni. Wychodzą z innego punktu i dążą w innych kierunkach. 

Augustyn był w młodości hedonistą, imprezowiczem, który nie odmawiał sobie żadnych przyjemności. Żył z kobietą bez ślubu i miał z nią syna. Był sceptykiem i wrogiem chrześcijaństwa. Uwierzył w Chrystusa radykalnie. Stał się kaznodzieją, teologiem, pisarzem, duchowym przywódcą, jedną z najwybitniejszych postaci chrześcijaństwa. Za punkt wyjścia uważał Boże miłosierdzie. Łaskę. Suwerenność Boga. Łaską zbawieni jesteśmy... (Efezjan 2:8-9). Życie polega na zaufaniu wobec Stwórcy, na zachwycie Wszechmocnym, od którego pochodzi zbawienie. 

Pealgiusz był mnichem z Brytanii. Prawdził porządne życie, prawdopodobnie nie popełnił nawet połowy grzechów Augustyna. Był dobrym człowiekim i oddanym chrześcijaninem. Różnił się od Augustyna. Nauczał, że człowiek jest tak silny, niezależny, że może nawet sam z własnej woli całkowicie przestać grzeszyć. Mówił i pisał o dominującym wpływie człowieka na nasz los przy minimalnym lub zerowym wpływie Stwórcy. Za punkt wyjścia obrał ludzki wysiłek, pracę człowieka. Bez pracy nie ma kołaczy. Jeśli chcesz być dobrym chrześcijaninem, trzeba to własnoręcznie wypracować. Został za to potępiony i uznany za heretyka. 

Jak to się ma do naszego życia? Przywództwa? Praktyki wiary? 

Mam wrażenie, że jesteśmy rozdarci między nurtami. Nie potrafimy odpoczywać w łasce. Jesteśmy bardzo zajęci. Nie mamy czasu na osobistą refleksję i modlitwę. Jesteśmy spięci. Zżera nas stres. W głowach uznajemy nurt Augustyna, ale w praktyce naśladujemy Pelagiusza. Mówimy, że Bóg jest suwerenny i wszechmocny, a za chwilę wpadamy w panikę, gdy widzimy wokół siebie problemy. Mamy obsesję na punkcie osiągania - sukcesu, porządku. Chcemy wszystko sami naprawić. Powołujemy kolejne komitety, grupy zadaniowe. Zamieniamy fundament zaufania i łaski w mieszankę ludzkiej woli i moralnego wysiłku. Nikt nas za to nie nazwie heretykami i nie spali na stosie. Jednak ucierpi nasze zdrowie, gdy bez końca będziemy próbować wszystkim pomóc i naprawić cały świat. 

Kłopotem jest paniczna próba ratowania świata. Boimy się, że środowisko chrześcijańskie, które niesie tak dobre wartości, załamie się pod presją świata, skurczy się jeszcze bardziej, jak to ma miejsce w niektórych krajach Europy. Misja staje się koniecznością przetrwania naszego gatunku. W takim wypadku aktywność misyjna jest przejawem braku zaufania w suwerennego i wszechmocnego Stwórcę, który przecież ani na chwilę nie traci kontroli nad historią świata. Pod przykrywką działań misyjnych może odnawiać się koncepcja pelagianizmu. 

Dobrze jest pomagać ludziom, nie dlatego, że Stwórca sobie z tym nie radzi (Pelagiusz), ale dlatego, że motywuje nas boskie miłosierdzie (Augustyn). Życzę nam wszystkim, byśmy potrafili odpoczywać w łasce i płynąć boskim nurtem bez panicznego machania wiosłami. 

Słuchanie Boga

Kiedy byłem bardzo młody, wśród charyzmatyków modne było szukanie żony na hasło "Bóg mi powiedział" - że masz być moją żoną. Zwykle taką przynętą wabili faceci, chociaż być może zdarzały się też tak sprytne młode niewiasty. 

Po pierwsze, jeśli Bóg musi komuś powiedzieć o czymś tak oczywistym jak potrzeba znalezienia żony czy męża, to coś jest nie tak. Gdzie się podział dar zdrowego rozsądku i własna inicjatywa? Po drugie, to wygląda tak, jakby ktoś poszedł kupić samochód i powiedział sprzedawcy, że go kupuje, bo mama mu kazała... Jeśli uznajesz, że twój wybór jest odgórnie zaakceptowany, czy nie lepiej powiedzieć, ja  wybrałem! Ja chcę! Po trzecie, to jest zwykła manipulacja ubrana w religijne słowa.  

Dziewczyny, jeśli ktoś super święty złoży wam tego typu propozycję, popartą głosem z nieba, zapytajcie: 
Czy jesteś tak nierozgarnięty, że Bóg musi ci podpowiadać? 
Czy nie potrafisz sam podjąć dobrej decyzji? 
Czy chcesz wywrzeć na mnie presję, żebym się zgodziła? 

Jednak słuchanie Boga to ważna rzecz. To coś, czego się uczymy i bardzo potrzebujemy w rozwoju naszej wiary. W ewangeliach mamy piękną przypowieść Jezusa o siewcy. Jest uznawana za prolog wszystkich przypowieści. Jest prosta i bardzo wymowna. Jezus mówi o czterech rodzajach gleby, na którą pada ziarno. W dzisiejszych czasach należałoby chyba tę historię nieco zmodyfikować - wyjechał rolnik na pole, by rozsiewać sztuczne nawozy... Niestety. No cóż, takie czasy. Wolę jednak wersję oryginalną. 

Przed wszystkim historia ta pokazuje, że Bóg przemawia do wszystkich ludzi na ziemi. Jakby nic nadzwyczajnego, fakt. A jednak to cud, który ma miejsce cały czas. Bóg mówi.
Siewca rozsiewa słowo - wszędzie. Wysyła delikatne sygnały, czasem alarmuje. Glebą jest cały świat. Bóg ustawicznie przemawia - do wszystkich ateistów, muzułmanów, hinduistów, animistów, buddystów, chrześcijan, wyznawców judaizmu. Do małych i dużych. Biednych i bogatych. 

Bóg mówi do każdego z nas. Boskie echo się roznosi, cichy szept przenika myśli. Dzień dniowi przekazuje wieść. W ciszy, w muzyce, w szumie fal, w dzwonach kościelnych. W cichej kontemplacji i eksplozji radości. 

Niedawno sobie siedzę w przerwie między wykładami. Zastanawiam się co powiedzieć na koniec, na ostatniej sesji. Przeglądam notatki. Wyciszam się. Wsłuchuję się w swoje serce i myśli. Popijam zieloną herbatę. Mam kilka opcji, ale moje serce idzie w kierunku jednego tematu. Tak więc tą refleksją kończę dwudniowe spotkanie. Podchodzi młoda kobieta i zadaje mi pytanie: dlaczego wybrałeś akurat ten temat na zakończenie? Odpowiadam, że za bardzo to nie wiem, ale tak serce pokierowało. Ona zaczyna płakać. Być może coś dobrego się wydarzyło. 
 
Niektórzy zrobili z Bożego głosu towar rzadko spotykany. Luksusowy. Jak Ferrari. Jak produkt firmy Michael Kors. Coś, co jest dostępne tylko dla śmietanki, dla VIP-ów. Ci "słyszący" mogą całą głuchą resztę czasem uświadomić. To się nijak ma do tekstów Biblii, które mówią, że
Wszyscy mamy namaszczenie i wiemy wszystko
Jesteśmy myśli Chrystusowej
Jesteśmy świątynią Bożego Ducha 
Słowo mieszka w nas
Mamy uszy do słuchania 

Możesz słyszeć samodzielnie. Popatrz w twarz dziecka. Wyjdź do ogrodu. Wycisz się w fotelu. Przeczytaj Psalm. Głos Boga rozbrzmiewa cały czas, w sercach i myślach wszystkich mieszkańców naszej pięknej planety. 


Masz prawo nie od razu poznać

Ewangelia Łukasza opisuje historię dwóch podróżujących mężczyzn - z Jerozolimy do Emaus. Jedenaście kilometrów. Pieszo. Jakieś dwie i pół godziny marszu. Gdy idą, dołącza do nich tajemniczy nieznajomy, którego nie rozpoznają. Łukasz od razu mówi czytelnikom, kto to jest. O dwóch uczniach czytamy, że ich oczy były zasłonięte. Mesjasza nie poznali. Jezus się przyłącza i prowadzi z nimi rozmowę. Wydają się być bardzo przygnębieni. 

Dlaczego podróżni nie rozpoznali Jezusa? Możemy wziąć pod uwagę dwa wyjaśnienia, jedno zwykłe i drugie bardziej nadprzyrodzone. Zacznijmy od pierwszego. Jezus mógł zakryć twarz chustą lub jakimś podobnym okryciem. Mógł wiać wiatr, wzbijający w powietrze pył i piach. W tamtym klimacie trzeba się szczelnie otulić, by uchronić się przed wdychaniem ziarenek piasku. Poza tym szli na zachód, pod słońce. Mogli więc nie widzieć twarzy Jezusa. 

Przejdźmy do wyjaśnienia nadprzyrodzonego, ponieważ to pierwsze nie jest zbyt przekonujące. To wiąże się z pytaniem o wygląd Zmartwychwstałego. Jest to w sumie dla nas pocieszające - postać Jezusa nie była łatwa do rozpoznania. Nie tylko my się zmagamy z kwestiami wiary. 

Ale jak On wyglądał? Trudno powiedzieć. Z pewnością inaczej niż wcześniej. Zmartwychwstały Chrystus mówił, widać było Jego postać, czyli że łatwo Go rozpoznać? Nie do końca. Z tych niejasnych i jakby trochę sprzecznych opisów (Mesjasz fizyczny/duchowy; rozpoznawalny/nierozpoznawalny; naturalny/nadprzyrodzony) wynika ważny wniosek. Chodzi o to, że nasze najgłębsze i te codzienne doświadczenia duchowe są trudne do opisania. W pewnym sensie nasza wiara jest niemożliwa do zdefiniowania. 

Kiedy próbujemy to opisać, powiedzieć, przekazać innym, wkraczamy w obszar duchowej tajemnicy. Choć oczy naszego serca są otwarte, nadal żyjemy bardziej wiarą niż widzeniem. Po części wszyscy gmatwamy się w tym co wiemy, a w tym czego dalej nie rozumiemy. 

Człowiek robi coraz większe postępy w dziedzinie badania Wszechświata. Wysyłamy w Kosmos lepsze satelity, mamy silniejsze teleskopy. Kosmiczny teleskop Hubble’a poruszający się po orbicie okołoziemskiej, dostarczając nam coraz to nowych informacji. Mimo tego, to co wiemy na temat Kosmosu dotyczy zaledwie czterech do pięciu procent. Dziewięćdziesiąt pięć procent to ciągle tajemnica! 

Wielki apostoł Paweł, który miał wiele głębokich osobistych przeżyć duchowych oraz dużą wiedzę, napisał, że poznanie nasze jest cząstkowe. Nasza świadomość Stwórcy jest porównywalna do świadomości Kosmosu. Może rozumiemy kilka procent. Może widzimy rąbek boskiej chwały. Doświadczamy delikatnego przedsmaku nieba, jesteśmy zanurzani w kropli Ducha. 

Czy mamy się więc czym szczycić? Czy nasze poznanie jest ostateczne i skończone? Czy glina może powiedzieć Garncarzowi, znam Cię? Czy mam prawo uważać, że znam się na tym lepiej niż inni? 

A jednak ta kropla, ten przebłysk wystarczy, by wierzyć i ufać. Wystarczy, by zrozumieć, że we mnie jest Mesjasz. Cały czas. Choć przez większość mojej podróży zbyt mało widzę i rozumiem, to nie zmienia faktu, że On mi towarzyszy. A kiedy o tym sobie przypomnę, moje serce zaczyna dziwnie pałać miłością. Ty też masz prawo nie od razu Go rozpoznać. 

Rodzaj wierzącej wątpliwości

Rzekł do Tomasza: Podnieś swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś. Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli (Jan 20: 26-30).

Jeśli Bóg chce by w Niego wierzyć, to czemu się chowa? Skoro nigdy nie doświadczyłem czegoś co można nazwać Bogiem, dlaczego mam to przyjąć? Czy idea Dobrego Pasterza, który kryje swoją obecność w obliczu Auschwitz, Word Trade Center i Tsunami jest do przyjęcia? Jak nazwałbyś Ojca który tak kocha swoje dzieci, że się nigdy im nie pokazuje? To są pytania francuskiego filozofa Andre Comta Sponvilla, które wielu ludziom chodzą po głowie. 

Wątpliwości są częścią ludzkiej natury. Jeśli nie wątpimy, to też nie wierzymy. Wiara zawiera wątpliwości. Jak napisałem we wstępie do mojej książki, która niedługo ujrzy światło dzienne:  
Tam gdzie jest wiara, tam są też wątpliwości. Jedno bez drugiego nie istnieje. Jedno nie szkodzi drugiemu. Wierzący przypomina naukowca próbującego zdefiniować wszechświat, który zdaje sobie sprawę, że ma tyle samo wątpliwości co pewności. To jest taki rodzaj wierzącej wątpliwości - wiara, która jest pewnością mimo niepewności, jak u człowieka, który woła: "Wierzę, pomóż mojemu niedowiarstwu!" 

Wiara przestaje być wiarą, gdy dotyczy faktów. Wierzę, że podniesiesz sto kilogramów. Po fakcie: wiem, że potrafisz podnieść sto kilogramów. Czy zatem powinno się Stwórcę „kupować w ciemno”? Mamy tak naprawdę dwie pary oczu - niebieskie, zielone, piwne i oczy serca. Pierwsze widzą świat materialny, drugie - duchowy.  

Można widzieć sercem. Zrezygnować z patrzenia wyłącznie fizycznie. Szczęśliwi, którzy wierzą, choć nie widzieli. Jeśli zamkniemy oczy to możemy wyobrazić sobie dużo... Lody z owocami i bitą śmietaną z polewą czekoladową! Potrafimy widzieć nie widząc. Wiara to coś o wiele więcej niż wyobraźnia, to głębokie duchowe przekonanie.  

Duch Święty przeprowadza operację naszych oczu. Efezjan 1:17-18 ...aby Bóg oświecił oczy serca waszego... Christopher Hitchens, autor książki "Bóg nie jest wielki", do końca życia zaciekły ateista, przyznawał, że ulega „urokowi i powabowi cudu, tajemnicy objawienia i bogobojnej trwogi”.

Około dwadzieścia pięć procent ateistów i agnostyków uważa się za głęboko uduchowionych - Duch Święty nie przestaje leczyć oczy. Uczymy się używać obydwu par oczu bez zawrotów głowy. Kochać Stwórcę sercem i umysłem. 

Patrząc sercem, zaczynamy też lepiej widzieć zwykłymi oczami. Widzimy Boga w stworzeniu, wokół siebie. Oczy serca korygują nasz fizyczny wzrok. Zaczynamy czytać ze zrozumieniem pierwszą Biblię - którą jest stworzenie. Każdy kryzys wiary jest okazją dla nowego zmartwychwstania. Każda wątpliwość jest motywacją do głębszej wiary. 

Mesjasz jednorazowy

Są dwa cuda, które występują we wszystkich czterech ewangeliach - cudowne rozmnożenie chleba i ryb oraz cud zmartwychwstania. Oba wydarzenia budzą wiele komentarzy. Współczesny człowiek takie historie umieszcza wśród przygód Harrego Potera i Jamesa Bonda. Nie brzmią wiarygodnie i prezentują jedynie ciekawy żydowski folklor. 

Spore grono naukowców i teologów próbuje Jezusa nie tylko uczłowieczyć (co nie jest złe), ale odczarować - sprowadzić do poziomu Staszka z drugiego piętra, który jeździ dobrze już zużytym Golfem. Jakby w Jezusie nie było nic nadzwyczajnego. 

Czasem tłumaczy się cud rozmnożenia chleba i ryb w ten sposób, że kiedy Jezus pobłogosławił to, co miał w rękach, a Jego uczniowie zaczęli ludzi częstować, wtedy umierające z głodu tłumy przypomniały sobie, że przecież mają w torbach przyniesione z domu jedzenie! No i każdy wyciągnął swój własny prowiant i był świetny piknik. Myślicie że żartuję? Wcale nie. Tak wygląda jedna z teologicznych interpretacji cudu rozmnożenia, która się fachowo nazywa "cudem dzielenia" - gdzie wszyscy dzielili się z innymi tym co przynieśli. Miałem okazję usłyszeć to na własne uszy podczas radiowej debaty na temat cudów, w której brałem udział. Pewien duchowny protestancki tak właśnie ten cud wyjaśnił. Ksiądz katolicki i ja byliśmy innego zdania, przekonując, że Jezus dokonał cudu rozmnożenia bardzo małej ilości jedzenia, którą nakarmiono tysiące ludzi. 

Osobny kłopot stanowi zmartwychwstanie. To kolejny cud, który pojawia się we wszystkich ewangeliach. Istnieje kilka teorii, które starają się udowodnić, że zmartwychwstania nie było. Niektórzy mówią, że po śmierci Jezusa uczniowie się spotykali i tak sobie o Nim rozmawiali, wspominali Jego życie i cudowne chwile z Nim spędzone. Aż w pewnym momencie poczuli, że jakby Jezus był wśród nich, wspomnienia ożywiły Go do tego stopnia, że postanowili wszystkim ogłosić, że Jezus jednak żyje - w ich wyobraźni, w ich uczuciach. Tak, jakbyśmy wspominali zmarłą osobę i czuli, że jednak nadal jest z nami. Wynika z tego, że zmartwychwstanie Jezusa było jedynie jakimś psychicznym urojeniem Jego naśladowców. Podobnie jak dla niektórych fanów Elvis nadal żyje. 

Problem polega na tym, że próbuje się cud wytłumaczyć. Wysiłek z góry skazany na porażkę. Boimy się tego, czego nie potrafimy zrozumieć, wyjaśnić. Cud wymyka się spod naszej kontroli, jest poza racjonalnością. Jest niewygodny dla umysłu. Niepokoi nas, wybudza ze stanu ziemskiego letargu.

Warto sobie przypomnieć przy okazji pamiątki zmartwychwstania, że Mesjasz, choć był jednym z nas, równocześnie był totalnie inny - skandalicznie jednorazowy. Niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju. Syn Człowieczy i Syn Boży. Ta Jego jednorazowość pozwalała na życie i czyny zupełnie inne od naszych. Mesjasz jest tylko jeden. Koniec, kropka. Dlatego rozmnażał chleby i ryby, chodził po wodzie, uciszał sztormy, a na koniec wstał z grobu. 

Nie jestem w stanie nikogo do tego przekonać, ale mogę zachęcić do własnego poszukiwania Mesjasza. A to nie jest wcale trudne ani skomplikowane. Ponieważ Mesjasz ustawicznie szuka człowieka, nasze poszukiwanie, to wyjście na spotkanie - Tego, który idzie w naszym kierunku. 
Życie ludzkie daleko wykracza poza racjonalność. Wiara rodzi się w efekcie uchwycenia się miłości, której nie sposób wytłumaczyć. Po prostu historia nie z tej ziemi.